Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo novae res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo novae res. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2019

Trzydziestoletnia Mathilda i czterdziestoletni Grzegorz przypadkowo spotykają się na niemieckim campingu. Z zasłyszanej rozmowy telefonicznej mężczyzna wnioskuje, że kobieta przed kimś ucieka. 

Po powrocie do Polski zapomina o Niemce, lecz kilka miesięcy później Mathilda dzwoni do niego i prosi o pomoc. Zamierza przyjechać do Oświęcimia, rodzinnego miasta Grzegorza, i poznać historię swojego dziadka – esesmana z Auschwitz. 

Liczy na to, że to pomoże jej uwolnić się od rodzinnej klątwy, o której przekonywała ją matka, a zarazem wyzwolić się z patologicznego związku. Czy Grzegorz, sam uwikłany w trudne relacje z matką i córką, będzie w stanie pomóc zranionej kobiecie?

„Trzecia terapia” to opowieść o winach własnych i cudzych, o rodzinnej przeszłości, uzależnieniu od innych i o niełatwej miłości, która może przyjść w każdym wieku.

Danuta Chlupová jest Polką, lecz od urodzenia mieszka w Czechach. Jej małą ojczyzną jest Zaolzie – część Śląska Cieszyńskiego, która przed blisko stu laty została włączona do ówczesnej Czechosłowacji.
Z wykształcenia ekonomistka, z zawodu i zamiłowania dziennikarka, mieszka z rodziną w spokojnym miejscu pod lasem, w którym w czasie wojny rozegrały się dramatyczne wydarzenia. Laureatka Konkursu Literacki Debiut Roku 2017 za powieść „Blizna”.


piątek, 29 sierpnia 2014

Marta A. Trzeciak "Bliżej. Dalej"

Książka Marty A. Trzeciak "Bliżej. Dalej" to pozycja, która mnie już na wstępie zaintrygowała. Muszę przyznać, że motyw pradawnej intuicji i nurt realizmu magicznego to coś, co bardzo mi odpowiada. Brzmi niebanalnie, obiecująco, a jednocześnie pobudza wyobraźnię do intensywniejszego odbioru.

Pierwszych kilka stron lektury to było zaskoczenie. Musiałam wejść w świat budowany przez autorkę. Pomimo zainteresowania książką, przyznam, że byłam lekko sceptyczna na początku, ale stało się tak, że z kilku stron zrobiło się ich kilkadziesiąt i nie potrafiłam przestać czytać. Bardzo pociągająca okazała się inność tej fabuły.

Trzy siostry i trzy inne charaktery.. totalna abstrakcja, ale ile w niej przemyślanego wdzięku! Rita, wulgarna i dosadna, grająca w zespole rockowym outsiderka. Stella, piękna i oddająca się niebezpiecznemu życiu kobieta wyzwolona i Matylda idealna, delikatna, wręcz eteryczna weganka, która żyje w doskonałym świecie, pełnym zasad i moralnych zakazów. Łączy je ojciec, ten sam mężczyzna, który łączy mnóstwo innych kobiet. Niestrudzony kochanek, dający rozkosz i wszystko, czego jego partnerki zapragną.

Siostry poznajemy w chwili, gdy przyjeżdżają na pogrzeb ojca. Przybywają tam setki rozżalonych kobiet, które nie mogą uwierzyć, że ich mężczyzna umarł. Po ceremonii znika jedna z sióstr. Rita wraz z Matyldą decydują się ratować Stellę z rąk brutalnego kochanka-porywacza..

Mogłabym tak pisać i pisać o treści książki, ale to nie ma sensu! Proza Marty A. Trzeciak oscyluje wokół absurdu, ale przyznam szczerze, że po przeczytaniu wyciągnęłam wnioski, które doskonale oddają sens naszej egzystencji. Mam wrażenie, że podróż kobiet przypomina walkę z wiatrakami Don Kichota, a także specyfikę dramatu Becketta, który w "Czekając na Godota" obrazuje pewien egzystencjalny dysonans. Wnioski należy wyciągać indywidualnie.

W mojej świadomości ta podróż, kierowana intuicją i tajemniczymi znakami, prowadzi do wnętrza siebie. Każda z bohaterek przeżyła przemianę, przewartościowała swoje życie. Bardzo często w kontakcie ze śmiercią kogoś, kogo kochamy, zmieniamy światopogląd i odnajdujemy nowe cele w życiu. To moja interpretacja książki. Być może odnajdziecie na kartach powieści coś zupełnie innego i wydaje mi się, że to będzie równie celna analiza.

Do czytania bardzo zachęcam! Zdaję sobie sprawę, że to nie jest przyjemna obyczajówka, ale pozwala rozwinąć swoją wyobraźnię. Co więcej, są epizody, które bawią do łez, bo w życiu codziennym nie mogłyby się zdarzyć, są skutki wydarzeń, których nikt nie mógłby wymyślić. Autorce należą się solidne podziękowania za kawał tak intrygującej fabuły! Niech moim podziękowaniem będzie ta recenzja :)


Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:
https://fbcdn-sphotos-b-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn1/26884_417159380148_297504_n.jpg

środa, 30 lipca 2014

"Klejnoty elfów" Clarissa Black - recenzja

„Ich moce działają w odwrotny sposób, jednak nie wykluczają się, lecz uzupełniają wzajemnie, jak jin i jang.”

„Klejnoty elfów” to debiut pisarski Clarissy Black, który końcem wiosny ukazał się na półkach księgarskich.


Catherine Montmaire prowadzi podwójne życie - z jednej strony jest nastolatką uczącą się w liceum, zaś z drugiej współpracuje z Gwardią, która pilnuje, by istoty nadnaturalne trzymały się zasad. Cathy sama również nie jest zwykłym człowiekiem, jest jedną z centuri - magiczną istotą. Ponadto, jest wyjątkowa, gdyż sam Mistrz złej strony - Zakonu - chce ją w swych szeregach. Jednak kolejna misja, na którą zostaje wysłana - kończy się fiaskiem, a nawet wielką katastrofą, z której powstają kłopoty. Angelo - Cień - który zaprzysiągł zemsty za swoją rodzinę... Będzie wrogiem czy przyjacielem nastolatki? Ale to i tak nie ma znaczenia... bo on nie ma uczuć - jak wszyscy z jego rasy...



„Przekroczyłem pewną granicę, zza której nie ma powrotu.”

Od przeczytania „Skrzydeł Laurel” A. Pike, bardzo lubię wróżki i elfy w literaturze. To właśnie dlatego zainteresowała mnie ta pozycja - chciałam zobaczyć, co wymyśliła autorka, jak przedstawiła to środowisko magii i baśni.

Pisarka wprowadza nas w świat, w którym istoty nadnaturalne żyją wśród ludzi, ale by między rasami istniał ład i porządek - utworzono Gwardię, organizację, która ma zwalczać zło. Gdy rozpoczyna się walka między dobrem a złem o tytułowe klejnoty elfów - świat może być zniszczony. Jak widać, fabuła powieści jest może i ciut oklepana, w końcu ludzkość stoi na granicy zniszczenia, trzeba walczyć... Jednak mimo to, autorka postanawia wykazać się w inny sposób - tworzy nowe rasy jak Cień, centuri, które czytelnik poznaje po raz pierwszy. Dzięki temu odbiorca jest ciekaw tych nowych istot i ich umiejętności.


Akcja powieści od pierwszych stron mknie do przodu, dlatego też czytelnik może zostać "przybity" zbyt dużą dawką informacji na samym początku oraz może być zdezorientowany. Ja preferuję szybki przebieg zdarzeń, więc mnie to odpowiadało, zwłaszcza, że przy końcu jeszcze zostaje przyśpieszony. Nie można się więc nudzić! Zwłaszcza, że finał pozycji jest zupełnie niespodziewany.



„Wszyscy ludzie są egoistami. Z tym, że dzielą się na dwie grupy. Tych nieszkodliwych i tych, którzy skoczą do gardła każdemu, komu tylko zacznie się powodzić lepiej niż im.”

W powieści spotkamy się z łatwym i prostym w odbiorze językiem, który sprawia, że książkę czyta się lekko i przyjemnie. A dodatkowo, przez ten styl oraz język lekturę kończymy bardzo szybko.

Jak mogliście spostrzec, czytając wstęp recenzji - w powieści występuje niby "romans", ale uwaga - to nie jest kolejna książka paranormal romanse! Zdziwieni? Ja też byłam, bo aż do końca lektury czekałam na moment "I kochali się długi i szczęśliwie...". A tu bach! Autorka mnie zdziwiła, ale też zrobiła świetne posunięcie, gdyż dzięki takiemu obrotowi sprawy, plusuje. Coś tam wątku miłosnego jest... lecz nie idzie to w tym kierunku.

Bohaterką jest nastolatka, więc czasem jej zachowanie może nas ciut zdenerwować, ale nie działa nam jakoś mocno na nerwach. I - co trzeba dodać - jest jedyną postacią w książce, której poznajemy przeszłość. O innych bohaterach powieści wspomniane jest niewiele, są mniej dopracowani. No może jeszcze Cień został dobrze wykreowany. A wspominając o Angelo dodam, że on najbardziej spodobał mi się w całej tej historii. Fascynowała mnie ta jego inność i niespotykalność w innych książkach.



„Angelo był Cieniem. A Cienie nie mogły kochać. Nie szczerym uczuciem.A jeśli nie uczucie popchnęło go do tego, co właśnie robił, to co?.”

W lekturze spodziewałam się jednak elfów... a tutaj może z kilku było, ale jakoś zbytnio nie pokazywali się w fabule. A szkoda, bo 
na to liczyłam, i z tą myślą sięgałam po dzieło. Pojawił się natomiast wątek z klejnotami elfów, a raczej kamieniami, co sprawiło, że nie czułam się bardzo zawiedziona.

Z książką tą spędziłam miło dzień - jest lekka, ciekawa, ale do ambitnej pozycji trochę jej brakuje. Mimo to podobała mi się i polecam ją, tym, których zainteresowało jej wnętrze.
Ja mam nadzieję, że pojawi się drugi tom, gdyż ciekawi mnie, czy wątek miłosny zostanie poprowadzony dalej... No i kończy się w takim miejscu, że aż wymaga kontynuacji! Jeśli ktoś szuka odskoczni do czegoś nieskomplikowanego - zachęcam.

Marcelina Pomper

mirror-of--soul.blogspot.com

Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 23 czerwca 2014

„Dotyk przeznaczenia. Część 1” Rafał Tomczak - RECENZJA

Eregar ma szesnaście lat i właśnie rozpoczyna naukę w Cesarskiej Akademii Aklorianu. To miejsce niezwykłe, które uczy nie tylko o rozwoju cywilizacji do roku 503, lecz także kształtuje waleczne serce w walce na miecze i rozwija zdolności alchemiczne. Chłopiec czuje się wyobcowany. Nigdy nie miał przyjaciół i teraz także trudno przychodzi mu nawiązywanie znajomości. W Akademii jest parę osób, które próbują zdobyć jego zaufanie, jednak Eregar za każdym razem ich od siebie odpycha. W końcu jednak zaczyna rozumieć, że ich intencje są szczere. Wkrótce razem będą musieli stawić czoła niezwykłym wydarzeniom i przekonają się, że pracując ramię w ramię można osiągnąć najwięcej.

"Dotyk przeznaczenia" to książka, która porusza trudny problem samotności, choć tym razem w dość niecodziennym otoczeniu. Jest to bowiem fantastyka, która ukazuje nam szeroko opisaną historię stworzenia świata i wszelkich efektów działalności elfów i krasnoludów. To tutaj również możemy napotykamy smoki i różnorodne formy nauki w Cesarskiej Akademii Aklorianu, do której trafiają nasi bohaterowie. A jednak to nie nadnaturalne stworzenia i ich czyny stanowią fundament powieści. Eregar to chłopiec dość zwyczajny, typowy dla naszego świata. To jedna z tych osób, których wiele jest w naszym otoczeniu, jednak zwykle nie zwracamy na nich uwagi. To samotnik, wyobcowany w swym otoczeniu chłopiec, bojący się zbliżyć do innych, dlatego, że pewnego dnia zostanie sam na dobre.

Pierwsza część przygód Eregara porusza bardzo ważne zagadnienie kontaktów międzyludzkich, które, zależnie od osobowości, nie dla każdego są taką łatwą sprawą. Nie wszystkim bowiem przychodzi to naturalnie. Eregar czuł się odrzucony, lecz zarazem odrzucał wszystko wokół siebie. Żałował, że nie miał przyjaciela, lecz nie pozwalał nikomu się do siebie zbliżyć, poznać. Chłopiec uważał, że nie dość, że nie zasługuje na bliskość innej osoby, to wszyscy chcą jedynie pastwić się nad nim i go dręczyć. Była to jednak postać męcząca. Ciągłe negatywne podejście Eregara do wszystkiego szybko się nudziło. Początkowo ciekawe było poznawanie uczuć chłopca, jego strachu przed odrzuceniem. Jednak w momencie, kiedy po raz kolejny nie potrafił zrobić kroku naprzód, by przerwać passę swoich nieszczęść, stał się już osobą niezrozumiałą o bezpodstawnym uprzedzeniu do wszystkiego i do wszystkich. Choć rozumiem, co autor chciał przez to pokazać – bo przecież wielu z tych samotnych wokół nas myśli i czyni podobnie – tutaj trwało to zbyt długo, przez co Eregar - główny bohater raczej nie jest osobą, która łatwo zdobędzie sympatię czytelnika.

"Dotyk przeznaczenia" to ciekawy pomysł na książkę, jednak brakowało mi w niej większej ilości wątków fantastycznych. Przez znaczną część powieści poznajemy proces przezwyciężania niechęci Eregara do innych, nawiązywanie przez niego pierwszych przyjaźni. Dopiero pod koniec powieści bohaterowie rzucają się w wir prawdziwej przygody. Wtedy historia rzeczywiście zaczyna zachwycać - coś zaczęło się dziać, akcja była dynamiczna i zupełnie niepodobna do tego, co przedstawiały pierwsze rozdziały. Gdyby tak poprowadzona była reszta powieści, myślę, że efekt byłby dużo lepszy. Zwłaszcza, że autor dużą uwagę poświęcił na stworzenie historii tego niesamowitego świata, zbudował go z ogromną starannością i szczegółowością. Książka Rafała Tomczaka wywołuje jednak mieszane uczucia. Jest to część pierwsza przygód Eregara, dlatego liczę na to, że to jednie fundament niesamowitej historii, którą będziemy poznawać dalej. Póki co mamy tutaj dość monotonną i trochę banalną opowieść o chłopcu, który dopiero uczy się tego, by nie być zawsze na "nie". Mimo to świetne zakończenie pozwala mieć nadzieję, że to niefinezyjny, prosty wstęp do tego, co czeka na nas w kolejnych częściach.

Patrycja Łuczyńska
Za książkę dziękujemy:
http://novaeres.pl/

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Za mną same zgliszcza - recenzja

Zwykle dzielę książki na dobre, bardzo dobre, świetne, beznadziejne i… przypadek niezidentyfikowany. A przypadek niezidentyfikowany dzieli się jeszcze na ten fajny przypadek i ten nie fajny przypadek… Zdezorientowani? Zagubieni? Nic dziwnego. Z książką „Za mną same zgliszcza” czułam się podobnie.

Ale może najpierw zacznijmy od autora. Franciszek Szczęsny urodził się w 1946 roku na Kaszubach. Tam spędził dzieciństwo i młodość. Jest oficerem zawodowym Wojska Polskiego w stanie spoczynku. Obecnie mieszka w Gdańsku, pracuje w PPUP Poczta Polska.

Historia kręci się wokół chłopca o przezwisku Hipek. Mieszka razem z rodzicami i liczną gromadką rodzeństwa w zwyczajnej, zapomnianej przez Boga wiosce. Wszystko by było całkowicie przewidywalne, gdyby nie ojciec bohatera. Człowiek o bardzo trudnym charakterze i niepodważalnym poczuciu władzy, zmienia nastawienie chłopca co do istoty rodziny i miłości jako fundamentu istnienia. Wszystko zaczyna się od momentu, kiedy Hipek po raz pierwszy dostaje od taty burę. Dotkliwie pobity, powoli kreuje coraz większą nienawiść do ojca. Kradzieże, bijatyki, kłamstwa i ucieczki. To staje się jego dogmatem życia i sposobem na przetrwanie. Poza tym czemu miałby przestać? Uczniowie go podziwiają, za kradzione pieniądze kupuje słodycze, które rozdaje w szkole. Przecież nie ma w tym nic złego prawda? Więc o co chodzi? I czemu czuje się stale obserwowany? Czemu ni stąd ni zowąd wszystko odwraca się przeciwko niemu? Pytanie brzmi przestać czy nie?

Kiedy ostatnia literka została wchłonięta przez moje ciekawskie oczyska, jeszcze długo wpatrywałam się w okładkę książki z… pustką w głowie. To był właśnie jeden z tych momentów, kiedy coś jest tak bardzo niecodzienne, że nie jesteś w stanie ogarnąć tego umysłem. Przetrawiałam i przetrawiałam, aż w końcu stwierdziłam, że nie mogę wam tego opowiedzieć. Wy to musicie przeczytać.

Franciszek Szczęsny nawet nie zadał sobie trudu, aby sprecyzować imię ojca głównego bohatera, wokół którego, bądź co bądź, dużo się dzieje. Hipek relacjonuje wydarzenia ze swojego życia w tempie ekspresowym, jednocześnie płynnie przechodząc z wątku na wątek. Powiem szczerze, że byłam zdziwiona, kiedy po raz pierwszy otworzyłam książkę i szybko przekartkowałam strony. Prawie zero dialogów, strasznie dużo jednolitego druku, bez żadnych akapitów. Aha, pomyślałam. Pewnie będzie opisywanie doniczki na parapecie przez pół rozdziału. Jakże bardzo się myliłam! Nie mogłam opuścić nawet linijki lektury, bo już gubiłam się w wydarzeniach. Ale nie było to napisane chaotycznie. Z tą książką po prostu nie mogłam się nudzić.

Drugą sprawą, za którą podziwiam autora, jest manipulowanie uczuciami czytelnika. Pomimo, iż główny bohater to kryminalista i przestępca, Szczęsny dodaje mu również te cechy, które wzbudzają sympatię. Kibicowałam Hipkowi przez cały czas, polubiłam go bardzo i przy każdym jego występku, trzymałam kciuki za pomyślną ucieczkę. Jednak to nie przeszkodziło mi w wysunięciu ważnych wniosków, tak oczywistych, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z ich wartości. Jak one brzmią? Przeczytajcie książkę.

Co tu dużo mówić. Styl jest spójny, fabuła niesamowicie wciąga, bohaterowie są klarowni i dobrze opisani, ujmują swoją prostotą i normalnością. Czytając „Za mną same zgliszcza” można całkowicie zapomnieć o rzeczywistości i poczuć emocje bohaterów, a także klimat tamtejszych miejsc. Może macie ochotę na małą podróż do poprawczaka?

Gorąco polecam!

Natalia Laskowska

Za książkę dziękujemy:

Imperium Wielkiego Kota - recenzja

Czytanie książek i książeczek dla dzieci przez osoby dorosłe, powinniśmy uważać za nie tylko przyjemność, ale i rodzicielską powinność. Co raz to nowe, kolorowe bajki i opowieści starają się przykuć uwagę zarówno tych najmłodszych, jak i ich rodziców. Okładki i sympatyczne na nich umieszczone opisy, niekoniecznie wiele o książce mówią.

„Imperium Wielkiego Kota” to dość sympatyczna opowieść o przygodach kotów domowych, jak i tych, dla których domem są śmietniki oraz piwnice. Teresa Kuklik stara się pokazać dzieciom, iż te jakże tajemnicze zwierzątka nie tylko wylegują się na kanapach czy biegają za myszkami, ale prowadzą życie niczym nie różniące się od życia nas, ludzi. Otóż koty wykreowane w opowieści należą do dwóch ekip: Imperium i Gangu. Zaś terytoria obu drużyn dzieli wysoki i gruby mur, po którym od czasu do czasu przechadzać lubi się Księżniczka. Każdy z kotów ukazanych w bajce, jest inny – jedne spokojne i ufne, inne pełne werwy, gotowe wbić pazury w czyjeś futerko. Kocich charakterów jest tutaj moc, zaś głównymi postaciami uczyniła pisarka leniwego Gawrona oraz Filipa. Indywidualiści w prążki, łatki albo jednobarwni, to doskonali bohaterowie dziecięcych książeczek.

Sama opowieść nie jest zła. Przeciwnie – jest niezwykle frapująca. Wprawia czytelnika w zadumę, ponieważ przez cały czas coś się w naszym miasteczku dzieje. W pewnym momencie tytułowy Wielki Kot zostanie zmuszony do wzięcia spraw w swoje łapki. Otóż Imperium zostanie podburzone i nikt inny, jak Wielki będzie musiał zadbać o to, aby żaden z jego kocich kumpli, nie zechciał pogwałcić utartych – i do dziś akceptowanych – prawd i zasad. Okaże się więc, iż świat posiadających cztery łapki zwierząt, wcale nie jest nudny i nie ma w nim żadnej monotonii. Wiele się tu dzieje, a co za tym idzie, wiele potrafi się w jednej chwili skomplikować. W jednym dniu koty będą zmuszone zmagać się tylko z codziennością, w innym codzienność stanie się niemal niezauważalna w porównaniu w nowym jutrem.

„Imperium Wielkiego Kota” to nie tylko opowieść godna uwagi ze względu na kocie wojny, ale także ze względu na jedyną w swoim rodzaju sposobność przyjrzenia się kotom podczas innych, niż wojenne i codzienne przygody. Zobaczymy ich w operze, albo w cyrku, czyli tam gdzie nam znani pupile, raczej nie chadzają. My znamy koty tylko z jednej strony, tzn. karmimy naszych kanapowych przyjaciół, gratulujemy im kolejnej upolowanej myszki, wsłuchujemy się w kocie zaloty często podobne do płaczu małych dzieci. Słowem zajmujemy się tym, co mamy możliwość zobaczyć czy usłyszeć. Tego jednak, co milusińscy robią poza naszym wzrokiem, nie wiemy. Autorka pokazuje jednak, że to właśnie wtedy te urocze futrzaki, smakują życie.

Autorka karmi czytelników doskonałym słownictwem. Zdania są w dużej mierze rozbudowane a to w połączeniu z wyszukanym zasobem słów, może… rozczarować co niektóre dzieci. Na okładce znajduje się informacja, dla jakiej grupy wiekowej, książeczka ta została przeznaczona. Niestety ciężko jest się z w pełni zgodzić z wiadomością, że powieść Teresy Kuklik przeznaczona jest już dla dzieci siedmio- ośmioletnich. Wartka i dość zagmatwana akcja, niemal białe, pozbawione ilustracji karty książki, niekoniecznie przyciągają uwagę młodego czytelnika. Dużym plusem jednakże są dość grube kartki, które nie tak łatwo dadzą się podrzeć, albo zagiąć. Dobrym rozwiązaniem jest i gruba, błyszcząca okładka.
 
Kasia Słocińska 

Za książkę dziękujemy:

W niewoli seksu - K.S. Rutkowski

Dwanaście ostrych, kilkustronicowych utworów zebranych w zbiór „W niewoli seksu” to naprawdę garść dobrej prozy męskiej, której tworzeniem zajmuje się K. S. Rutkowski autor m.in. „Kryminału tango” oraz „Chińskiego ekspresu”.

Porównywany do Marka Hłaski autor „W niewoli seksu” ukazuje dwunastu mężczyzn, których różni właściwie wszystko poza jednym – mają wspólny cel, który starają się osiągać możliwie często: seks. Akcja opowiadań toczy się w różnych miejscach – od barów, po wagony pociągu. W każdym z tych miejsc, mężczyzna może spotkać kobietę z którą będzie chciał przeżyć kilka wzniosłych chwil. Przygody do jakich dążą wyzwoleni bohaterowie, zawsze mają dość niecodzienne zakończenia, stanowić więc mogą pewnego rodzaju przestrogę dla panów, którym doznania z własną partnerką wydają się zbyt monotonnymi czy nudnymi. Rutkowski nie potrzebował nazywać swoich „apostołów seksu”, bowiem są oni jedynie wyobrażeniami tysięcy nienasyconych kawalerów, mężów i wdowców.

Z jednej strony wydawać się może, iż w tak krótkiej książce zbyt często pojawiają się wulgaryzmy, zaś sam język jest zbyt banalny. Z drugiej zaś strony wszystkie te zabiegi, wydają się być naprawdę poprawnie dopasowanymi, bowiem język jakim porozumiewają się panowie, zazwyczaj jest prosty i pozbawiony wysublimowanych określeń. Mężczyźni choćby i znali tysiące słów, będą dążyli do szeroko pojętej minimalizacji i ekonomii języka, dlatego też użyją tych najpopularniejszych i najbardziej niezbędnych określeń. Nade często mówią wprost, nie koloryzują, ani też nie owijają w bawełnę. Potrafią dyskutować między sobą budując zdania złożone z 90 % wulgaryzmów, stąd też śmiem sądzić, iż dawka prozy, jaką serwuje nam Rutkowski, jest „czysto męska” i prawdziwa. Panowie z opowiadań, mieliby więc rację bytu, gdyby wyjąć ich spoza ram książki K.S. Rutkowskiego.

Opowiadania te są przesiąknięte szczerością i chociaż są dość brutalne, są też realistyczne. Owładnięci seksem panowie, mają już najczęściej partnerki życiowe, żony i dzieci a mimo to będąc poza domem, jak chociażby bohater „Amerykańskiego rżnięcia”, zdolni są każdego dnia zdradzać swoje ukochane. Wcale też nie muszą się zakochać – oni po prostu potrzebują zaspokoić swe męskie żądze, uśpić na kolejną dobę swe natury. Często wikłają się w skomplikowane relacje, z których niekoniecznie to oni wychodzą z podniesioną do góry głową. Bywa, że zostaną potraktowani jak męskie prostytutki, ale i może zdarzyć się coś znacznie gorszego („Reinkarnacja”). Rutkowski nie pisze o miłości i pewnie dlatego, zdołał zmieścić tyle opowiadań w tak niedużej książce. Jego zbiór opowiada tylko i wyłącznie o seksie, a zwłaszcza o jego konsekwencjach. Dość też stereotypowo pokazuje nam, iż panowie nie są obojętni na kobiece wdzięki, ani słowa. Aby się o tym przekonać, warto zajrzeć do opowiadania zatytułowanego „Coś o męskiej naturze”.

Świetny i wciąż świeży obraz męskiej natury.

Kasia Słocińska

Za książkę dziękujemy:

 

Szymon Salski „Equilibrium Game” - recenzja

Niby książka jest cienka, wydaje się, że można bardzo szybko ją przeczytać. Jednak długo przymierzałam się do wejścia w świat ukazany przez Szymona Salskiego. Z pewnością nie jest to pozycja lekka, którą można przeczytać w jeden wieczór. „Equilibrium Game” to skomplikowana fabuła, czasem pełna sprzeczności, od samego początku pełna tajemnic i kontrowersyjnych postaci. Można ją określić kilkoma wyrażeniami, jednak na sam początek wybija się: poetyckość i mistycyzm.

Szymon Salski jest debiutującym autorem, można to stwierdzić przede wszystkim, dlatego, że absolutnie nic nie można o nim znaleźć w sieci. Przeglądnęłam kilkanaście portali literackich, czy stron wydawnictw i znalazłam tylko krótki opis książki. Może autor chce być równie tajemniczy, jak bohater, którego wykreował w swojej książce? Z pewnością brak wiedzy na temat Salskiego pozwoli zachować mi pewien obiektywizm w pisaniu recenzji.

Główną postacią jest Victor Zacharki, który wyróżnia się na tle innych ludzi swoją niezwykłą inteligencją oraz kilkoma stopniami naukowymi – ukończył prawo, psychologię oraz psychiatrię. Potrafi odczytać każdego człowieka, kłębiące się w nim emocję, jednak sam nie potrafi odczuwać, tak samo, jak inni. Onieśmiela nie tylko urodą, ale również zimnym spojrzeniem. Victor popada w uzależnienie od heroiny, kokainy oraz leków psychotropowych – narkotyki wywołują u niego przerażające wizję, jak choćby walka pomiędzy Bogiem, a Szatanem. Bohater skrywa tajemnicę, jego życie nie toczy się tylko na jednym poziomie – żyje na wielu płaszczyznach, do końca nie wiadomo, czy są to wymyślone światy, czy istnieją naprawdę. Na Uniwersytecie, na którym wykłada poznaje Evelin, równocześnie angażuję się w tajny projekt o nazwie „Doors” – to wszystko zmienia Victora wewnętrznie, sprawia, że odkrywa w sobie dobro i uczucia, które wcześniej nie zauważał.

Książki nie można zakwalifikować do jednego, określonego gatunku. „Equilibrium Game” to powieść współczesna, z jednej strony mamy psychologię, rozważania filozoficzne, aby zaraz zderzyć się z brutalną rzeczywistością. Cały czas towarzyszy nam pierwiastek mistycyzmu, fantastycznego świata, w którym nieustannie toczy się walka Boga i Szatana o nasze dusze. Wiele wymiarów, światów, przez które podróżuje bohater. A więc mamy, powieść psychologiczną z domieszką fantastyki. Autor stąpa po bardzo cienkim lodzie, bo niestety zauważyłam tutaj przesyt. Podoba mi się wielowątkowość i różnorodność, jednak bardzo łatwo w tym wszystkim się zagubić i utracić sens książki. Niestety w fabułę wkradł się chaos – brak chronologii, urwane wątki, szybkie przejścia w fabule, które ukazuję jedno wydarzenia, aby zaraz wpleść w to wizję bohatera, czy rozgrywki Boga i Szatana – co sprawia, że i czytelnik czuje się zagubiony. Fabuła miejscami była dla mnie zbyt tajemnicza, niezrozumiała, przez co czytało się mi ciężko, bez płynności i w sumie najważniejszego – przyjemności z odkrywania następujących wydarzeń. Ciekawym zabiegiem wydaje mi się tylko powtórzenie prologu na końcu książki – powrót do samego początku, co daje wrażenie, że książkę można czytać od końca. Nie jesteśmy też świadomi do samego końca, co jest prawdą, a co kłamstwem, czy kolejną narkotyczną wizją. Sami musimy stwierdzić, według własnej oceny, które wizje i sceny wydarzyły się naprawdę, co jest plusem książki, bo sprawia, że można się zaangażować w fabułę.

Niestety z całej książki najbardziej urzekł mnie tylko oryginalny prolog. Ukazany w ciekawy sposób, sprawia, że od razu interesujesz się Victorem i tym, co doprowadziło go do miejsca, w którym się znalazł. Przedstawiony w formie wywiadu komunikuje, że w życiu bohatera stało się coś bardzo przełomowego i ważnego. Intryguje, bo zostajemy z jakąś tajemnicą, z charyzmatycznym bohaterem i nagle chcemy odkryć, co będzie dalej. W pierwszym rozdziale byłam już zawiedziona. Pojawia się retrospekcja, przenosimy się do przeszłości i napotykamy na barierę w postaci stylistyki teksu, jego jakości. Zbyt długie zdania oraz nadużywanie przecinków, które czasem pojawiają się tam, gdzie powinna być kropka.

Dialogi, które są nienaturalnie napisane, z sztywnością, co wywołuje brak płynności w prowadzeniu fabuły. Niektóre sceny, rozmowy bohaterów wypadły sztucznie, tak, jakby autor pisał je na siłę. Wyliczyłam sobie jednak dwa najważniejsze błędy, które popełnił Salski. Jest to przyrost formy nad treścią – stosowanie licznych metafor, przesadna poetyckość i egzaltacja, która miejscami brzmiała trochę śmiesznie i tak, jakby pisał ją ktoś bardzo początkujący. Przyznam, że niektóre wiersze nie wnosiły nic odkrywczego do fabuły, może miały być ozdobnikiem, obrazem rozmyślań filozoficznych bohatera. Nie udało się pod tym względem, bo głównie fragmenty nasączone poezją mnie męczyły i sprawiały, że przeskakiwałam do kolejnego wątku. Niestety widać, że warsztatowo jest słabo, zdania z złą składnią, wspomniane rozbiegane przecinki, przykład: „Pytam z ciekawości, bo co by się stało, gdyby nagle ktoś podpalił nocą pana samochód, nie życzę tego panu, możemy jechać szybciej?”. Przydałoby się tutaj ponowne sprawdzenia tekstu pod względem stylistyki, tego, jak brzmią zdania. Po wypowiedzeniu ich na głos są bardzo nienaturalne.

Drugim błędem jest zbyt duża wielowątkowość, która jest nieproporcjonalna w tak krótkiej książce. Wspomniałam o możliwości zagubienia się w fabule, zbyt wiele wątków jest rozpoczętych, aby zaraz je urwać i pozostawić bez żadnego wyjaśnienia. Nie poznaliśmy do końca żadnego innego bohatera, oprócz Victora, choć bardzo wiele postaci jest wprowadzone. Nawet postacie blisko powiązane z głównym bohaterem nie są do końca odkryte. Jest to z pewnością książka z potencjałem, który nie został wykorzystany. Autor chciał wprowadzić nas do swojego świata, jednak nie pozwolił nam go poznać, dlatego też większość fabuły jest dla mnie często niezrozumiała.

Kolejnym warsztatowym potknięciem są czasem zupełnie nielogiczne zdania, pisane bardzo poetycko, jednak niewnoszące nic konkretnego. Oto kilka przykładów: „rzekł delikatnie głaszcząc jej rzęsy” – trzeba mieć bardzo długie rzęsy, aby można je było pogłaskać; „światło było nieprzyjemnie suche i nienaturalne” – od kiedy światło może być suche?; „Cisza zdawała się napięta i miała w sobie coś niepokojącego” – wspomniany już przesyt poetyckością; „Cementowa podłoga była gładka. Rys nie dało się zauważyć od razu. (…) Rysy były głębokie.” – jakie w końcu były te rysy w podłodze? Takich „kwiatków” jest kilka, dla kogoś, kto wciągnie się w fabułę mogą zaniknąć w tekście, jednak niektóre nie sposób nie wyłapać. Salski w licznych opisach Victora szczególną uwagę zwracał na jego oczy, aż wysnułam podejrzenie, że ma na ich punkcie jakąś obsesję. Nie dość, że co jakiś czas nazywa Victora „niebieskooki”, to jeszcze z dużą dokładnością opisuje stan jego tęczówek: „Jego oczy się zaświeciły. Ich głębia się zapadła. Sprawiały wrażenie nieodgadnionych”. Często podkreśla też, jak zimne i puste spojrzenie ma Victor. Na początku w porządku, można stosować taki zabieg i opisywać bohatera – wraz z biegiem akcji staje się to męczące i nudne. Tym bardziej, że każdy opis jest pełen metafor.

Książka mimo tematyki fantastycznej i psychologicznej jest miejscami bardzo brutalna. Victor rozchwiany psychicznie niespodziewanie zabija jakąś postać, z łagodności – gdy jest bardzo uprzejmy i stonowany – przechodzi nagle w wściekłość, przeklina i wrzeszczy. Jest nieokiełznany, jako bohater, z jednej strony widzę wiele rys w jego osobowości, brak jej spójności, a z drugiej strony ta nieprzewidywalność mi się podoba. Potrafił mnie zaskoczyć swoim postępowaniem. Kolejnym trochę brutalnym wątkiem jest samo zażywanie narkotyków, co Victor robi często i bez jakiegoś negatywnego aspektu tego czynu. Powiedziałabym, że narkotyki mu pomagają, zwykle wywołują u niego wizję, ale sam proces przyjmowania i dryfowania na granicy świadomości jest dla niego czymś przyjemnym. I kolejnym wątkiem powyżej lat osiemnastu są liczne nawiązania do seksu. Victor ma wiele koleżanek, które chcą uprawiać z nim seks, pod koniec miałam wrażenie, że prowadzi jakiś swój harem. Co druga jego współpracownica się z nim przespała. Pasuje to do jego osobowości, jednak raziło mnie przedstawienie rozmów Victora z kobietami w sposób wulgarny, pełen przekleństw, wściekłości i takiego szowinistycznego podejścia. Jakby kobieta była przedmiotem. Jednak, jak już wspomniałam Victor nie jest delikatnym kwiatkiem, takie zachowania wpasowują się w jego osobowość – jest przekonany o swojej wyjątkowości, sam przyznaję wielokrotnie przed sobą i innymi, że nie liczą się dla niego inni ludzie.

Do tej książki przyciągnął mnie tytuł, intrygujący i tajemniczy. Przywodzi on na myśl „teorię gier”, a konkretniej "równowagę Nasha”, czyli jedną z strategii gry, w której bardzo ważna jest zachowanie równowagi. Dla osób zainteresowanych polecam przyjrzenie się bliżej tej tematyce. Muszę także podziękować wydawnictwu na świetną okładkę, która oddaje charakter książki oraz samego tytułu.

Książka przeznaczona dla dojrzałego czytelnika. Z pewnością dla osób, które lubią psychologię oraz filozofię, jak i dla poetów i marzycieli – trzeba umieć odnaleźć się w poetyckim prowadzeniu fabuły. Dużym plusem jest wprowadzenie wielowymiarowych światów, podróży pomiędzy nimi, choć nie zostało to do końca wykorzystana przez autora. Podobało mi się wykorzystanie wątku walki Boga i Szatana, przedstawienie ich, jako wielkich graczy. „Equilibrium Game” to również rozważania na temat życia i śmieci, tego, co dzieje się z naszymi duszami, gdy umieramy. Czy człowiek może należeć do dwóch światów? Jeśli chcecie poznać odpowiedź na to pytanie, musicie koniecznie przeczytać tę książkę.

Gabriela Rutana 



Za książkę dziękujemy:


czwartek, 22 maja 2014

Bożena Kraczkowska „Purpurowe Gniazdo” - recenzja

Czas leci a atmosfera wśród pracowników Świętego staje się coraz bardziej napięta. Najbliżsi przyjaciele Mikołaja, czyli królik Chrupek i troll Trolek nie chcą doprowadzić do katastrofy, jaką byłoby niedostarczenie prezentów. Mikołaj w momencie buntu ucieka do lasu, jednak w pośpiechu zapomina nawet włożyć płaszcza. Tak dostrzega go władczyni trwającej wtedy pory roku – Piękna Zima.

Zima jest niezwykle srogą władczynią i nie odpuszcza łatwo tym, którzy lekceważą ją nieodpowiednim strojem, a tak właśnie zachował się nasz główny bohater. Od zamieci śnieżnej i przymarznięcia do drzewa ratują go leśne zwierzęta – śnieżna pantera, niedźwiedź, dzik, sarna, wiewiórka… jednak w całym lesie nie ma ani jednego ptaka. Piękna Zima uwięziła kiedyś za karę wszystkie ptaki ze wszystkich lasów świata. Gdzie? W Purpurowym Gnieździe. Jednak ta przewrotna kryjówka nie jest prawdziwym gniazdem, nie jest też purpurowa. Czym więc i gdzie jest?

Tę i inne zagadki rozwiązuje w pasjonującej powieści Święty Mikołaj wraz ze zwierzętami i Marcysią – dziewczynką, która jednocześnie występuje w bajce jak i jest jej czytelniczką. Jak to możliwe? Dowiedzieć możecie się jedynie poprzez przeczytanie tej ciekawej historii.

„Purpurowe Gniazdo” jest powieścią nie tylko dla dzieci. Również wielu dorosłych znajdzie tu mądre zasady, którymi warto kierować się w życiu, takie jak odwaga, przyjaźń, determinacja i odpowiedzialność, nie tylko za siebie, ale również za innych, szczególnie tych najmłodszych.

Święty Mikołaj w Wigilijny poranek bierze sobie wolne. Po prostu idzie na urlop. Dlaczego? Bo ma dość pracy i akurat postanawia odpocząć. Ale co w takim razie będzie z prezentami, na które na całym świecie czekają miliony dzieci?

Alicja Anna Kowalik 



 Za książkę dziękujemy:

środa, 14 maja 2014

Dociekanki małej Janki – Irena Szafrańska – Nowakowa

Na rynku wydawniczym jest teraz ogromny wybór książek dla dzieci. Tak naprawdę ciężko wyszukać z tej ilości odpowiadający nam tytuł. W jednym kuszą nas wspaniałe ilustracje, w drugim mądry tekst ,  a innym dosłownie wszystko razem wzięte.”Dociekanki małej Janki” zachęcają bardzo ładną okładką z której uśmiecha się do czytelnika sympatyczna blondyneczka.

Główna bohaterka jest ogromnie ciekawską, miłą dziewczynką . Ma wspaniałą, bujną wyobraźnię, dzięki której potrafi bawić się dosłownie wszędzie i każdym przedmiotem. Raz będzie to miotła, której jest zimno i zmęczyła się po podróży, innym razem są to łyżeczki, które mogą być księżniczkami czy też kosmonautami. Oj nuda Jance nie groziła. Ważnym ogniwem opowiadań są jej rodzice i dziadkowie. To z nimi najlepiej i najciekawiej spędza czas . Z babcią łączy ją wspaniałe porozumienie dusz.

Dziewczynka jest otoczona ciepłem bliskich i to ciepło bije z każdej strony książeczki. Autorka bardzo umiejętnie przedstawia okiem dziecka widziany przez niego świat. Dużo oglądanych  rzeczy sprawia kłopot, czy też nie do końca jest przez nie rozumiane. Bo jak pojąć w wieku trzech lat co to znaczy np. tolerancja i  dlaczego mały Bob o czarnej skórze już nie bawi się razem z nią w piaskownicy. Trudno również zrozumieć dlaczego Maszka w przedszkolu, mimo że jest miła i sympatyczna nie może grać w piłkę. W książeczce znajduje się dziewiętnaście historyjek, w każdej autorka ukryła jakieś przesłanie a Janka poznaje nowych przyjaciół i uczy się otaczającego świata.

Ogromnie mnie ta książeczka pozytywnie zaskoczyła. Obserwacje robione przez małą dziewczynkę są ogromnie trafne i niejeden dorosły mógłby się  z nich wiele nauczyć. Ważny jest styl autorki. Nie  mamy mu moralizatorskich wykładów tylko lekkie opowiadania, które absolutnie nie nużą, lecz powodują ogromne zaciekawienie i niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy. Tekst świetnie trafia do młodego czytelnika, który dopytuje się – co dalej, co dalej.. Książeczkę ilustrował Mateusz Stefanko, rysunków jest jednak niewiele a szkoda, bo świetnie uzupełniają tekst.

Bajeczka przeznaczona jest dla dzieci od lat pięciu i myślę, że jest to odpowiedni przedział wiekowy. Co prawda Jankę poznajemy już zaraz po urodzeniu i towarzyszymy jej przez parę lat jednak poruszane problemy nie należą do najłatwiejszych.

Miło było spędzić czas z Janką , szkoda tylko, że tak krótki.  Myślę, że jej historyjki będą świetną pomocą dla zmęczonych rodziców, którzy mają problem z wyjaśnianiem dziecku niektórych spraw. Znajdą tu odpowiedzi na wiele pytań, lecz najważniejsze, że spędzą razem czas, który na pewno pozostanie młodemu czytelnikowi w pamięci. Oby więcej takich bajek, Zdecydowanie polecam.

Małgorzata Pyzik

                                                             Za książkę dziękujemy:

„Wierszyki dla całej rodziny” – Anna Lorkowska

Ta przepięknie wydana książeczka jest zbiorem szesnastu wierszyków dla dzieci. Spotykamy tu małych bohaterów, którzy mają najróżniejsze przygody, np.: Igor i jego siostra Sara uwielbiają bawić się w teatr.

Poznajemy ich stojących na scenie na chwilę przed wystawieniem przedstawienia o rycerzu; Zuzia uczy się pomagać mamie w domowych obowiązkach, a szczególnie praniu; Ewa, również z mamą, szykuje się do pieczenia ciasta na święta; Ania w deszczowy dzień umila sobie czas rysowaniem słoneczek, a Łukasz z całą rodziną wyjeżdżają na wakacje na mazury.

Autorka w zabawny sposób ukazuje nam różne sytuacje, z którymi dzieci mogą się spotkać na co dzień. W książce tej znajdują się przepiękne, barwne ilustracje, ukazujące kilkoro z bohaterów wierszyków. Wiersze te stanowią wskazówki dla dzieci dotyczące dobrego zachowania, co pozwala budować w naszych pociechach „pożądane” zachowanie.

Jeden z wierszy dzieje się w Kasinie Wielkiej – miejscowości z której pochodzi Justyna Kowalczyk.

Jest to doskonały prezent szczególnie dla młodszych dzieci, które lubią, gdy rodzice im czytają. Pamiętajmy o czytaniu dzieciom niezależnie od wieku – „dwadzieścia minut dziennie, codziennie!”


Alicja Kowalik



Za książkę dziękujemy:


Mikrulki - Asia Olejarczyk

Co to takiego Mikrulki ? To małe stworki mieszkające pod podłogą w pokoju. Żyją tam w ciemności i nawet tak dokładnie nie wiedzą jak wyglądają. W gości przychodzi do nich nieraz Nabrdalik, bzyczący owad i opowiada o świecie. Przy ostatniej jego wizycie Mikrulki ogromnie się pokłóciły. Pożytek z tej awantury był jednak taki, że postanowiły otworem, w którym było widać światło, wyjść po raz pierwszy na zewnątrz. 

Zobaczyły się dopiero wtedy jak wyglądają naprawdę, bo w mroku pod podłogą każdy wydawał się podobny do drugiego. Wspólne zwiedzanie pokoju okazuje się jednak pełne niebezpieczeństw i dlatego wymaga współpracy pomiędzy ludzikami. Kolorowe światło tak mało znane bohaterom, staje się poniekąd przewodnikiem po nieznanym terenie. Ważną pomocną postacią staje się Perpetua, mieszkająca w szafie. To ona tłumaczy i wyjaśnia co jest co, a zagadkowy Ludzik Chodzący po suficie razem z przyjacielem Fufiakiem obserwuje wszystko z góry i cichutko tak, aby nie usłyszeli, komentuje każde ich posunięcie. 

„Mikrulki” to piękny tekst o przyjaźni, o tym jak ważna nieraz jest współpraca a samolubstwo nie służy niczemu dobremu. Również o tym, że to co nieznane nie musi być złe i straszne, a to co zwyczajne jest nieraz najważniejsze i najmilsze sercu.

Książeczka jest przeznaczona dla przedszkolaków i dzieci wczesnoszkolnych i myślę, że jest to wiek idealny do dobrego odbioru tej bajeczki. Dzieci uczą się wtedy życia w grupie, powstaje współzawodnictwo niekoniecznie zdrowe, jak i nieraz muszą aby był widoczny efekt działania – współpracować.
Mnie ogromnie podobały się wnioski wyciągane po każdej przygodzie małych bohaterów przez Ludzika chodzącego po suficie. Stanowią one puentę i kwintesencję każdego wydarzenia: „Tak oto Gwóźdź Programu okazał się kompletnie nieprzydatnym i nic nie znaczącym bublem”czy też „Pieniądze wcale nie muszą spadać z nieba [..] nawet gdy leżą na ziemi, bywają ciężarem nie do udźwignięcia”czy też jakże trafną „Tak łatwo zapomnieć o przebytej drodze i pokonanych przeszkodach i zniszczyć wszystko kłótnią ..”

Bajeczka jest ilustrowana przez Kamilę Strzeszewską . Naprawdę świetne są jej obrazki, malowane delikatną, kolorową kreską. Bohaterowie na nich są jak żywi, trzeba tylko uważać aby nie rozdeptać ich na dywanie wśród farfocli. Ilustracje bardzo dobrze uzupełniają tekst, dodając mu nawet pewnej tajemniczości.

Na książeczce zaznaczono, że jest to pierwszy tom historyjek o sympatycznych stworkach. Ogromnie się z tego cieszę i z ciekawością sięgnę po następny. Na razie zapraszam do wędrówki razem z nimi, przez wydawałoby się nieciekawy pokój, a w rzeczywistości pełen tajemnic i zagadek. Na pewno nuda nas nie dopadnie a i śmiechu będzie co niemiara.

Małgorzata Pyzik


Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 5 maja 2014

Kołbus Tomasz - Bóg na urlopie - recenzja

W książce Terry’ego Pratchetta „Długa Ziemia” ziemniak odgrywał strategiczną rolę – był źródłem energii w urządzeniu służącym do przemieszczania się do światów równoległych. W książce Kołbusa ziemniak narobi równie dużo zamieszania. Rzeczone warzywo to nie jedyna rzecz spajająca tych autorów – jest nią również umiejętność opisywania rzeczywistości z dużą dawką humoru.

Kliku stronicowy prolog jest doskonałym pokazem stylu w jakim jest utrzymana cała książka – pełno w nim dobrego humoru i ironii.

Bohaterowie są bardzo dokładnie opisani co jest niewątpliwie bardzo dużym plusem książki. Autor wyróżnia się na tle innych tym, że bardzo celnie potrafi opisać nie tylko głównego bohatera ale również postacie poboczne. Charakterystyka ta nie nuży, ponieważ każda osoba stanowi zestaw niepowtarzalnych cech. Każdy bohater zostaje w pamięci na długo – doskonale pamiętam prawnika z prologu, mimo tego, że jego rola w całej historii skończyła się na 18 stronie.

Fantastyczna fabuła książki – głównemu bohaterowi ukazuje się Archanioł Rafał oraz demon Mammon, obaj oznajmiają mu, że los ludzkości zależy tylko od niego – jest tylko pretekstem do przedstawienia i zgłębienia otaczającej rzeczywistości. Rzeczywistość owa jest zarówno zabawna jak i smutna. Zabawna ze względu na doskonale wyważony miedzy humorem a ironią sposób narracji. Smutna zaś w warstwie analizy sylwetek bohaterów. Marcin – trzydziestoletni sfrustrowany nauczyciel historii w gimnazjum; Małpa – niespełniony gangster, ukryty homoseksualista uzależniony od żelek; Adam – najlepszy sprzedawca wiertarek w tej części Europy, notorycznie zdradza żonę, jeżdżąc Porsche narzeka na biedę w jakiej mu przyszło żyć; ksiądz Marek – swoje powołanie traktuje jako sposób na wygodne życie. Oraz mnóstwo pobocznych postaci, a każda z nich posiada wiele cech negatywnych.

Bohaterowie na co dzień zmagają się ze swoimi problemami, które to ograniczają się do próby wzbogacenia swojego życia seksualnego. Pracę traktują jako zło konieczne, siebie uważają za najważniejsze osoby na świecie. Opisanie w ten sposób bohaterów – słodko/gorzki – obnaża ludzką dwulicowość, egoizm, brak ambicji. Jest to smutny obraz dzisiejszej rzeczywistości.

W książce pojawiają się obcy. Bellatrixanie, którzy stworzyli ludzką cywilizację, ciągle ją badają. Gdy Marcin wymyśla alternatywną historie cywilizacji (opowiada, że piramidy oraz inne dobra starożytnych cywilizacji stworzył ziemniak) Bellatrixanie dochodzą do wniosku, że Marcin wpadł na ich ślad i podejmują decyzję o zagładzie Ziemi, co z kolei zmusza Rafała i Mammona do ingerencji w sprawy kosmiczne.

Książka sposobem jej prowadzenia bardzo mi przypomina powieść Marcina Wolskiego „Post Polonia” – to samo szybkie tempo narracji oraz nietuzinkowi bohaterowie.

Wszystkim czytelnikom tej pozycji proponuję po lekturze zastanowić się nad tym co nas otacza, nad rzeczywistością która nas otacza, nad tym jak ja kształtujemy. Ponieważ każda dobra książka która bawi, powinna również być przyczynkiem do przemyśleń.

Piotr Kowalik

Za książkę dziękujemy:

O nietrzeźwym niekiedy kierowcy – Wojciech Zieliński - re

Powieść ta wbrew temu co sugeruje zarówno tytuł jak i okładka, nie jest zbiorem historii opisujących spotkania głównego bohatera z polską drogówką. Wydawnictwo Novaeres podsuwa nam kolejny debiut. Tym razem jest to dzieło napisane przez Wojciecha Zielińskiego o Jarosławie Kowalskim – pospolitym mieszkańcu pospolitej gminy Gizewo, która – jak na końcu zaznacza autor – nie istnieje i nigdy nie istniała. Jarek jest kierowcą i szczęśliwym posiadaczem czarnego seicenta.

Kowalski częściej jest „nietrzeźwym” niż „kierowcą”. Pomimo wielu zainteresowań – grami komputerowymi, grą w ping-ponga, wędkowaniu oraz oczywiście pracy w bibliotece publicznej, Jarek lubi spędzać wolny czas z kolegami w bramie, wypijając ćwiartkę najtańszej wódki. Czasem pomimo dobrych chęci nie udaje mu się obojętnie minąć kolegów i trzeźwym stawić się w domu, gdzie czeka na niego ukochana kobieta Mirka, wraz ze swoją córką Lidką.

Po przepiciu Jarek zmaga się z objawami kaca. Niestety nie pomaga mu ani wypicie litra gotowanego mleka, ani herbata z cytryną, ani nawet gorący kubek… ani wydalenie z siebie resztek alkoholu, ani kichanie. Nic nie pomaga mu pozbyć się z ciała, z ust, nieprzyjemnego zapachu przepitego człowieka. Czy warto narażać się na takie nieprzyjemności i tak zwane objawy „dnia następnego”?

Książka ta ukazuje wiele smutnych, acz na pewno prawdziwych wątków historii jakie znamy z życia. Alkohol rujnuje wiele rodzin, a także ogranicza ambicje młodych ludzi, dla których jedyną rozrywką jest często stanie w bramie z flaszką w kieszeni, jak to dzieje się wśród bohaterów tej powieści.

Książkę czyta się dość łatwo. Autor nie podejmuje w niej trudnych problemów egzystencjonalnych, tylko w prosty sposób opisuje perypetie z życia głównego bohatera. Opisane są one w bardzo krótkich rozdziałach, których tytuły rozpoczynają się „na..”. Nie jest to literatura zbyt ambitna, aczkolwiek może zainteresować fanów literatury obyczajowej.

Alicja Anna Kowalik

Za książkę dziękujemy:
 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Serce kamienia - recenzja

Ostatnio dostała się w moje ręce książka Moniki Sokół „Serce kamienia”. Do polskich debiutantów w dziedzinie fantastyki podchodzę ze znaczną rezerwą i bez zbytnich emocji. Parę razy zdarzyło mi się zapoznać ze wspomnianymi twórcami i obserwować stawiane przez nich pierwsze kroki w literaturze fantasy. Niestety większość debiutów to jeden wielki zawód. Jednak tego o książce Pani Sokół nie można powiedzieć, tym razem spotkało mnie miłe zaskoczenie.

O autorce póki, co wiemy tyle, że zaczyna dopiero swoją książkową karierę. Ma na koncie parę opowiadań wydawanych w czasopismach, wszystkie (zresztą tak samo jak książka) są ukierunkowane na fantastykę. Pani Sokół zapowiada jednak, że „Serce kamienia” to na pewno nie będzie ostatnia wydana przez nią książka. Szczerze? Ostrzę ząbki na resztę.

W książce poznajemy Magran, która zwie się inaczej Sercem Kamienia. Dziewczyna jest dość ciekawą postacią, bowiem wywołuje u czytelnika całą gamę emocji. Postać, stworzona przez pisarkę, nie ma jednoznacznie określonego charakteru. Potrafi kierować się chłodną logiką i poddać gorącym emocjom. Zabija z zimną krwią, jednak ranny nieznajomy potrafi wzbudzić w niej dobre uczucia i chęć niesienia mu pomocy. Zazwyczaj czytając książkę, w której bohater jest zabójcą nie potrafimy żywić wobec niego pozytywnych uczuć. W przypadku Magran bywa jednak odwrotnie. Jest to dość zaskakujące, bowiem takiego zabiegu literackiego nie spotyka się dość często. Natrafiłam na taki w powieści Dostojewskiego „Zbrodnia i kara”, natomiast nie spodziewałam się, że odnajdę go u polskiego twórcy.

Drugim bohaterem, który towarzyszy Magran w drodze jest Segomaras – pieśniarz, który niewątpliwie nie szczyci się przewidywaniem konsekwencji swoich czynów. Jest kobieciarzem, dzięki czemu szybko i często wpada w kłopoty. Zgadnijcie kto go z nich wyciąga. Tak, oczywiście waleczna Magran. Jeżeli chcecie poznać przygody tych dwojga to szczerze polecam.

Uważam, że Pani Sokół spisała się bardzo dobrze. Książka podzielona jest na dwie części, co jest dość rzadko spotykane, ale mnie akurat się spodobało. Postacie są konkretne, mają ciekawie zarysowane charaktery, a narracja nie razi jak w przypadku niektórych debiutów z kategorii fantastyki. Fabuła książki, ku mojemu zaskoczeniu, naprawdę trzyma w napięciu. Nie ma dłużyzn, a pojawiający się wątek miłosny na szczęście nie raził mnie. Nie raz zdarzyło mi się uśmiechnąć, czy przewracać szybko strony, by odkryć co jest dalej. Po przeczytaniu tej pozycji stwierdziłam, że ciekawie pokazuje, iż czasem ciężko jest walczyć o to, co wydaje nam się słuszne oraz że podejmowanie właściwych wyborów bywa trudne, a ich konsekwencje są nie zawsze proste do przyjęcia.

Książkę polecam miłośnikom fantasy, zarówno tej klasycznej jak i nowszej oraz tym, którzy chcą dopiero zacząć przygodę z fantastyką. Dzięki tej lekturze zapragniecie więcej.

Marta Ceglarska
Za książkę dziękujemy:

Homeopatia - recenzja

Po książkę HOMEOPATIA. ALTERNATYWNY SPOSÓB LECZENIA sięgnęłam z wielką ciekawością. Książka została napisana przez Beatę Moksa-Kwodzińska , która homeopatią zajmuje się od 11 lat. Autorka od 7 lat sama opracowuje kompleksy homeopatyczne . Jednocześnie zajmuje się bioenergoterapią i hipnozą.

Z homeopatią chyba zetknął się każdy z nas. Kiedy zawodzą „normalne” środki lecznicze sięgamy po inne metody leczenia. Autorka tak właśnie zaczęła swoją przygodę z homeopatią. Jej dziecko dosyć często chorowało i system odpornościowy został zniszczony przez antybiotyki. Spróbowała środków homeopatycznych i odniosły one sukces w leczeniu. Podobna sytuacja była z ojcem autorki.

„Czym zatem homeopatia różni się od tradycyjnej medycyny? Homeopatia to metoda zwalczająca podobne-podobnym. Taka specyfika działania ma na celu pobudzenie sił obronnych organizmu, a w konsekwencji – pomoc w samodzielnym poradzeniu sobie z chorobą.” Czy są skutki uboczne? Nie ma.

Książka jest niewielka objętościowo. Liczy zaledwie 75 stron. Z czego tylko 20 stron jest informacji o homeopatii , a właściwie informacji o doświadczeniach samej autorki. Reszta to dwa rozdziały: Leki homeopatyczne, które polecam i Rodzaje opracowanych przeze mnie kompleksów.

Sięgałam po książkę z wielkim optymizmem , że dowiem się czegoś więcej niż w Wikipedii, niestety jako osoba zupełnie nie obeznana z homeopatią nie dowiedziałam się niczego. Historie, że ta metoda leczenia przynosi skutek równie dobrze mogę usłyszeć od znajomych. Niestety o kompleksach homeopatycznych już niczego autorka nie wyjaśniła poza tym, że sama opracowała ich 213.

Plusem jest rozdział Leki homeopatyczne, które polecam, ale myślę, że wchodząc do apteki odpowiednia osoba mi takie środki poleci.

Podsumowując poradnik polecam osobom, które już mają wiedz ugrunotowanę na temat homeopatii.

Klinke Hanna
Za książkę dziękujemy:

środa, 16 kwietnia 2014

„ANIELSKI ŚPIEW” Adrian Turzański - recenzja

„Anielski śpiew” jest pierwszym tomem „Anielskiej Apokalipsy”, a zarazem debiutancką książką Adriana Turzańskiego. Informacji na temat samego autora w internecie jest naprawdę nie wiele, a wręcz wcale. Jednak motyw anielski, który pojawia się i w tej książce jest dość często spotykany.

Zaciekawiona tytułem i krótkim opisem postanowiłam zmierzyć się twórczością Pana Turzańskiego. Miałam wielokrotnie styczność z fantastyką i zwykle nie miałam problemu z przejściem z rozdziału w rozdział. Podejść do tej książki było kilka, a mimo to nadal nie potrafiłam wciągnąć się w tę historię.

Bóg odszedł pozostawiając niebo, piekło i ludzi samych sobie. Archanioł Michał zstąpił z niebios i postanowił odnaleźć Pana, tu na ziemi. Poszukiwania trwają już kilka lat, a Boga jak nie było tak nie ma.

Wtedy Michał zostaje wezwany do nieba, gdzie spotyka się ze swoim bratem, Gabrielem. Jednak ta rozmowa prowadzi donikąd i nie daje Michałowi żadnych nowych informacji. Gabriel prosi, więc o kolejne spotkanie, poza granicami niebios.

Pod osłoną nocy spotyka się z bratem i wyjawia mu plany mieszkańców nieba. Aniołowie gotowi są wziąć sprawę w swoje ręce i rozpocząć apokalipsę. Potrzebują jednak potęgi Michała i miecza, którego strzeże. Kiedy ten odmawia, Gabriel za wszelką cenę będzie próbował posiąść miecz i wcielić swój plan w życie.

Przyznam szczerze, że jestem zwiedziona i żałuję wyboru. Ta książka nie trafi ona na półkę moich ulubionych.

Mnie osobiście bardzo przeszkadzał język jakim jest napisana. Czytając miałam wrażenie, że autor jest jakimś nadętym bucem. Często jego zdania nie miały ładu i składu, i robił błędy w prostych słowach (i nie chodzi mi o literówki), co niestety też zraziło mnie do tej książki. Z niecierpliwością wyczekiwałam jakichkolwiek zwrotów akcji. Masło maślane do samego końca.

Lubię książki, które po przeczytaniu zostawiają po sobie niedosyt i chęć ponownego jej przeczytania.

Z radością dobrnęłam do końca i nie zamierzam nigdy więcej do tej książki wracać!


Ewelina Charęza

Za książkę dziękujemy:



wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie zabija się czarnego kota - recenzja

Bonia Wit to w rzeczywistości Bożena Witkowska – czterdziestodziewięcioletnia kobieta będąca z zawodu położną. Obecnie matka dwójki dzieci, studentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Wychowała się na Mazurach, którym oddała serce już jako dziecko. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu przenosi nas w to miejsce akcją powieści „Nie zabija się czarnego kota”.

Czytając tytuł książki ma się wrażenie, że właśnie sięgnęło się po jeden z mrożących krew w żyłach kryminałów lub też powieść przeznaczoną dla miłośników muzyki metalowej, a nie po opowieść obyczajową o mężczyźnie, który postanowił wybrać się na Mazury w celu uregulowania kwestii spadku po zmarłej babci.

Piotr został przedstawiony jako lekkomyślny, beztroski, lubiący zabawę i kobiety trzydziestokilkuletni mężczyzna. Powieść zaczyna się w momencie, kiedy podczas zbyt szybkiej jazdy samochodem, w niesprzyjających warunkach pogodowych ów człowiek potrąca tytułowego czarnego kota. Jak się później okazuje z zaistniałego zdarzenia wynika szereg nieoczekiwanych, niezbyt pozytywnych dla mężczyzny w tym momencie sytuacji. Oczywiście wersja ta skierowana jest do osób będących przesądnymi. Pozostali odbiorcy pomyślą, iż był to zwykły przypadek.

Piotr, będący osobą kompletnie niewierzącą w zabobony, postanowił zbagatelizować sprawę i zająć się jak zawsze swoją osobą, do czasu aż powtarzający się, co noc koszmar stał się obsesją, a w jego życiu pojawił się ktoś, kto obrócił je o sto osiemdziesiąt stopni.
Jeśli chcecie dowiedzieć się, jaki numer wywinęła Piotrowi babcia, jakie nieszczęścia spadły na jego głowę i jak zakończy się ta historia koniecznie musicie przeczytać książkę!

„Nie zabija się czarnego kota” okazało się dla mnie dużym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się niczego ciekawego, stąd moje zdziwienie. Książka została napisana prostym językiem, który powinien trafić do wszystkich bez względu na płeć czy wiek, choć bardziej poleciłabym ją żeńskiej części czytelników. „Ciepła, optymistyczna opowieść, którą czyta się z uśmiechem i wzruszeniem” – takie właśnie słowa można znaleźć na okładce. Mogę podpisać się pod nimi obiema rękoma. Szczerze powiedziawszy, zaliczam książkę do literatury lekkiej, będącej miłym oderwaniem od tych, które są bardziej „wymagające”. Historia banalna, ale godna uwagi.

Rozdziały czyta się szybko Mi wystarczył niespełna jeden wieczór by „połknąć” całość, co oznacza, że zaciekawiła mnie ta historia. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to tylko do tego, że czytając książkę miałam wrażenie, iż mam do czynienia z niezbyt doświadczonym pisarzem. Z tego, co mi wiadomo to pierwsza książka autorki, więc można jej wybaczyć ten brak wprawy. Summa Summarum moja ocena jest pozytywna, więc gorąco polecam zapoznanie się z tą pozycją.

Martyna Klawikowska

Za książkę dziękujemy:

czwartek, 10 kwietnia 2014

Adrian Turzański "Anielski śpiew'' - recenzja

,,Anielski śpiew’’ to debiut polskiego pisarza, Adriana Turzańskiego. Książka wydana nakładem wydawnictwa Novae Res jest pierwszą księgą ,,Anielskiej apokalipsy’’. Motyw aniołów w literaturze ostatnich lat jest nadzwyczaj popularny, a pamiętając o skrzydlatych stworzeniach, które skradły moje serce, bez zastanowienia sięgnęłam po ,,Anielski śpiew’’. Tyle, że zamiast pięknego śpiewu, wyszedł z tego nieprzyjemny zgrzyt…

Gdy Bóg odchodzi, los wszystkich trzech światów staje się niepewny. Wśród Aniołów powstał rozłam, a Archanioł Gabriel, opętany żądzą władzy, pragnie rozpętać Apokalipsę. Nie liczy się cena, którą przyjdzie zapłacić ludziom i aniołom, gdy Gabriel ujawnia swoją mroczną naturę i zmienia się w krwiożerczą kreaturę. Do osobistych celów wykorzystuje swoich braci, demony i Upadłych. Nie cofnie się też przed potraktowaniem Syna Bożego, jako jednego z pionków w grze. Brzmi świetnie, prawda? Tylko z czytaniem już gorzej. Do końca nie wytrwałam. Rozdział za rozdziałem, nadzieja na rozwój akcji staczała się coraz niżej, aż sięgnęła dna po przeczytaniu dwustu trzydziestu stron.

W swoim dotychczasowym życiu z pewnością przeczytałam więcej książek, niż przeciętna osiemnastolatka, a już na pewno tyle, żeby wiedzieć czego szukać. Fabuła to coś, bez czego nie ma książki. A przynajmniej nie takiej prawdziwej, która ma ,,duszę’’. Czytając ,,Anielski śpiew’’ miałam wrażenie, że czytam chaotyczny zlepek scen, które w sumie niewiele wnoszą, a akcja zdaje się stać w miejscu. Językowi brakuje lekkości, na dodatek w żadnej książce nie znalazłam tylu błędów. Okazało się, że odmiana przymiotników przez przypadki, to już wyższa szkoła jazdy. Przykłady można mnożyć i dzielić, a najlepiej wyciągnąć czerwony długopis. I zaczynam mieć awersję do słowa ,,makówka’’, które w większości przypadków pasowała jak pięść do nosa.

Postaci są do cna płaskie i papierowe. Nie jest ich mało, ale szczerze, to nie zapamiętałam nawet połowy. Nie ma po prostu siły, żeby związać się z bohaterami emocjonalnie, skoro nie można ich poznać. O blond włosach Gabriela i jego bródce z warkoczykami czytałam tyle razy, że miałam go powyżej dziurek w nosie, ale w sumie to dowiedziałam się o nim tylko, że jest nadzwyczaj irytujący i ma ego większe, niż wszystkie modelki Victoria’s Secret razem wzięte.

W tym wszystkim znalazłam jedną dobrą stronę: piękne wydanie. Gdyby książki oceniało się po okładce, z pewnością noty byłyby wysokie. Tylko cóż z tej wspaniałej szaty graficznej, jeśli sama zawartość pozostawia wiele do życzenia.

Czytanie ,,Anielskiego śpiewu’’ to istny test na cierpliwość i wytrwałość. Poległam na obu polach. Lektura była niemal namacalnie bolesną torturą. Okazało się, że te dwa słowa nie rymują się bez powodu. Stwierdzenie ,,męcząca’’ w przypadku tej książki nabrało nowego wymiaru. To był bieg z przeszkodami, niektóre okazały się nie do przejścia. 

Anna Bellon 

Za książkę dziękujemy: