Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

WYWIAD: Joanna Jax

Joanna Jax, absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, pasjonuje się malowaniem na szkle, uwielbia czytać biografie oraz pisać, do tej pory publikowała krótkie opowiadania, „Dziedzictwo von Becków” to jej powieściowy debiut.

Kinga Młynarska: Kim jest Joanna Jax?

Joanna Jax: Kobietą o wielu twarzach.

K.M.: A jakie oblicza Pani nam ujawni? Czym zajmuje się Pani na co dzień? Jakie jest Pani hobby?

J.J.: Na co dzień pracuję jako manager w dużej firmie ogrodniczej i to zajmuje mi większość czasu. Hobby to pisanie, bawienie się słowem, maluję też na szkle. To te najważniejsze, mam też kilka innych zainteresowań. Jakie oblicze ujawnię? Nie wiem, to się okaże. Sama jestem ciekawa.

K.M.: „Dziedzictwo von Becków” to Pani pierwsza powieść, proszę zdradzić, co czuje debiutant trzymając w rękach papierową wersję swojej książki?

J.J.: Dziwne uczucie, jakby to nie była moja książka. Wciąż widziałam ją na ekranie laptopa, potem upstrzoną poprawkami, uwagami i przypisami. I chociaż znałam ją niemal na pamięć, chwilami byłam zdziwiona, że coś napisałam w taki, a nie inny sposób. Jest to jednak uczucie przyjemne, wzruszający moment, i ta myśl, że coś po sobie zostawię. Miałam wiele szczęścia, że ktoś uwierzył w tę książkę.

K.M.: W swojej recenzji napisałam: „Dziedzictwo von Becków” to przede wszystkim historia o przeznaczeniu w życiu człowieka. O tym, jak bardzo nie mamy wpływu na własny, ale z drugiej strony – jak wielki wpływ możemy mieć na los drugiej osoby – zgodzi się Pani z taką interpretacją?

J.J.: Nie do końca się z tym zgodzę. Niektóre rzeczy nam się przytrafiają i rzeczywiście nie mamy na to wpływu, reszta jest wynikiem naszych lepszych lub gorszych wyborów czy decyzji. Natomiast zgadzam się z drugą częścią twierdzenia. Druga osoba może bardzo wpłynąć na nasze życie. Może sprawić, że będziemy żyli długo i szczęśliwie albo zamienić nasze życie w piekło.

K.M.: Skąd pomysł na taką fabułę, tak dużą rozpiętość czasową, tylu bohaterów? Postawiła Pani nie lada wyzwanie przed sobą, tym większe proszę przyjąć gratulacje i słowa uznania.

J.J.: Moja wyobraźnia nie lubi próżni, muszę przemieszczać się w czasie i przestrzeni. Widocznie ma niski próg nudy :). Inna część mojego mózgu usiłuje nadać temu sens i logikę. Widziałam miejsca, obrazy, ludzi, a potem siadałam i pisałam. Dopiero gdy skończyłam wątek i dawałam odpocząć wenie, poprawiałam styl, literówki itp. Chyba że trafiłam na jakiś problem merytoryczny, wówczas sprawdzałam tę kwestię od razu.  Nie wiem skąd mi się to bierze, historii do napisania w mojej głowie mam co najmniej na 5 powieści. A jestem dopiero przy drugiej. Pomysł na "Dziedzictwo von Becków" pojawił się po raz pierwszy kilkanaście lat temu...

K.M.: Ale „Dziedzictwo…” to chyba nie tylko wyobraźnia. Jak długo trwały przygotowania i praca nad książką? Choćby samo tło historyczne w Pani powieści jest imponujące, a przecież nie mogła Pani być wszędzie tam, gdzie dzieje się akcja i co najważniejsze – w każdym z opisywanych okresów. To wymagało porządnego przygotowania.

J.J.: Całość zajęła mi niecały rok. Gdy rodził się pomysł, rozpoczynałam poszukiwania materiałów, sprawdzałam, oglądałam stare fotografie. Jeśli w trakcie pisania pojawiła się wątpliwość co do jakiegoś szczegółu, zaczynałam szperać w książkach, internecie, zamęczałam znajomych dziwnymi pytaniami. Naprawdę starałam się sprawdzić każdy szczegół dotyczący tła historycznego.

K.M.: Pani postaci to twory bardzo wyraziste i szalenie skomplikowane. Nikt nie jest jednoznacznie dobry czy zupełnie zły. Nawet Rita, której czytelnicy raczej nie są w stanie polubić, przeżywa swoje dramaty, które są przyczyną jej późniejszych decyzji. Czy bohaterowie to ten element, z którego jest Pani najbardziej dumna?

J.J.: Bohaterowie stuprocentowo źli i stuprocentowo dobrzy byliby niewiarygodni. Z każdego człowieka udaje się wykrzesać odrobinę dobra i z każdego można zrobić potwora. Wystarczą określone okoliczności i odpowiednia stymulacja. Psychologowie społeczni przeprowadzali takie eksperymenty i okazało się jak słaby może być człowiek, np. w określonej grupie i poddany stosownej presji. Człowiek  jest skomplikowany. Często wyrażamy sądy w stylu "nigdy bym tego nie zrobił/-ła", a kiedy podobna sytuacja nam się przytrafia, wówczas to  już nie jest takie oczywiste.

K.M.: Po lekturze „Dziedzictwa…” czytelnik może uznać Autorkę za specjalistę w dziedzinie psychologii, za historyka, za pisarza z ogromnym dorobkiem – bo na każdym polu jest Pani bardzo wiarygodna, solidna i szczegółowa. Nie sposób wymienić tych najlepszych elementów, bo każdy jest zaskakująco doskonały. Jeśli Pani nie potrafi wskazać tego, który jest największym powodem do dumy, to proszę chociaż zdradzić, przy którym miała Pani najwięcej pracy, co było najtrudniejsze?

J.J.: Najwięcej problemów miałam ze strefami okupacyjnymi Niemiec po II wojnie. Jak dokładnie przebiegały granice i jak poszczególne państwa "rozliczały" nazistów. Sierociniec w Gdańsku prowadzony przez siostry boromeuszki wyszukałam w monografii szpitala Najświętszej Marii Panny. Trzy dni szukałam odpowiedniej dzielnicy w Berlinie Wschodnim, chociaż jej nazwa pada w książce 2 lub 3 razy. A jeśli chodzi o konkretne wątki, najtrudniejsza była scena gwałtu. Nie chciałam, żeby była zbyt wulgarna, a jednocześnie miała być "gongiem", który na długo pozostaje w głowie. Utwory Adagietto Mahlera i Parita in d Minor part 1 Bacha też były dobrane nieprzypadkowo. Natomiast nie czuję się specjalistką w żadnej z tych dziedzin, które Pani wymieniła.

K.M.: Podczas pisania „Dziedzictwa…” nie kusiło Pani, żeby z tej historii stworzyć wielotomową sagę? Żeby jeszcze bardziej rozwinąć niektóre wątki i losy bohaterów drugoplanowych? 

J.J.: Książka i tak ma ponad 400 stron.  Miałam takie plany odnośnie kilku  bohaterów, ale uznałam, że lepiej będzie jeśli odbiorca poczuje niedosyt, aniżeli przesyt :).

K.M.: Przeczytała Pani papierową wersję swojej książki?

J.J.: Tak, oczywiście.

K.M.: Jak bardzo autor przeżywa swoje dzieło? Jest Pani usatysfakcjonowana z efektu końcowego swojej pracy czy uważa Pani, że coś można jeszcze było poprawić? Czy w ogóle nachodzą Panią takie wątpliwości już po wydaniu książki?

J.J.: Oczywiście, że przeżywam. Bardzo emocjonalnie podchodzę do pisania, to jeden z uroków mojego hobby. Myślę, że w dniu, w którym pisanie stanie się jedynie "rzemiosłem", przestanie mnie  fascynować. Bez względu na to czy coś piszę, czy maluję, zawsze czuję niedosyt. Wydaję mi się, że mogłam zrobić coś lepiej, inteligentniej czy ładniej. Natomiast już na tym etapie, kiedy książka jest wydana albo obraz wisi na czyjejś ścianie, odpuszczam i staram się już nie myśleć nad niedoskonałościami.

K.M.: Dlaczego ta historia musiała czekać kilkanaście lat na swoją papierową wersję? Musiała nabrać odpowiedniego kształtu czy może niezbyt wierzyła Pani w swoje możliwości?

J.J.:  Nie wierzyłam w swoje możliwości. Owszem, wiedziałam, że mam tzw. "lekkie pióro", ale pisanie opowiastek, felietonów czy innych małych form, to zupełnie coś innego niż napisanie dobrej książki. A ja chciałam napisać książkę, którą zechcą przeczytać inni.

K.M.: Kto był pierwszym recenzentem Pani powieści? Jest wśród Pani najbliższych osoba, która ma ten zaszczyt czytania przed wszystkimi?

J.J.: Osoba, która niejako zmusiła mnie do napisania tej książki, moja przyjaciółka. Dostała do przeczytania pierwsze 130 stron od razu i resztę w kawałkach, dosłownie jeszcze "ciepłe", bez korekty.

K.M.: Wspomniała już Pani, że pracuje nad drugą powieścią. Zdradzi nam Pani jakieś szczegóły?

J.J.: Tylko tyle, że znowu wbijam kij w mrowisko… I oczywiście w tle historia najnowsza oraz wiele ciekawych miejsc. Nie chcę zdradzać szczegółów, ponieważ moja wyobraźnia jest przekorna i mogę pewnego dnia przewrócić swoją powieść do góry nogami. Przez pół roku zbierałam materiały do książki z wątkiem o Islamie, studiowałam Koran, oglądałam filmy, czytałam książki i notes miałam pełen informacji, po czym dotknęłam klawiatury i zaczęłam pisać zupełnie inną książkę...

K.M.: A jakie lektury preferuje prywatnie Joanna Jax?

J.J.: Biografie, thrillery, obyczajowe z tłem historycznym, podróżnicze, dużo tego.  Nade wszystko lubię takie książki, do których zdarza mi się kilkukrotnie powracać i zawsze czerpię przyjemność z ich czytania.

K.M.: Pisała (pisze) Pani opowiadania, maluje, czy tę Pani artystyczną działalność można gdzieś podglądać? Prowadzi Pani stronę internetową?

J.J.: Mam taką amatorską stronkę przez siebie zrobioną, ale nie jestem jeszcze gotowa na jej promocję (muszę ją podrasować). Opowiadania z blogu zamieniły się w niemal 200 stronnicową książkę, która jednak wydaje mi się zbyt infantylna. W zasadzie to zbiór zabawnych historii, które przytrafiły się młodej dziewczynie, żyjącej u schyłku lat 80-tych.

K.M.: Na koniec proszę zdradzić, czy „Dziedzictwo…” wiele zmieniło w Pani życiu?

J.J.: Na tę chwilę "Dziedzictwo.." niewiele zmieniło w moim życiu. Jest radosnym akcentem, ucieczką, gdy wszystko wali się na głowę, ale w wymiarze przyziemnym czy materialnym nie ma wpływu na moje wybory czy decyzje. Chociaż nie ukrywam, że życzyłabym sobie, aby to się zmieniło :).

K.M.: Z całego serca życzę zatem spełnienia tego i innych, nie tylko literackich, marzeń. I z nadzieją na następny „powieściowy pretekst” do kolejnej rozmowy, bardzo dziękuję za tę dzisiejszą.


Kinga Młynarska

czwartek, 22 maja 2014

…i wtedy moja córka powiedziała - recenzja

Ciepła z pozytywnym brzmieniem książka pary Kalicińska i Knap-Zagóra, to jedna z tych pozycji, po które sięgnąć powinni zwłaszcza ci poszukujący książek na jeden wieczór.

Autorka trylogii o Rozlewisku oraz „Lilki” i doświadczony, pasjonujący się zaburzeniami psychosomatycznymi psycholog, terapeuta, to jak się okazało dobry duet zwiastujący niedługą, prostą choć niebanalną w odbiorze powieść „…i wtedy moja córka powiedziała”. Książka pomimo, iż jest dziełem tych dwojga, w znacznie większej mierze opiera się na doświadczeniach Małgorzaty Kalicińskiej jako matki i towarzyszki swoich dzieci. Marek Knap-Zagóra ograniczył się do napisania krótkich wprowadzeń do każdego z rozdziałów. Każdy też rozdział został ozdobiony adekwatnymi do późniejszych treści ilustracjami wykonanymi przez Ewę Kutylak.

Książkę buduje dwadzieścia pięć krótkich, ale i treściwych części stanowiących jakże cenne w życiu każdego rodzica wspominki związane z dziećmi oraz rodzicielską reakcją na ich czyny i słowa. Zgłębiając powieść, poznajemy starsze z dwojga dzieci Kalicińskiej – syna Staszka oraz córkę Basię, która to stanie się główną bohaterką książki. Z jednej strony książka ta stanowi zaproszenie do poznania prywatności polskiej autorki, co jest niesamowicie popularne pośród znanych osób. Pisarka wyjawia nam rodzinne sekrety i fantazje. Zdradza zamiłowania córki oraz mówi, dlaczego Stanisław długo opierał się przeciw gajerkom oraz co sprawiło, że jednak po nie sięgnął. Zgłębiając kolejne stronice, poznamy także pewną tajemnicę, czy raczej przypadłość samej Małgorzaty Kalicińskiej oraz dowiemy się kim jest Burek. Książka-pamiętnik, choć taki którego spisaniem autor zajął się dopiero po latach. Książka-poradnik, w której każdy rodzic powinien znaleźć radę dla samego siebie. Jedyna możliwość wejścia do dziecięcych lat Stasia i Basi.

Z drugiej strony „…i wtedy moja córka powiedziała” jest zbiorem zabawnych zdarzeń z przeszłości, które mogą stanowić fikcję, co dla wytrawnej pisarki nie mogło być rzeczną trudną. Wiele by można książce zarzucić, ale na pewno nie można pozbawić treści humoru oraz zgrabnego konstruowania dialogów. Całość przyjmuje smaczny wygląd, co zaś za tym idzie, pozwala się chłonąć strona za stroną.

Katarzyna Słocińska

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu Elay

poniedziałek, 5 maja 2014

Bestia - Piotr Rozmus - recenzja

Przygodę z literaturą Piotr Rozmus rozpoczął od przeczytania powieści fantasy Roberta E. Howarda, które czytał od najmłodszych lat. Już jako trzynastolatek zasiadał za starą maszyną do pisania, gdzie stworzył pierwszą książkę wzorowaną na historii Conana Barbarzyńcy. Pan Piotr jest miłośnikiem twórczości takich autorów jak: King, Brown czy Koontz.

Marzeniem Piotra Rozmusa od zawsze było napisanie „powieści z prawdziwego zdarzenia”. 31-latek przez około rok pracował nad swoją debiutancką książką, a następnie przebył długą drogę szukania wydawnictwa. „Videograf”, dało szansę Panu Piotrowi na jej wydanie. „Bestia” cieszy się pozytywnymi recenzjami wśród czytelników, co zapewne jest potwierdzeniem spełnienia marzeń autora.

Szczecinek- to tam toczy się akcja „Bestii”. Kiedy pewnego zimowego wieczoru zostaje odnalezione ciało bestialsko zamordowanej i zgwałconej młodej dziewczyny, w mieście wyczuwa się wszechobecną panikę. Miejscowa policja dwoi się i troi, aby schwytać sprawcę. Podejrzenia padają na nauczyciela matematyki jednego z liceum w Szczecinku. Mimo zatrzymania potencjalnego sprawcy, ponownie dochodzi do morderstwa.

Głównym bohaterem jest Robert Donovan. Policjant wybierający się na zasłużoną przedwczesną emeryturę. Na swoim koncie ma wiele sukcesów, ale największy z nich to schwytanie Łezki, szefa szczecińskiej mafii. Robert za swój sukces zapłacił najwyższą cenę. Wiedział, że to co się stało było obiecaną zemstą gangstera. Aby uciec od demonów przeszłości, postanawia wrócić do rodzinnego Szczecinka, gdzie chce zacząć swoje życie na nowo. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem.

Kiedy w Szczecinku dochodzi do kolejnych okrutnych mordów, Donovan bierze czynny udział w schwytaniu psychopatycznego sprawcy. Jak się okazuje, to nie jedyne wyzwanie jakiemu musi stawić czoła. „Bestia” jest powieścią wielowątkową, łączącą dramat, kryminał, horror, powieść obyczajową i romans, co podejrzewam nie jest łatwym zadaniem.

Rozdziały krótkie, a w każdym z nich nowy wątek, który pozwala wczuć się w dana sytuację i wykreowaną postać. Mam wrażenie, że pisanie tej powieści było dla autora niesamowicie łatwe i przyjemne, ani razu nie dało się wyczuć sztuczności dialogów, czy na siłę kontynuowanej akcji. Wszystko jest przemyślane, dzięki czemu książka nie jest nudna i czyta się ją bardzo szybko.

Z każdym kolejnym rozdziałem, historia ta coraz bardziej mnie pochłaniała. Wart uwagi jest również tytuł. Myślę, że nie tylko mnie zaintrygowała jego tajemniczość, która trzymała w napięciu do samego końca. Musze przyznać, że nigdy nie przepadałam za thrillerami, a mimo to dałam się porwać „Bestii”. Uważam, że to wielki sukces autora, ponieważ jak widać powieść Piotra Rozmusa jest nie tylko dla wielbicieli tego gatunku.

Ewelina Charęza

Za książkę dziękujemy: 

O nietrzeźwym niekiedy kierowcy – Wojciech Zieliński - re

Powieść ta wbrew temu co sugeruje zarówno tytuł jak i okładka, nie jest zbiorem historii opisujących spotkania głównego bohatera z polską drogówką. Wydawnictwo Novaeres podsuwa nam kolejny debiut. Tym razem jest to dzieło napisane przez Wojciecha Zielińskiego o Jarosławie Kowalskim – pospolitym mieszkańcu pospolitej gminy Gizewo, która – jak na końcu zaznacza autor – nie istnieje i nigdy nie istniała. Jarek jest kierowcą i szczęśliwym posiadaczem czarnego seicenta.

Kowalski częściej jest „nietrzeźwym” niż „kierowcą”. Pomimo wielu zainteresowań – grami komputerowymi, grą w ping-ponga, wędkowaniu oraz oczywiście pracy w bibliotece publicznej, Jarek lubi spędzać wolny czas z kolegami w bramie, wypijając ćwiartkę najtańszej wódki. Czasem pomimo dobrych chęci nie udaje mu się obojętnie minąć kolegów i trzeźwym stawić się w domu, gdzie czeka na niego ukochana kobieta Mirka, wraz ze swoją córką Lidką.

Po przepiciu Jarek zmaga się z objawami kaca. Niestety nie pomaga mu ani wypicie litra gotowanego mleka, ani herbata z cytryną, ani nawet gorący kubek… ani wydalenie z siebie resztek alkoholu, ani kichanie. Nic nie pomaga mu pozbyć się z ciała, z ust, nieprzyjemnego zapachu przepitego człowieka. Czy warto narażać się na takie nieprzyjemności i tak zwane objawy „dnia następnego”?

Książka ta ukazuje wiele smutnych, acz na pewno prawdziwych wątków historii jakie znamy z życia. Alkohol rujnuje wiele rodzin, a także ogranicza ambicje młodych ludzi, dla których jedyną rozrywką jest często stanie w bramie z flaszką w kieszeni, jak to dzieje się wśród bohaterów tej powieści.

Książkę czyta się dość łatwo. Autor nie podejmuje w niej trudnych problemów egzystencjonalnych, tylko w prosty sposób opisuje perypetie z życia głównego bohatera. Opisane są one w bardzo krótkich rozdziałach, których tytuły rozpoczynają się „na..”. Nie jest to literatura zbyt ambitna, aczkolwiek może zainteresować fanów literatury obyczajowej.

Alicja Anna Kowalik

Za książkę dziękujemy:
 

wtorek, 29 kwietnia 2014

„Szczęście za progiem” Manula Kalicka

Manula Kalicka to autorka wielu bestsellerowych powieści dla kobiet, w tym „Tata, one i ja” czy „Kochaj i tańcz. 20 lat wcześniej”. Jej „Szczęście za progiem” po raz pierwszy wydano w 2005 roku, teraz książka pojawiła się na rynku księgarskim w nowej odsłonie, dostosowanej do obecnych realiów (w końcu już nie wzdychamy masowo do Pawła Deląga czy Bogusława Lindy).

Bohaterką powieści jest dwudziestoletnia Gosia, która pewnego dnia postanowiła wyrwać się z cichego i spokojnego Jagniątkowa do wielkiej, hałaśliwej Warszawy. Jest lekko przygłupia życiowo (z nadzieją na zmianę stanu rzeczy, bo intelektualnie wyrabia normę), ale nie przeszkadza jej to w usamodzielnieniu się. Problem w tym, że usamodzielnienie polega na zamieszkaniu w podejrzanej klitce z równie podejrzanymi domownikami (postaci pijaczka Remka i jego żony Jagody są, wbrew pozorom, wyjątkowo barwne) i pracy w peep show pod czujnym okiem umięśnionego szefa, Sebka.

Cóż, dla tak ambitnej osoby nie ma rzeczy niemożliwych i wkrótce lokum zmienia się na większe, a wraz z tą zmianą poznajemy pana Józia i panią Józefę, panią Irenkę i panią Helenkę. Każda z tych osób ma wpływ na codzienność Gosi, na jej tok myślenia i na jej przyszłość. Równolegle poznajemy Marcela, który przebywa na wakacjach na Martynice z piękną Mag, na punkcie której ma obsesję. Kim jest Mag? Czyżby to była...? I jak skończy się ich historia? Odpowiedź znajdziecie w książce!

„Szczęście za progiem” to optymistyczna i zabawna historia o rozpoczynaniu życia na nowo, na zupełnie innych niż dotychczasowe warunkach. To opowieść o tym, do czego zdolne są ambitne młode kobiety i czy w życiu naprawdę chodzi o przemianę w łabędzia, który odnosi sukces na każdym polu i o zdobycie bogatego faceta. A przede wszystkim - czemu tak bardzo dążymy do mentalnej autodestrukcji?

Reasumując – czytelniczko, jeśli tylko chcesz oderwać się na chwilę od codziennych zajęć, a masz komfort wyboru nie do końca lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale życiowo mądrej lektury na wieczór – wybierz „Szczęście za progiem” Manuli Kalickiej. Nie zawiedziesz się. Muszę Cię tylko ostrzec – możesz zarwać noc, a zapas kawy/herbaty będzie musiał być uzupełniany regularnie, bo nie oderwiesz się od lektury!

Karolina Furyk

Za książkę dziękujemy: 

piątek, 25 kwietnia 2014

WYWIAD z EWĄ PIĄTEK

WYWIAD: Ewa Piątek, autorka powieści [DROGI_ZAKODOWANY].

K.M.: Dzień dobry. Posiada Pani dość bogate doświadczenie zawodowe. Czy wynika to z Pani natury? Jest Pani ciekawa świata, zawsze w ruchu, stawia Pani na rozwój i zdobywanie coraz to nowych umiejętności?

Ewa Piątek: To jest pewnie tak, że bez wielości doświadczeń nie ma specjalizacji, doświadczenia konserwują umiejętności. Muszę przyznać, że niektóre swoje już mocno zaniedbałam - z pamięci ulatują słowa z języków obcych, jeśli się ich nie używa. Wiele z moich początkowych doświadczeń zawodowych wynikało z potrzeby zafunkcjonowania w świecie kultury i poznawania twórczych osób, stąd mnóstwo wolontariatów przy festiwalach, w radiu, w fundacjach. Dziś natomiast zakładam, że praca z ludźmi (zresztą pewnie większość prac) - w moim przypadku w charakterze instruktora w Pracowni Teatru i Tańca - zobowiązuje do nieustannej aktualizacji tego, co ma się do przekazania innym. Rutyna jest tu po prostu nie w porządku. Ostatnio mam na szczęście okazję "odświeżać się" na warsztatach teatralnych świetnych teatrów, które zapraszamy do Miejskiego Centrum Kultury. To niesamowita dawka rozwijających ćwiczeń, samopoznania, a także - i pewnie przede wszystkim - poznania innych osób na deskach.

Trudno mi jednak określić siebie jako osobę będącą "zawsze w ruchu". Kiedy przez kilka lat pracowałam w mediach, byłam znacznie bardziej rozpędzona, ale i rozklekotana. Teraz jestem przesunięta ku teatrowi, w którym niewskazany jest pęd, odliczanie czasu, bo należy dbać o przygotowanie, skupienie, obecność tu i teraz, świadomość ciała i otwartość na partnera. I chociaż dużo w warsztacie ruchu, treningu fizycznego, to w odczuciu bliższy jest on raczej zatrzymaniu do medytacji niż niepohamowanemu pędowi ku lepszości. Mój mąż jest zresztą pszczelarzem, ja też bardzo lubię przebywać na wsi. Stan zastygania w bliskości z naturą jest jednym z moich ulubionych stanów, w którym wszystkie te punkty w CV rozmywają się w nieczytelny wzorek :)

K.M.: Czyli z wykonywanych do tej pory profesji jednak teatr jest Pani najbliższy? Tam się Pani czuje lepiej? Czy to właśnie teatr w dużej mierze ukształtował Pani wrażliwość oraz sposób patrzenia na drugiego człowieka i jego potrzeby, lęki, marzenia (które to cechy znalazły swój literacki kształt w Pani książce)?

Ewa Piątek: Teatr był mi mniej więcej obojętny, aż w liceum trafiłam na Festiwal Off-Prezentacje Teatralne poświęcony teatrom offowym (niezależnym, alternatywnym - różnie się je zwie). Jego dyrektorem był Andrzej Stróż, z którym dziś tworzę teatr niebopiekło i Festiwal Inne Sytuacje. Zobaczyłam "Trzeba zabić Pierwszego Boga" Komuny Otwock. To był mój pierwszy kontakt z teatrem tworzonym z głębokiej, przemyślanej potrzeby, z tęsknoty za dialogiem, na tematy dokładnie, demokratycznie przefiltrowane przez zespół. To była zupełnie inna (od teatru repertuarowego) jakość obecności na scenie, trans, klimat, poetyka, która zostawiała niesamowitą przestrzeń dla widza, głębia i totalny odlot. Żyłam tym jeszcze przez kilka dni. Do niebopiekła trafiłam jakiś czas później, myśląc, że może w teatrze przyda się moje pisanie. Ale przydałam się cała ja. Wciągnęły mnie ćwiczenia, treningi ekspresji głosu, odrealniony język ciała daleki od kopiowania codzienności. Drążenie tematów na rzecz przyszłego spektaklu. Spotkanie z własnymi barierami, praca nad świadomością ciała, by sprawnie wypuszczało ono nasze intencje na zewnątrz. Nauczyłam się krzyczeć (wcześniej nie umiałam!). Zostałam w teatrze, ale nie wiąże się to z komfortem, czuciem się lepiej niż gdzie indziej. Chyba przeciwnie: zakładam, że sztuka jest po to, żeby niepokoić, stawiać pytania o to, co w człowieku złożone, trudne, zaskakujące, intymne. Skoro już poświęcam temu czas, to nie chciałoby mi się produkować rozrywki. Na co dzień jest wystarczająco zabawnie, więc niech już teatr będzie miejscem, w którym można zaryć głębiej, pobrać swój zestaw wyzwań do podjęcia.
Ale jest też film. Na przykład ostatnio byliśmy z mężem na Teneryfie i żeby wakacje były produktywne, szukaliśmy tematu na dokument. I tak trafiliśmy na rodzinę, która żyje blisko natury. Ojciec buduje domki z gliny, kamieni, kwiatów, a córka uczy jazdy konnej, urodziła dziecko w jaskini, biega boso po podwórku. To był wyjątkowy dar od losu, że mogliśmy się z nimi spotykać i dzięki filmowi podać ich pozytywny światopogląd dalej ("Z dala od drogi" w kwietniu można było zobaczyć na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Drzwi w Gliwicach). Kamera pozwala "rozpylić" sens wyjątkowego spotkania na więcej osób. Ale też zmusza do wysiłku. Zbliżenie się do bohatera wymaga cierpliwości, wyczucia i konsekwencji w dążeniu do finału, a tego to uczę się dopiero od niedawna i łatwo nie jest!

K.M.: [DROGI_ZAKODOWANY] uczynił z Pani także literatkę. Ewa Piątek to pisarka czy raczej poetka?

Ewa Piątek: Poezję pisałam na fali dorastania (i trochę później, bo mnie ta fala wyniosła), ale nigdy nie zweryfikowałam tak naprawdę swojego warsztatu, nie zdyscyplinowałam się do pisania regularnie. A wydaje mi się, że chociaż w młodości wielu z nas doznaje takiego uwrażliwienia, że pisze i to całkiem nieźle, czas weryfikuje tę intuicyjną twórczość. Ja nie opanowałam poetyckiego warsztatu, "odpadłam" do poezji, więc poetką na pewno nie jestem. Chociaż została ze mną, po tamtym czasie pisania wierszy, taka świadomość mocy słowa. Słowo potrafi pozaginać rzeczywistość, jak kartkę gnie się w sztuce origami, a wtedy płaska zupełnie, nijaka sytuacja nagle nabiera oszałamiająco przestrzennego kształtu. Dorastając, tak zresztą kierunkowałam swój bunt: nie szalałam jakoś specjalnie, ale źle znosiłam przyziemne sprawy, taką oswojoną codzienność, więc starałam się mówić mało, odzywać się wyłącznie DZIWNIE, pisałam też dzienniki, w których udziwniałam swoje wybrane przeżycia. W prozopoetyckim "Drogim Zakodowanym" też zadałam sobie pewien poziom zdziwaczenia narracji. Starałam się to zdziwaczenie utrzymać, czasem za wszelką cenę, co pewnie widoczne bywa w tekście jako takie spięcie techniczne (bo w końcu to taka próba, nie do końca musi być udana...). Jeżeli już którąś z tych dwóch mam być, to chętnie będę pisarką! :) Chociaż myślę, że ten tytuł to trochę na kredyt, bo pierwsza książka może być przypadkiem; zobaczymy czy i jak uda mi się napisać drugą!

K.M.: Poetyckość w [DROGI_ZAKODOWANY], ta „zaginana słowem rzeczywistość” sprawia, że Pani książka prawdopodobnie nie trafi w gust każdego czytelnika. Te liryczne środki wyrazu angażują odbiorcę w pełni, a nie wszyscy mają odwagę tak „wsiąkać” w lekturę. Książka nie należy również do najpopularniejszej teraz fantastyki, nie jest także lekką lekturą wakacyjną. To trudna powieść poruszająca niełatwe tematy. Nie boi się Pani, że ta książka długo będzie szukać swoich czytelników?

Ewa Piątek: Wszystko to prawda! Dosyć nieśmiało podchodzę do promocji swojego "dzieła". Wiem, że jest ciężkie, nie ma w nim luzu i humoru, dłuższą chwilę zajmuje przyzwyczajenie się do języka narracji, a cała ta erotyka nie nastraja dobrze, bo jest siedliskiem zagubienia, człowieczej brzydoty psychicznej. Przyznam, że tę niewygodną atmosferę starałam się nawet zagęścić, bo początkowo książka była dwa razy dłuższa, ale wywaliłam z niej wszystko, co nie wydawało mi się potrzebne. Mój dystans potęguje fakt, że tekst nie jest świeży. Poprawiałam go po latach, przez które bardzo się zmieniłam. Dziś nie czułabym potrzeby podjęcia akurat takiego tematu - tęsknoty za "rozkodowaniem" wielkiej tajemnicy życia i destruktywnej mitologizacji seksu. Do wydania tej książki namówił mnie jednak mój teatralny partner, Andrzej, twierdząc, że to po prostu zasłużona puenta literackiego wysiłku. Redagowanie wyjętego z szuflady tekstu było męczące! Pierwszoosobowa narracja wykańczała psychikę, była dla mnie (po latach odpoczynku od treści) bardzo sugestywna, zresztą słusznie, skoro pisałam, masakrując się wyobrażeniami stanów bohaterki. To było organicznie nieprzyjemne. Siadałam na kilka godzin do tekstu i zamiast cieszyć się z dopracowanych stron, miałam takiego irracjonalnego doła i robiło mi się niedobrze. A ja w ogóle nie jestem typem hobbystycznie się dołującym, więc to było takie brudzenie nastroju czymś niechcianym. Ale jednego jestem pewna: często zdarza mi się kupować książki nieznanych autorów na podstawie opisu i często okazuje się, że w tych streszczeniach więcej jest marketingu, deklaracji bez pokrycia niż prawdy na temat treści. Akurat swojej książce tego nie mogę zarzucić: wydaje mi się, że tak się napracowałam, że ona jest dokładnie o tym, o czym miała być i BARDZIEJ, MOCNIEJ już nie mogłam jej napisać. Jest krótka, ale intensywna.  Zdaję sobie sprawę z tego, że mojej bohaterki nie da się lubić. Ona jest denerwująca i czyni denerwującą całą książkę. Ale tak jak mówiłam, lubię kiedy tworzenie wiąże się z trudem. Czasem trzeba się namawiać na odbiór takiego dzieła, szukać w sobie cierpliwości, ale na końcu okazuje się, że ten dyskomfort był PO COŚ, zostawia nas poturbowanych i sprowokowanych do przemyśleń. Wiem, że to dziś niemodne i nie spodziewałam się pozytywnego odbioru książki. Podobno jestem zbyt samokrytyczna, ale rozsyłając ją w parę miejsc, nie myślałam "ojej, napiszcie dobrze!", tylko nastawiałam się na gotowość, by mądrze przeżyć konfrontację, krytykę, kompletny brak zainteresowania. Także domyślny mój stan względem tej książki to rzeczywiście brak przekonania, że trafi do szerszego grona osób. Tym bardziej dziękuję za tak trafny odbiór i kojącą recenzję na KMM! :) 


K.M.: Wyznała Pani: „sztuka jest po to, żeby niepokoić, stawiać pytania o to, co w człowieku złożone, trudne, zaskakujące, intymne” i teraz już nie ma potrzeby pytać o charakter Pani powieści – to zdanie wszystko wyjaśnia. Przed chwilą dodała: „zdaję sobie sprawę z tego, że mojej bohaterki nie da się lubić. Ona jest denerwująca i czyni denerwującą całą książkę. Ale tak jak mówiłam, lubię kiedy tworzenie wiąże się z trudem.” Ciekawi mnie jak zrodziła się kreacja głównej bohaterki, skąd pomysł właśnie na taką osobowość? Kim ona jest? Czy jest kumulacją tych najbardziej pesymistycznych wizji współczesnego człowieka, zagubionego i samotnego w coraz bardziej anonimowym świecie, w którym zacierają się granice i wartości?

Ewa Piątek: Ona i cała ta jej "poczuciowość" wypączkowała z kilku fragmentów moich dzienników (co na szczęście nie oznacza, że napisałam autobiografię:)). Co więcej - użyłam ksywki swojego zupełnie pierwszego chłopaka, bo bardzo się nadawała znaczeniowo na pseudonim człowieka będącego urojoną bazą w gąszczu relacji damsko-męskich. Podejrzewam, że każdy ma w sobie, w swoim czasie, takie momenty, kiedy błądzi mentalnie, emocjonalnie w rejony, z których niedaleko do przepaści, szaleństwa, samozniszczenia. Ale wycofuje się instynktownie. I każdy funkcjonuje trochę w takim kokonie interpretacji, powidoków, wyobrażeń. Z jednej strony wrażliwość niby zbliża nas do świata, ale z drugiej może zajmować nas tak bardzo, że tracimy kontakt z tym, co po prostu jest; przeżywamy głęboko, ale wektor tej głębi niesie w głąb nas, a nie na zewnątrz, więc oddala nas w odosobnienie. Bardzo mnie to fascynowało, kiedy pisałam. Wiem, że to nic odkrywczego, ale chciałam w to wejść po swojemu, ze swoim pisaniem. Celowo trochę odrealniłam bohaterkę, rozciągnęłam ją w czasie, a jednocześnie okroiłam z dookreśleń. I tak raz studiuje, raz pracuje w Londynie, mieszka z rodzicami, mieszka sama, raz ma 21 lat, a później nie wiadomo ile..., a to wszystko nieważne, to tylko drobne zmienne. Niezmienne są noce, imprezy, ciągłość sekwencji ciał, spotkania z byłym, szukanie Zakodowanego, momenty celebracji własnego uwrażliwienia, picie - wszystko to, co rozpuszcza bohaterkę, nadaje jej takiej gęstości, że można ją wziąć pod tę lupę prozopoetycką i rozbabrać słowem. Zainteresował mnie też taki obrazek, kiedy młoda kobieta mitologizuje kontakty seksualne, czyni seks językiem poznania, uzależnia się tak, że do seksu ograniczają się jej kontakty ze światem. Zainteresowała mnie erotyka jako przestrzeń dla wielu ludzkich doświadczeń: afirmacji, miłości, boskości, poniżenia, manipulacji, autoagresji. Czy to jest kumulacja pesymistycznych wizji człowieka, komentarz anonimowości w dzisiejszym świecie...? Nie wiem, może sama jestem nieco otępiała w swoim "kokonie" :) bo pisząc, interesowałam się wyłącznie jednostką, którą próbowałam poprzestrzelać tekstem jak najgęściej, a nie myślałam o ogóle i diagnozie jego kondycji...

K.M.: Wspomniała Pani o tym, że usilnie starała się udziwnić (utrzymać poziom tego udziwnienia) narrację w [DROGI_ZAKODOWANY]. Czyli utwór (chodzi mi oczywiście o formę) powstał raczej na drodze ciężkiej pracy, wielu poprawek, na szukaniu odpowiednich słów niż był wynikiem spływającej weny, gotowych myśli kłębiących się w głowie?

Ewa Piątek: Spora część tekstu spadła na kartkę (bądź ekran) z powietrza, w jakiejś magicznej chwili, ale później był chaos. Wieczorem w natchnieniu można napisać coś "popłyniętego", a rano okazuje się, że nie wiadomo o czym i po co jest dany tekst i trzeba go wywalić albo przebudować. Ponieważ nie pisałam według planu-szkieletu, tylko dawałam się ponosić na bieżąco, to później trzeba było poustawiać fragmenty tak, żeby droga bohaterki była czytelna, ewentualnie je uzupełniać, stanowczo powyrzucać niepotrzebne. A i samego męczącego poprawiania poszczególnych słów, zdań, skracania zbyt długaśnych oczywiście było mnóstwo i czasami naprawdę nie byłam pewna czy coś z tego wyjdzie. Na koniec bardzo pomogła mi zaprzyjaźniona korektorka, Agata, która w tym czasie pracowała w gazecie i w przeciwieństwie do mnie miała umysł przyzwyczajony do wytwarzania zdań informujących o konkretach. Wyłapała kilka momentów, w których naprawdę przesadziłam z poetyckim rozmemłaniem, z przyzwyczajenia do własnego tekstu i zmęczenia nim straciłam czujność. Tak, to była ciężka praca, mimo że efekt objętościowo tak skromny.

K.M.: Wiemy już, że Pani utwór dojrzewał w domowym zaciszu. Książka przeleżała około siedmiu lat w szufladzie, zanim trafiła na rynek. Dzięki namowom przyjaciela Pani ją wydała. Ale odnoszę wrażenie, że Pani dystans i chyba brak pewności siebie na tym polu (a może to skromność?), sprawiają, że ani nie czuje się Pani jakoś wyjątkowo z tej okazji, ani nie zmieniło to (publikacja) specjalnie niczego w Pani życiu? Mylę się?

Ewa Piątek: Rzeczywiście tak jest. Najpierw długo nie mogłam zabrać się za poprawianie tekstu, nie było też pieniędzy, by wydać książkę, a kilka zapytanych wydawnictw nie podjęło tematu (jedynie Kwartalnik FA-art wydrukował fragment, co było zachęcające), ale inna sprawa, że pisanie nie było dla mnie najważniejszą rzeczą, pozwalałam mu czekać. Kiedy wreszcie poprawiłam książkę i dostałam bydgoskie stypendium, też nie byłam pewna co to właściwie znaczy, bo stypendia to taki kredyt zaufania, komisja nie czyta tekstów, których wydanie wspiera. Ciężko mi uchwycić ewentualny moment sukcesu, chociaż cieszę się, że sfinalizowałam pomysł. Kiedy np. gramy spektakl, czuję, że daję z siebie niesamowicie dużo i od razu dostaję za to skupienie widowni. Jeśli tworzenie to próba podjęcia dialogu, to w przypadku książki te interakcje są trudniej uchwytne, cichutkie i powolne. A ja generalnie mam tak, że doceniam wartość "produktów" własnego tworzenia najczęściej na bazie jej potwierdzenia ze strony innych. Chociaż sam proces twórczy - droga, osobiste doświadczenia na tej drodze to coś niesamowitego, co czuję od razu (często to właśnie droga jest ważniejsza od finału), ale do tego akurat nie potrzeba publikacji czy pokazów. Rzeczywiście wydanie książki niewiele zmieniło w moim życiu. Może gdybym była bardziej zżyta z lokalnym środowiskiem literatów, poczułabym więcej po tej publikacji, bo byłabym na nią jakoś bardziej "nakręcona"...? Cóż, może to dopiero przede mną, może po tym wywiadzie pobiegnę po szampana? :) 

K.M.: Proszę zdradzić, czy myśli Pani o tym, aby potwierdzić swoją pisarskość kolejną publikacją? Drzemie już w Pani jakiś pomysł, jakieś myśli chcą się zmaterializować?

Ewa Piątek: Tak, mam dwa pomysły, ale znowu są niepilne i do tego za młode jeszcze, żeby móc o nich opowiadać. I na tym etapie nie wykluczam, że nie doczekają się należytego zapału z mojej strony i jednak już niczego nie napiszę. Ale mam nadzieję, że uda się i kolejna książka powstanie.

K.M.: A jakie lektury Pani preferuje? Kto jest ulubionym autorem?

Ewa Piątek: Lubię Olgę Tokarczuk, Sylwię Chutnik, Justynę Bargielską, Coetzee, Susan Sontag, Sylwię Plath, Aglaję Veteranyi, Milana Kunderę, Kena Wilbera... ale to tak na dziś, bo mam wędrujące preferencje. Z ludzi teatru uwielbiam czytać Eugenio Barbę i Jerzego Grotowskiego; to są specjaliści, którzy budzą we mnie miłość do warsztatu teatralnego i pozwalają stale na nowo odkrywać jego głęboki sens. Czasem, kiedy mam w głowie zamieszanie, relaksuję np. przy kojącej lekturze Pemy Cziedryn albo np. takim poradniku Joanny Posoch "Lawendowe pole", który podbudowuje marzenie o wyciszeniu na wsi.

K.M.: I na koniec proszę powiedzieć, co jeszcze niezwykłego, oryginalnego czy/i twórczego chciałaby Pani zrobić w życiu? Czego spróbować?

Ewa Piątek: Ciężko powiedzieć o czymś niezwykłym, bo wszystko o czym pomyślę na poważnie staram się stopniowo zmieniać w plan, a plan już niezwykły nie jest, bo jest... na przykład rzetelny :) Ale dwie rzeczy, które mnie kuszą, a na które jeszcze nie mam pomysłu, to śpiewanie (które lubię, ale stosuję bardzo rzadko, przy okazjach teatralnych, a chciałabym systematyczniej i niezależnie) i mieszkanie na Teneryfie połączone z zarabianiem na życie jakąś sztuką uliczną, np. monodramem z akompaniamentem granym na bębnie przez męża :)

K.M.: W takim razie życzę spełnienia marzeń i bardzo dziękuję za tę niezwykłą rozmowę.

Rozmawiała: Kinga Młynarska

Fotografie:
1. A. Maciejewska
2. mat. prasowy
3. M. Dziemitko
4. A. Maciejewska

wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie zabija się czarnego kota - recenzja

Bonia Wit to w rzeczywistości Bożena Witkowska – czterdziestodziewięcioletnia kobieta będąca z zawodu położną. Obecnie matka dwójki dzieci, studentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Wychowała się na Mazurach, którym oddała serce już jako dziecko. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu przenosi nas w to miejsce akcją powieści „Nie zabija się czarnego kota”.

Czytając tytuł książki ma się wrażenie, że właśnie sięgnęło się po jeden z mrożących krew w żyłach kryminałów lub też powieść przeznaczoną dla miłośników muzyki metalowej, a nie po opowieść obyczajową o mężczyźnie, który postanowił wybrać się na Mazury w celu uregulowania kwestii spadku po zmarłej babci.

Piotr został przedstawiony jako lekkomyślny, beztroski, lubiący zabawę i kobiety trzydziestokilkuletni mężczyzna. Powieść zaczyna się w momencie, kiedy podczas zbyt szybkiej jazdy samochodem, w niesprzyjających warunkach pogodowych ów człowiek potrąca tytułowego czarnego kota. Jak się później okazuje z zaistniałego zdarzenia wynika szereg nieoczekiwanych, niezbyt pozytywnych dla mężczyzny w tym momencie sytuacji. Oczywiście wersja ta skierowana jest do osób będących przesądnymi. Pozostali odbiorcy pomyślą, iż był to zwykły przypadek.

Piotr, będący osobą kompletnie niewierzącą w zabobony, postanowił zbagatelizować sprawę i zająć się jak zawsze swoją osobą, do czasu aż powtarzający się, co noc koszmar stał się obsesją, a w jego życiu pojawił się ktoś, kto obrócił je o sto osiemdziesiąt stopni.
Jeśli chcecie dowiedzieć się, jaki numer wywinęła Piotrowi babcia, jakie nieszczęścia spadły na jego głowę i jak zakończy się ta historia koniecznie musicie przeczytać książkę!

„Nie zabija się czarnego kota” okazało się dla mnie dużym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się niczego ciekawego, stąd moje zdziwienie. Książka została napisana prostym językiem, który powinien trafić do wszystkich bez względu na płeć czy wiek, choć bardziej poleciłabym ją żeńskiej części czytelników. „Ciepła, optymistyczna opowieść, którą czyta się z uśmiechem i wzruszeniem” – takie właśnie słowa można znaleźć na okładce. Mogę podpisać się pod nimi obiema rękoma. Szczerze powiedziawszy, zaliczam książkę do literatury lekkiej, będącej miłym oderwaniem od tych, które są bardziej „wymagające”. Historia banalna, ale godna uwagi.

Rozdziały czyta się szybko Mi wystarczył niespełna jeden wieczór by „połknąć” całość, co oznacza, że zaciekawiła mnie ta historia. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to tylko do tego, że czytając książkę miałam wrażenie, iż mam do czynienia z niezbyt doświadczonym pisarzem. Z tego, co mi wiadomo to pierwsza książka autorki, więc można jej wybaczyć ten brak wprawy. Summa Summarum moja ocena jest pozytywna, więc gorąco polecam zapoznanie się z tą pozycją.

Martyna Klawikowska

Za książkę dziękujemy:

środa, 2 kwietnia 2014

Hiszpański kot – I.Chodorek. P.Chodorek. A. Trojanowska

Hiszpański kot” to kontynuacja powieści „Nieczynne do odwołania” To tam właśnie poznajemy głównego bohatera Wojtka – niedoszłego jeszcze wtedy weterynarza. Niestety wydarza się tragiczny wypadek, giną jego rodzice i młody człowiek szybko musi wkroczyć w dorosłe życie. Przejmuje klinikę weterynaryjną i sam zajmuje się bratem Mikim.

Druga część historii głównie poświęcona jest zmaganiom Wojtka, który stara się połączyć absorbującą pracę z pomocą Mikiemu , który właśnie ma zdawać maturę a podchodzi do tego dość frasobliwie. Młody weterynarz codziennie w swoim gabinecie nabiera nowych doświadczeń, które wiele go uczą i pozwalają na coraz lepsze diagnozowanie zwierząt. Często ma jednak głowę zaprzątniętą swoją dziewczyną Agą, która przebywa na stypendium w Hiszpanii. Co prawda myśli o niej niejednokrotnie bywają przerwane przez Olgę, koleżankę Wojtka ze studiów, która pomaga mu po pewnym wypadku w gabinecie, jednak chłopak szybko uwalnia się z zauroczenia.

Często wspomina rodziców i przegląda rodzinna pamiątkę – książkę o tajemniczym tytule Silva. Zawiera ona fantastyczne rysunki zwierząt, których nie sposób tak naprawdę nazwać, ponieważ stanowią one jakby połączenie kilku gatunków. Ogromnie chce rozwiązać jej zagadkę, tym bardziej , ze nadarza się możliwość wyjazdu do Barcelony i wędrówki szlakiem św. Jakuba...

„Hiszpański kot” to powieść zarówno pełna emocji jak i wrażeń. Autorzy zabierają nas w gorącą podróż, pełną niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Razem z bohaterami będziemy przemierzać bajeczną Hiszpanię i czuć się przy tym jak Indiana Jones gdy rozwiązywał swoje zagadki.

Mnie osobiście w powieści ogromnie spodobały się główne postacie. Są nam ukazane jak ludzie z krwi i kości i świetnie się można z nimi identyfikować. Wszystkie zdecydowanie przebija osoba babci Iny, która swoim ciepłem i miłością do wnuków, zdecydowanie rozbraja czytelnika. Autorzy wprowadzają również bardzo dużo medycznych szczegółów, dotyczących przypadków pacjentów Wojtka. Na pewno ogromnie przypadnie to do gustu zwolennikom wszelakich książek z medycyną w tle. Tu co prawda pacjentami są zwierzęta, lecz uważam, że nie tylko ich miłośnicy będą tymi zagadnieniami zainteresowani. Ogromnie ważne są też przedstawione relacje pomiędzy pacjentami i ich właścicielami.,oraz ich podejście do proponowanego leczenia.

„Hiszpański kot” to powieść zdecydowanie wielowątkowa, która może się spodobać całej rodzinie. Zarówno młodszy jak i starszy czytelnik znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Myślę, że może stać się ciekawą lektura wakacyjną, bo właśnie taka jest jak ten czas – spokojna , miła i ciepła. A czy Miki zda maturę, a zagadka Silvy zostanie rozwiązana – zapraszam do lektury ..

Małgorzata Pyzik

Za książkę dziękujemy:

środa, 12 marca 2014

„Waleriusz. Nieustraszony trybun” - recenzja

Douglas Jackson urodził się w Jedburghu na szkockim pograniczu w 1956 r. Mieszka wraz z żoną w pięknym Bridge of Allan, gdzie pisze, ogląda ulubione mecze rugby i straszy wędką ryby. Po trzydziestu latach pracy, jako dziennikarz postanowił przelać na kartki swoją wielką fascynacje starożytnym Rzymem.

Jego dwie pierwsze książki „Kaligula” i „Klaudiusz” osiągnęły nie lada sukces. W końcu postanowił poświęcić się całkowicie zawodowemu pisaniu. Na swoim koncie może się pochwalić pięcioma powieściami historycznymi i dwoma thrillerami. Powieść „Waleriusz. Nieustraszony trybun” jest początkiem cyklu o rzymskim trybunie, a fabuła przedstawia się następująco:

Jest rok sześćdziesiąty naszej ery. Do Brytanii zostaje wysłany dwudziestotrzyletni trybun Gajusz Waleriusz Werrens. W legionach imperium rzymskiego ma nabrać niezbędne doświadczenie militarne, jednak jego celem ma być rozpoczęcie zawodowej kariery politycznej w stolicy Rzymu. Droga do owej kariery nie będzie łatwa, ponieważ trafia on w sam środek konfliktu. Brytowie postanawiają się po raz kolejny zbuntować przeciwko swojemu najeźdźcy i pod rozkazami królowej Budiki stają do walki. Waleriusz wraz z legionem stacjonującym w osadzie, stanie naprzeciw żądnych zemsty buntowników i podejmie dramatyczną obronę.

Nie trzeba być znawcą literatury by domyślić się, że mamy do czynienia z powieścią historyczną, wystarczy rzut oka na okładkę książki, a ta prezentuje się wzorowo, jak i reszta wydania. Ładnie wykonana okładka ze skrzydełkami otacza strony, które są wysokiej jakości, a do tego jako wisienka na torcie dochodzi uzależniający każdego miłośnika książek zapach farby drukarskiej.

Sama powieść również zachwyca i od razu dostrzegamy, że mamy do czynienia z wysokiej klasy pisarzem. Autor snuje nam na kartkach historię, która przyciąga nasze zainteresowanie i będzie nas trzymać w swojej mocy, aż do ostatniej strony. Ciekawa fabuła wypełniona prawdziwymi wydarzeniami historycznymi, takimi jak bunt królowej Icenów Budiki sprawi, że śledzenie losów bohaterów będziemy poznawać z wypiekami na twarzy. Kreacja postaci również zasługuje na uznanie. Główna postać trybuta Waleriusza od samego początku wzbudza naszą sympatię. Poznamy również czarne charaktery powieści, które pobudzą w nas zainteresowanie mimo swojego okrucieństwa. Postaci, mimo, że dobrze skonstruowane mogą przysporzyć małego kłopotu.

W moim przypadku imiona bohaterów sprawiły mi małe trudności, gdyż czasem nie mogłem zorientować się, kim jest osoba poznana przez Waleriusza i musiałem wrócić parę stron wcześniej, aby sobie to przypomnieć. Największą zaletą powieści są potyczki batalistyczne. Tutaj autor zabłysnął dużą znajomością historii, profesjonalne opisy walk zasługują na słowa uznania. Fascynację Szkota starożytnym Rzymem dostrzegamy na każdym kroku. Świat przez niego opisany jest niczym wyrwany ze stron podręcznika do historii, opisy codziennego życia ludzi w miastach i wioskach pozwalają nam wczuć się w minioną epokę.

Dla ułatwienia śledzenia losu bohaterów umieszczono na początku mapkę wysp brytyjskim z sześćdziesiątego roku, na której rozmieszczono plemiona Brytów i ważniejsze osady. Na końcu znajduje się krótki słowniczek ważniejszych terminów wojskowych, do którego warto zajrzeć, jeśli napotkamy pewne trudności.

„Waleriusz. Nieustraszony trybun” śmiało można polecić nie tylko fanom starożytności. Osoby niekoniecznie miłujące historię śmiało mogą sięgnąć po książkę i nie zawiodą się na niej. Ja, zachęcony lekturą chętniej sięgnę po kontynuację: „Waleriusz. Sprawa Piotra”, której fabuła będzie prawdopodobnie powiązana ze Świętym Piotrem. Wątek, w którym rzymski trybun miałby się zetknąć z chrześcijanami wydawać może się wielce ciekawy. Tak też nie pozostaje nic innego jak wytrwale czekać na dalsze losy Waleriusza.

Bartek Słowiński

                                                           Za książkę dziękujemy:




środa, 19 lutego 2014

Krzyż Romanowów - recenzja

"Krzyż Romanowów" to połączenie literackiej fikcji i historycznych faktów. Wyobraźnia autora i autentyzm wydarzeń razem tworzą historię fascynującą, skonstruowaną z elementów różnych gatunków literackich - Robert Masello jako podwaliny powieści wykorzystał tragiczne dzieje ostatnich Romanowów, całość dekorując elementami nadprzyrodzonymi jak pisarze grozy i detalami, których nie powstydziliby się autorzy thrillerów medycznych. "Krzyż Romanowów" przypomina postać tajemniczego mnicha i mistyka Grigorija Rasputina, wiążąc ją z dziejami współczesnymi, zagrożonymi przez potencjalnie niebezpieczną sytuację na Wyspie Św. Piotra na północy Alaski.

Wyspa Św. Piotra staje się łącznikiem między fanatycznymi wyznawcami mistyka Grigorija Rasputina, zespołem amerykańskich epidemiologów, którzy mają okiełznać ewentualne biologiczne zagrożenie oraz mężczyznami, którym marzy się zdobycie skarbów. Jak to możliwe? Impulsem do zainteresowania się ową wyspą staje się rozbicie o nią kutra poławiaczy krabów. Tylko jeden szypr przeżył katastrofę - do skalistego wybrzeża dopłynął na wieku trumny z wizerunkiem św. Piotra, którą wcześniej z wody wydobył na kuter. Przed ostateczną ewakuacją wydobył z niej bogato zdobiony krzyż, który w mniemaniu ocalonego ma zapewnić mu fortunę - więc postanawia zatrzymać go w tajemnicy.

Jak się okazuje, na Wyspie Św. Piotra, gdzie panują zimą egipskie ciemności i bardzo niska temperatura, dochodzi do roztopów wiecznej zmarzliny i osuwania się klifu. Właśnie tam, gdzie następują geologiczne zmiany, znajduje się cmentarzysko osadników, zmarłych na hiszpankę, która w XX wieku zebrała śmiertelne żniwo. Czy wirus hiszpanki zahibernował się w zamarzniętych zwłokach? Jeśli tak, czy współczesny świat może zmienić się w miejsca ogarnięte pandemią?

W tym momencie ze sobą zaczyna się wiązać przeszłość i teraźniejszość; losy mieszkańców Portu Orlov, miasteczka powstałego jako innuicka osada, doktora epidemiologii Franka Slatera, byłego majora, powiązanego z Instytutem Patologii Sił Zbrojnych USA oraz jego zespołu badawczego. Na domiar złego o Wyspie Św. Piotra krążą niezbyt dobre słuchy - legendy mówią, że wataha wilków to tak naprawdę zaklęte dusze Rosjan w ciałach zwierząt, a skały na wybrzeżu są nawiedzane przez tajemniczą postać z lampą, która zwabia niewinnych ludzi jak syreny marynarzy.

"Krzyż Romanowów" przez tematyczną rozpiętość trudno sklasyfikować. Znajdziemy tutaj zbeletryzowaną historię rosyjskiej dynastii, dopełnioną motywami fantastycznymi, przeplataną fikcją literacką o znamionach thrillera i sensacji. Łączenie ze sobą wielu wątków i elementów gatunkowych jest posunięciem ryzykownym - nie zawsze autorzy mierzą siły na zamiary i zamiast wieloaspektowej powieści czytelnik otrzymuje do rąk literaturę niedopracowaną, w której zainicjowane pomysły co prawda są intrygujące, ale efekt daleki od marzeń. W przypadku powieści Roberta Masello tak nie jest. Masello tchnął nowe życie w znane tematy, dozując napięcie, zaskakując pogarszaniem sytuacji na wyspie i choć czytelnik będzie się domyślał, gdzie zawiedzie go rozwój fabuły, śledzenie sytuacji oczami poszczególnych bohaterów będzie ciekawą przygodą, której nie chce się przerywać, choć na ich miejscu chciałoby się uciec tam, gdzie pieprz rośnie. Czytelnik obserwuje wydarzenia z punktu widzenia grup postaci – to uogólnienie jest jak najbardziej na miejscu, ponieważ zabrakło wyrazistości w postaciach współczesnych. Nie odmówi się im cech indywidualnych, ale w toku fabuły nie raz stapiają się w całość grupy, nadając jej charakter pozytywny lub negatywny.

Jedyne, co może zawieść czytelnika wymagającego nieszablonowości w pełni, to zastosowanie mało wiarygodnych i schematycznych scen rodem z filmu akcji, które wyglądają na naiwne i przesadzone w wykonaniu. Warto pamiętać, że przerysowany strach w pewnym momencie straszyć przestaje i zaczyna się go odbierać z przymrużeniem oka. Zastanawia również motywacja niektórych czynów bohaterów, zwłaszcza zdegradowanego z miana majora doktora Slatera, mężczyzny idealizowanego ze wszech miar, który od początku wydaje się być postacią o charakterze bardziej stanowczym, niż jest w rzeczywistości. W oczy rzuca się również przerysowana lekkomyślność kilku postaci, którą co prawda można sobie wytłumaczyć, ale jest wręcz porażająca. Czy można być aż tak nieświadomym?

Nadużyciem byłoby użycie stwierdzenia, że "Krzyż Romanowów" jest skarbnicą wiedzy, ale istotnie jego fabuła jest wzbogacona o ciekawostki historyczne, obyczajowe anegdoty, legendy, wierzenia Innuitów i tradycję Kościoła Prawosławnego, które czynią lekturę bardziej intrygującą. Chociaż "Krzyż Romanowów" nie jest powieścią zupełnie nieprzewidywalną i nieszablonową, nie sposób nie docenić kreatywności autora na wielu polach i solidnego przygotowania do przedstawiania faktów. Ta powieść mimo kilku niedociągnięć nie pozwala się od siebie oderwać, dopóki nie dobrnie się do końca misji. Która się powiodła czy skończyła fiaskiem? Powieść sensacyjna z niesamowitą historią w tle i zagrożeniem nie tylko epidemiologicznym, ale nadnaturalnym – brzmi smakowicie dla poszukiwacza literackich przygód oraz tych, których fascynują luki w historii, czekające na hipotetyczne wypełnienie.

Katarzyna Kupczyk 

Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 16 września 2013

KOCHAM NOWY JORK - Isabelle Laflèche

Poznajcie Catherinę Lambert, przebojową francuską prawniczkę, której życiowym marzeniem była praca w Nowym Jorku. 30-latce udaje się przenieść do oddziału kancelarii, dla której pracuje z Paryża, prosto na Wall Street. Niestety jej wyobrażenie o pracy w tutejszej kancelarii szybko zostaje skonfrontowane z szarą rzeczywistością. Przekonuje się bowiem, że wyścig szczurów nieustannie trwa, biurowe intrygi są na porządku dziennym, a zaufanych osób w branży, jak na lekarstwo.

Na szczęście Catherine nie poddaje się. Zaprzyjaźnia się ze swoim asystentem, a także koleżanką ze studiów. Ukojenie znajduje także w zakupach, nigdzie indziej jak na Piątej Alei- pozostając jednak zawsze wierna Diorowi. Mimo wielu przeciwności, bohaterce udaje się wdrożyć w nowojorskie realia. Ma na to bardzo prostą receptę - zawsze jest sobą. Nikogo nie udaje, nie próbuje się nikomu przypodobać, jest szczera i otwarta na świat. Czy uda się jej znaleźć jednak silne męskie ramię, które będzie dla niej bezpiecznym oparciem? Czy nie da się zwieść pozorom i w porę zrozumie, że szuka nie tam, gdzie trzeba? Przekonajcie się sami i sięgnijcie po „Kocham Nowy Jork”. Nie zawiedziecie się.

Książkę czyta się jednym tchem. Nie brakuje jej zarówno zabawnych, jak i gorzkich momentów, właściwie tak, jak w codziennym życiu. Autorka za pomocą tej powieści, bez ogródek ukazuje nam realia pracy dla największych potentatów na Wall Street. Sięgając po tę książkę, byłam niezwykle ciekawa debiutu kanadyjskiej pisarki Isabelle Laflèche. Nie zawiodłam się. Któż może lepiej opowiedzieć o prawniczym świecie, niż osoba, która sama miała z nim styczność? Pani Isabelle była bowiem prawniczką, m.in. w Nowym Jorku, czy Toronto. Dziś jednak działa w branży modowej i pisze książki.

Catherine swoją szczerością podbiła moje serce już od pierwszych stron i. I właśnie takie książki lubię. Najbardziej jednak ucieszyła mnie informacja o tym, iż będzie miała ona swoją kontynuację. Autorka zaprasza nas do poznania kolejnych przygód Catherine, w powieści „ Kocham Paryż”, która ukaże się niebawem.

Warto wspomnieć o dodatkowych atutach książki. Po pierwsze - okładka. Czarno-biała fotografia nawiązująca do zawodu prawniczki i błękitne napisy- naprawdę przykuwają uwagę i sprawiają, iż chce się po nią sięgnąć. Język, którym napisano książkę jest prosty, trafia w gusta czytelnika. Czyta się łatwo i przyjemnie, w dodatku do ostatnich stron trzymając w napięciu. Idealna pozycja na lato, jak i długie jesienne wieczory.

Martyna Sitniewska
                                                    Za książkę dziękujemy:




piątek, 13 września 2013

Krew to nie wszystko - Izabela Degórska - recenzja

"Perspektywa przebywania na słońcu od świtu do zmierzchu, z pewnością przeraziłaby każdego wampira."

Izabela Degórska zadebiutowała w 2002 roku "Bajką o szczęściu", co pozwoliło jej dalej rozwijać swą pasję pisarską, bo cztery lata później pojawiła się jej druga powieść "Najwyższa pora na miłość". Z zawodu jest dziennikarką, udało jej się także wyprodukować kilka teledysków, czy napisać kilka dialogów dla telenoweli "Klan". W 2011 r. na półkach pojawiła się jej powieść fantastyczna "Pamięć krwi". "Krew to nie wszystko" to druga część przygód polskiej dziennikarki Mileny.

Milena Chmielnik to dziennikarka mieszkająca w Polsce, a konkretnie w Szczecinie. Wszystko jednak się zmienia, gdy dziewczyna poznaje Dariusza - ratuje jej życie, ale nie tylko. Milena bowiem ma 25 lat, i zostanie tak już na zawsze. Jej chłopak rozpoczął proces jej przemiany, a dokończył ją drugi człowiek - Fidiasz. Oboje są ojcami Mileny - nowo narodzonego wampira. Sytuacja staje się dziwna, gdy kobieta odkrywa, że słońce jej nie zabija. Po pewnych eksperymentach następuje przełom, Milena jest kluczem do chodzenia za dnia dla ich rasy. Niestety by przygasić nadzieję, na Inicjacji dziewczyna pali się... Słońce w końcu na nią podziałało z lekkim opóźnieniem? Od tej chwili rozpoczyna się krwawa przygoda, w którą została zamieszana wampirzyca. Czy uda się jej przeżyć? I co stanie się z jej "odpornością" na światło?

"Była już więziona, gryziona, palona, i teraz jeszcze ostrzeliwana. Jako dziennikarka mogła co najwyżej zgubić długopis."

Jak nam wiadomo powstało już multum książek o wampirach, które popularność w literaturze zyskały dzięki Stephanie Meyer, czy Anne Rice. Można więc pomyśleć, że już nic więcej nie można wymyślić w tym temacie, że został już nadto wyczerpany. Ale czy na pewno? W końcu wyobraźnia każdego z nas działa zupełnie inaczej...

Autorka napisała powieść, w której miejsce akcji dzieje się w polskich realiach, jak i są polskie wampiry. Świat, w którym owe istoty żyją to podziemne miasta i korytarze, które znajdują się tuż pod ziemią. Gdzie również działa podział społeczeństwa na kasty, dzielone ze względu na umiejętności i charyzmę. Ich gniazda, czasami ukryte, w których mieszkają ich dzieci... Właśnie w takim otoczeniu znajdujemy się, czytając dzieło.

Język, w jakim napisano książkę jest prosty. Znajdują się tu też zdania i wyrażenia z różnych języków, oczywiście przetłumaczone na język polski. Akcja przenosi nas w różne strony świata, przedstawia wampiry różnych narodowości, dlatego wprowadzono owy zabieg literacki. Książka przez to nabiera oryginalności. Co mi się bardzo podobało, wspomnienia, czy retrospekcje (które wzbogacały powieść) wyróżnione były kursywą, co ułatwiało czytelnikowi zrozumienie historii zawartej na stronicach.

"- O - mój - Boo - że - jęknęła.
Mężczyzna otarł usta i liźnięciem zamknął brzegi rany.
- Wystarczy jak mówisz mi Otto - odparł nie kryjąc zadowolenia.
"

Bohaterowie - w większości wampiry - są zestawieni na zasadzie kontrastu, posiadają różne charaktery. Ale co najciekawsze, choć każdy je przedstawia jako istoty idealne, bez skazy - autorka zaprzecza temu i ukazuje wampiry, które mają wady. Można je zabić (nie tylko osikowym kołkiem w serce), które można zranić, a przede wszystkim posiadają dusze, która niekiedy wypala się, prowadząc do upadnięcia psychiki. Ukazany został nawet specjalny psychiatryk dla tej rasy.

Jak w prawie każdej powieści tego gatunku, występuje tu wątek miłosny. Ale co was zaskoczę, jest to czworokącik - Milena ma aż trójkę adoratorów i każdy stara się jakoś przed nią zabłysnąć. Nie powiem, niektóre sceny zazdrości potrafią rozśmieszyć. Miłość nie jest tu jednak wątkiem głównym i nie odgrywa "pierwszych skrzypiec".

"Z depresji można wyjść. Kiedy usycha dusza, cały byt okazuje się pomyłką, zwykłą stratą czasu."

Książka okazała się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem - czyta się szybko, a powieść bardzo wciąga. Rozpoczynając ją, myślałam, że będzie to kolejna książka o wampirach. Myliłam się jednak. Świat tej rasy został tu ukazany z zupełnie innej perspektywy, z innym oryginalnym pomysłem. Powiem szczerze, że o tym, iż jest to tom drugi dowiedziałam się zaczynając lekturę, jednak nie przeszkadzała mi nieznajomość części pierwszej, ponieważ wszystko zostaje wytłumaczone, więc taki czytelnik nie powinien się zagubić.

Jest to natomiast kolejna powieść, która dowodzi, że polscy pisarze mają świetne i świeże pomysły, mimo tego, że na rynku literackim jest już tego pełno. Są to nasze polskie perełki, warte dostrzeżenia. Oby takich pisarzy było coraz więcej, a polscy czytelnicy chętnie sięgali po ojczystą literaturę.

Książkę polecam wielbicielom gatunku fantastyki i tym lubujących się w historiach o wampirach. Z pewnością się nie zawiedziecie. Ale radzę zacząć jednak od tomu pierwszego. JA jak tylko wpadnie mi w ręce również się za niego wezmę. Wartą wspomnienia jest również rzecz, że książka nie jest napisana specjalnie dla młodzieży każdy czytelnik odnajdzie się na stronicach powieści, co uważam za ogromny plus.

Marcelina Pomper

Książkę otrzymaliśmy od:

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Shirlee Busbee „Waleczna i krucha”

W życiu książkowego mola nie brak rozczarowań, niestety. Czasami jakaś książka zawoła do nas, puści oczko, zatrzepocze okładką i już nas ma. Porywamy ją w swoje objęcia, czytamy opis i coraz bardziej oczy nas swędzą od przemożnej chęci czytania. A później jest już tylko gorzej. Tak mniej więcej rozpoczął się mój krótki romans z powieścią Shirlee Busbee „Waleczna i krucha”.

Po śmierci ojca, niepokorna główna bohaterka Emily w męskim przebraniu musi stawić czoła nieporadnemu i tchórzliwemu kuzynowi, który jako prawowity dziedzic i głowa rodziny korzysta z życia i z pieniędzy, nie znając umiaru. Aby uchronić cioteczną babkę Cornelię i młodziutką macochę Amy od bankructwa, Emily musi podjąć się działalności, która nie jest zgodna z prawem.

Dodatkowo w jej życiu pojawia się Amerykanin Barnaby, lord Joslyn, a wraz z nim kolejna fala kłopotów. Ktoś bowiem depcze przystojnemu obcokrajowcowi po piętach i usiłuje go zabić, a głównym podejrzanym jest kuzyn Barnabiego, Mathew. Ma on motyw, gdyż gdyby nie pojawienie się Amerykanina, to właśnie on przejąłby cały majątek. W centrum wszystkich zdarzeń znajduje się oczywiście wątek miłości, jaka rodzi się pomiędzy Emily i Barnabym.

Niby wszystko jest jak lubię; czasy gorsetów, pięknych zamków, mdlejących niewiast i dostojnych mężczyzn, ognisty romans i szczęśliwe zakończenie, ale… całość nie zachwyca. Akcja rozwija się bardzo powoli, wciąż powtarzane spostrzeżenia, a nawet zdania nudziły mnie i sprawiały, że odpływałam myślami w ciekawsze miejsca.

Mimo, że autorka próbuje zmylić czytelnika, odrobinę zawikłać sprawę tajemniczego napastnika, rozwiązanie całej zagadki nie jest zbyt zaskakujące. W zasadzie nie doszukałam się żadnej z zalet wymienionych na okładce; ani wartkiej akcji, ani nieoczekiwanych zwrotów, ani wyjątkowego poczucia humoru. Jedyne, co naprawdę mi się podobało to sceny erotycznie, niezbyt liczne, ale naprawdę dobre. Pikantne, ale nie wulgarne.

Podsumowując, mamy w tej powieści zadziwiające zjawisko. Pełno morderstw, ran postrzałowych, próba gwałtu, porwanie i ucieczki, a jednak… wieje nudą. Może jest to po prostu powieść dla ludzi ze spokojniejszym temperamentem niż mój.

Recenzję napisała: Angelika Pisula

Fragment książki: dostępny na stronie wydawnictwa

Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Pojedynek uczuć - Krystyna Mirek - Nowość

Jak wyrwać się z zaklętego kręgu osobistych   i zawodowych zależności? Jak godzić ambicje i marzenia z konsekwencjami upływającego czasu? Czy warto otworzyć się na niespodziewaną miłość?

Jaką niespodziankę może nam jeszcze zgotować życie? 30-letnia Maja mieszka ze swoim synkiem w eleganckim apartamencie, nabytym za namową ojca dziecka, prezesa prosperującej krakowskiej firmy. Realizuje się zawodowo, od lat jest w trwałym związku, ma uroczego synka Krzysia. Czegóż chcieć więcej? Może tylko tego, żeby ta idylla się nie kończyła, a przede wszystkim żeby nie okazała się iluzją…

"Pojedynek uczuć", napisany jest lekkim piórem, porusza ważne tematy. Jej wartka akcja, humor i życiowa mądrość są osadzone w realiach pracy w polskich firmach, które stawiają wiele kobiet przed trudnymi osobistymi wyborami. Jednocześnie jest to po prostu świetna lektura, która wzrusza, bawi i daje przyjemność z czytania, a barwni bohaterowie na długo zostają w naszej pamięci.

Codzienność pachnąca świeżymi drożdżówkami, kawą i nadzieją, ale również lękiem, brakiem zrozumienia i trudnym macierzyństwem. Pojedynek uczuć to opowieść o kobiecie, która sama musi podjąć rękawice różnorodnych wyzwań. Z powieści płynie pewna istotna prawda: wszystkie trudne dni i noce zdarzają się PO COŚ. Bo życiowe zakręty tak naprawdę tylko prostują nasze życie. - Katarzyna Enerlich, pisarka
Krystyna Mirek - pisze o sobie: Miałam pięć lat, kiedy po raz pierwszy znalazłam drzwi do alternatywnego świata. Choć zamieszkują go postacie fikcyjne, żyją one tak samo prawdziwie jak my. Kochają, zdradzają, śmieją się i szukają swoich dróg w życiu. Minęło ponad trzydzieści lat, zanim uwierzyłam, że mogę spełnić marzenie i zacząć o nich pisać. Jest tych fabuł niezliczona mnogość. Każdy może w nich odnaleźć własny los. Uśmiechnąć się i wzruszyć, a czasem zastanowić nad tajemnicami miłości, która jest fundamentem każdego życia.

Meandry światów Krystyny Mirek czytelnicy mogli śledzić też w jej dwu poprzednich powieściach: Prom do Kopenhagi oraz Polowanie na motyle.


Fragment książki można przeczytać na stronie wydawnictwa.

wtorek, 19 marca 2013

Janusz Koryl - Urojenie - Recenzja

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dreams, otrzymałam książkę „Urojenie” Janusza Koryla. Z twórczością Pana Janusza zetknęłam się po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. 

Akcja książki dzieje się w rodzimym mieście autora- Rzeszowie. Noc sylwestrowa. Młoda kobieta zostaje zamordowana. Wśród tłumu ludzi witających na rzeszowskim Rynku Nowy Rok pojawia się mężczyzna, ubrany w długi popielaty płaszcz i pilśniowy kapelusz, przypominający słynnego Indianę Jonesa- z wyjątkiem faktu iż Indiana nie chadzał po Rynku z zakrwawionym nożem. Co więcej- mężczyzna sam zgłasza się na posterunek policji, przyznając otwarcie, iż zabił kobietę. Bez najmniejszego oporu daje się aresztować, poddaje się przesłuchaniu, ujawnia personalia ofiary oraz adres, pod którym rzekomo doszło do morderstwa. 

Z pozoru bliską do rozwiązania zbrodnię komplikuje fakt, iż po dotarciu pod wskazane przez mężczyznę miejsce, policjanci nie znajdują zwłok, a o istnieniu Anieli Grodzickiej nikt nie słyszał. Na domiar złego, podejrzany mężczyzna znika w niewyjaśniony sposób z rzeszowskiego aresztu. Dla młodego i ambitnego aspiranta Mateusza Garlickiego zagadkowe morderstwo staje się obsesją. Czy morderca rzeczywiście jest mordercą? Czy ofiara, to rzeczywiście ofiara? A wreszcie gdzie kończy się granica prawdy, a zaczyna urojenie? Na te pytania możecie odpowiedzieć sobie, sięgając do „Urojenia”. Fabuła thrilleru jest na tyle interesująca, iż nie mogłam się od niego oderwać już od pierwszych stron. Całość napisana jest językiem jasnym i przejrzystym, widać również, że autor „wie, o czym pisze”. Mam na myśli to, iż dogłębnie zapoznał się z tajnikami pracy śledczych. 

Dodatkowym atutem jest rewelacyjna oprawa graficzna. Od hipnotyzującej okładki nie sposób oderwać wzroku. Uroku całokształtowi dodaje również nutka paranormalna, która w połączeniu z thrillerem tworzy naprawdę ciekawą mieszankę. Przewrotna fabuła i zakończenie sprawią iż wszyscy w literaturę polską wątpiący odzyskają swoją wiarę. Szczerze polecam. 

Autorem recenzji jest :Martyna Sitniewska

poniedziałek, 18 marca 2013

Zmyślone życie Siergieja Nabokowa - Paul Russell - PREMIERA

6 marzec 2013- Premiera powieści Paula Russella, "Zmyślone życie Siergieja Nabokowa", zbelteryzowanej biografii brata genialnego pisarza.

„Jest to jeden z tych żywotów, które beznadziejnie domagają się spóźnionego czegoś – współczucia, zrozumienia, obojętnie czego – czego nie zastąpi ani nie ocali rozpoznanie owego niedostatku” – pisał o życiu swojego brata w autobiografii Pamięci, przemów Vladimir Nabokov. Paul Russell odtwarza przemilczane życie brata genialnego pisarza i niezwykłe czasy, w których przyszło mu żyć.

W powieści, opartej na niezwykłym życiu Siergieja Nabokowa, homoseksualnego brata Nabokova pisarza, Paul Russell przedstawia skomplikowany zmieniający się świat, w jakim przyszło żyć rodzinie Nabokowów oraz ich przyjaciołom i znajomym. Akcja powieści przenosi się z przedrewolucyjnej Rosji do Niemiec i Anglii, i wreszcie Paryża z czasów salonu Gertrudy Stein i Alice B. Toklas. Lecz uwagę czytelnika przykuwa postać Siergieja, szczerego i wrażliwego narratora powieści, opisującego dzieciństwo spędzone w cieniu uwielbianego przez ojca i błyskotliwego brata, paryskie opiumowe wieczory z Cocteau, trudne podboje miłosne w kręgu legendarnego zespołu Ballets Russes i osamotnienie w bombardowanym podczas wojny Berlinie, gdzie ostatecznie Siergiej został aresztowany i zesłany do obozu koncentracyjnego, w którym zmarł w roku 1945.

W powieści, która wymagała od autora starannych studiów, spotykamy nie tylko samego mistrza, Vladimira Nabokova, lecz także niezwykłe postaci, takie jak Pablo Picasso, Siergiej Diagilew, Igor Strawiński, Magnus Hirschfeld, Gertrude Stein i Alice B. Toklas, Jean Cocteau.

Było mi trochę wstyd, że dopiero po latach pomyślałem o życiu Siergieja, przecież z twórczością Vladimira obcowałem przez lata” – mówi Paul Russell, pisarz i wykładowca, którego praca doktorska dotyczyła pisarskich technik Vladimira Nabokova. Autor przyznaje, że bezpośrednią inspiracją do napisania tej powieści był esej Lva Grossmana "The Gay Nabokov" oraz oryginalne listy Siergieja Nabokowa przechowywane w Bibliotece Nowojorskiej.

"Russellowi udało się dokonać imponującego wyczynu. Nie tylko stworzył wciągającą historię, ale przede wszystkim tchnął życie i nadał godności postaci, którą Vladimir Nabokov opisał jako cień na dalszym planie". - Historical Novel Society 

Fragment powieści do przeczytania => TU<=

Tytuł: Zmyślone życie Siergieja Nabokowa
Autor: Paul Russell
Przełożył: Jędrzej Polak
ISBN: 978-83-7758-218-3
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: Twarda