Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderstwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2014

„Pozdrowienia z Londynu” - Krzysztof Beśka - recenzja

Polskie kryminały w ostatnich latach cieszą się rosnącą sławą. Mówi się o nich nie tylko nad Wisłą, ale także za granicą; pojawiają się artykuły w cenionych amerykańskich dziennikach, w których krytycy doceniają kunszt rodzimych autorów. Wśród nich coraz silniej do głosu dochodzi grupa tzw. kryminałów retro, których akcja toczy się przed II wojną światową.

Właśnie ten typ proponuje nam w swojej powieści „Pozdrowienia z Londynu” Krzysztof Beśka. Fabułę kryminału osadza w Łodzi z końcówki XIX wieku. Młody detektyw Stanisław Berg rozpracowuje wraz z przyjaciółmi sprawę serii morderstw dokonywanych na kobietach. Ofiary są dotkliwie okaleczane, a główny bohater zmaga się nie tylko z mordercą, ale też z rosyjskimi władzami, bowiem Łódź tamtych lat była okupowana przez cara. „Pozdrowienia z Londynu” to druga powieść Beśki, opowiadająca o ciemnej stronie XIX-wiecznej Łodzi. W 2012 roku autor wydał już „Trzeci brzeg Styksu”.

Co prawda w Łodzi nigdy nie byłem, jednak czytając „Pozdrowienia…” ma się wrażenie, jakby autor znał to miejsce od dziecka. Trafnie wychwytuje charakter tego miasta – przede wszystkim fabrycznego oraz wielokulturowego. Wśród przewijających się bohaterów napotykamy Polaków, Rosjan, Niemców, Żydów, czy Brytyjczyków. Zachęceni pozytywistycznymi hasłami tworzą wielki organizm, który jest jednak bezlitosny dla słabych jednostek. Oprócz najważniejszej w utworze akcji, autor bardzo uważnie zrekonstruował ówczesne hierarchie społeczne, nastroje wśród mieszkańców i wreszcie słabości, z którymi zmagali się nawet najbogatsi. Sama historia od początku jest frapująca. Podejrzenia padają na coraz to nowe twarze, jednak dopiero w kulminacyjnym momencie czytelnik poznaje rozwiązanie.

Beśka sprawnie porusza się między poszczególnymi wątkami, chociaż wydaje się, że przewijająca się historia miłosna mogłaby być nieco bardziej rozwinięta. Całość jest spójna, poprawna w aspekcie językowym. Autor skupia się na akcji, a jeśli występują dłuższe opisy, czyta się je dość płynnie, nie tracąc związku z wydarzeniami fabuły.

Podsumowując, „Pozdrowienia z Londynu” to dobrze napisany kryminał retro, który łączy i ubarwia realne historie i miejsca. Czytając tę książkę ma się wrażenie, że ciągle coś się dzieje; kiedy historia jednego bohatera spowalnia, przyspiesza inna. To zapewnia niezbędne dla tego typu powieści napięcie i narastającą w czytelniku ciekawość. Ów pośpiech jest też w niektórych momentach wadą, bowiem odbiera ważniejszym scenom dramaturgii, chwili, by czytelnik mógł delektować się choćby punktem kulminacyjnym. Odbija się to także na prezentacji bohaterów, którzy poprzez ciągłe działanie, nie dają się poznać w takim stopniu, w jakim życzyłby sobie tego odbiorca. Cóż, Stanisław Przybyszewski, którego postać pojawia się epizodycznie w powieści, to nie jest, ale Krzysztof Beśka trzyma poziom.

Daniel Zielaskiewicz

Za książkę dziękujemy:

czwartek, 8 maja 2014

Zbrodnia na boku - recenzja

Dorota Dziedzic – Chojnacka urodziła się w 1977 r. w Elblągu z zawodu jest radcą prawnym, czyli takim gorszym prawnikiem jak to sama żartobliwie ujęła w książce. Po za dziedziną prawa interesuje się również literaturą i ma tutaj już pewne osiągnięcia. Jest laureatką licznych nagród i wyróżnień w konkursach poetyckich i prozatorskich (m.in. w konkursie im. J. Śpiewaka 2003, O Laur Opina 2004, Ikarowe Strofy 2004, Bazgroł 2013, Horyzonty Wyobraźni 2013). Po za tym tłumaczy na język czeski.

Fabuła „Zbrodni na boku” przedstawia się następująco: Zostaje popełnione morderstwo przez jednego z prawników w które po części zamieszana jest jedna z Warszawskich kancelarii adwokackich. Młoda Pani adwokat – wielka pasjonatka kryminałów – postanawia na własną rękę poprowadzić śledztwo, ponieważ nie zgadza się z przedstawioną jej wersją zdarzeń. Okazuje się, że powstałe wątpliwości mogą mieć uzasadnienie, a krąg podejrzanych stopniowo się zaciska…

Debiutancka powieść Doroty Dziedzic – Chojnackiej lekkim kryminałem ze szczyptą humoru, ale przede wszystkim jest to powieść obyczajowa z elementami pracy adwokata. Książka, co prawda nie urzekła mnie i nie wciągnęła, ale nie jest to zła powieść, po prostu nie trafiła w moje gusta. Warsztat autorki jest poprawny, widać, że Pani prawnik nie pierwszy raz trzyma w ręku pióro. Warszawa ukazana przez autorkę wygląda jak z życia wzięta, czyli wszyscy w żyją w biegu, a czas na odpoczynek pojawia się wtedy, kiedy czekamy w korku.

Do wykreowanych postaci też nie możemy się przyczepić. Jedne są ciekawsze, drugie mniej tak jak to w życiu z normalnymi ludźmi bywa, jednak najważniejsze, że nie są sztuczne i łatwo nam przychodzi ich zaakceptowanie. Najbardziej spodobały mi się elementy pracy owej kancelarii adwokackiej w której pracuje nasza bohaterka. Z opisów jej pracy można poznać parę ciekawostek z życia adwokata. Kasia – główna bohaterka - jest miłą i bystrą, o wybujałej wyobraźni dziewczyną, która niedawno przekroczyła trzydziestkę. Nie jest jakąś wielce rzucającą się postacią w oczy. Katarzyna to zwykła dziewczyna, z którą chętnie byśmy się zaprzyjaźnili, a nawet powierzyli jej nasze problemy z prawem w sądzie :)

Jedyne zastrzeżenia miałem do dialogów. Z początku konwersacja między bohaterami zdawałoby się była jakby mało logiczna, musiałem kilkakrotnie prześledzić dialogi żeby zrozumieć, o co komu chodzi. Później nie zdarzyło mi się coś takiego.

Mimo, że debiut Pani Doroty nie zachwycił mnie, sądzę, że autorka znajdzie niejednego fana, a konkretniej fankę, ponieważ czytając odnosiłem wrażenie, że jest to literatura bardziej dla kobiet niż dla mężczyzn. Powieść liczy zaledwie trzysta stron więc wiele nam czasu z życia nie ukradnie, ale czy to wada czy zaleta zostawię do ocenienia czytelnikom.

Bartek Słowiński

Za książkę dziękujemy: 

wtorek, 17 września 2013

Dom śmierci - recenzja

Aneta Ponomarenko ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Jej debiut literacki to kryminał w stylu retro -„Strażnik skarbu”wydany w 2012 roku. Książka „Dom śmierci” jest jego kontynuacją , lecz można ją śmiało czytać nie znając pierwszej części. Autorka wprowadza nas w klimat Kalisza w XIX wieku. Agent do specjalnych poruczeń w randze radcy stanu, Rosjanin Walery Jezierski musi się zmierzyć z nie lada wyzwaniem.

Miastem wstrząsają brutalne morderstwa, których ofiarami są rzemieślnicy. Kolejne zbrodnie są okrutne i trudne do wyjaśnienia. Jedna z ofiar utonęła w piasku, inna straciła głowę jak na gilotynie Każda z tych śmierci przynosi ze sobą więcej pytań niż odpowiedzi i Jezierski marzy tylko o powrocie swojego przyjaciela z zagranicy , doktora Zaifa., który jest również świetnym śledczym, korzystającym z najnowszych osiągnięć medycyny sądowej. W nim agent widzi nadzieję na pomoc w rozwiązaniu zagadek.

Morderstw w powieści mamy ogromny dostatek. W sumie doliczyłam się 11 trupów w tym trzy zabite kobiety, w identycznych, tajemniczych szalach. Problemy zwiększają się jeszcze z chwilą porwania małego dziecka i bardzo słabym kontaktem z porywaczami.

Śledztwo jest całkowicie międzynarodowe. Jezierski po pomoc i wskazówki udać się musi nawet do Paryża. Bardzo sympatyczną parę tworzą carski agent i żydowski lekarz- patolog.. Niby dwa przeciwieństwa a bardzo dobrze się uzupełniają ,pochłaniają przy tym takie ilości pysznego jedzenia, ze wiele razy czytając książkę czułam się po prostu głodna.

Zagadek do rozwiązania przedstawia autorka czytelnikowi kilka. Dlaczego okrutnie zamordowani to sami rzemieślnicy, czemu giną kobiety i kto porwał dziecko. Wątki w powieści jednak świetnie się uzupełniają, elementy łamigłówki powoli zaczynają do siebie pasować a ciężka i niebezpieczna praca śledczych – powoli przynosić rezultaty. Rozwiązanie zagadek jest dosyć zaskakujące, choć ciężko niekiedy pojąć było motywy działania mordercy.

Autorka niesamowicie dokładnie zadbała o tło historyczne. Z jednej strony budzi to mój podziw, bo pracy musiała w to włożyć naprawdę bardzo dużo, jednak mnie osobiście w pewnych momentach przeszkadzał natłok informacji, bardziej czekałam na rozwój akcji, a opisy historyczne mi w tym nieraz przeszkadzały. Osobiście nie podobało mi się również to, że podano w treści rozwiązanie sprawy z pierwszego tomu. Zniechęciło to na pewno kogoś, kto zaciekawiony „Domem śmierci” chciałby sięgnąć po „Strażnika skarbu”.

Ogólnie intryga kryminalna jak najbardziej mi się podobała. Sprytne połączenie kilku spraw powodowało zaciekawienie i z niecierpliwością czekałam na rozwój wydarzeń. Główni bohaterowi nadawali powieści niesamowity smaczek, a Kalisz XIX wieku jawił się jako tajemnicze miasto.

Uważam, ze „Dom śmierci” to jeden z ciekawszych kryminałów w stylu retro.

Małgorzata Pyzik

Za książkę dziękujemy

wtorek, 6 sierpnia 2013

Wacław Holewiński „Szwy”

Pierwszoosobowa narracja daje nam relację z przygód i życia wewnętrznego pewnego współcześnie żyjącego, 56-letniego pisarza w trakcie pracy nad nową powieścią, rekonstruującą morderstwo na studencie, popełnione przez milicję w 1985 roku. Opasane to jest wątkiem jego płomiennego romansu, nad którym zaczynają się zbierać ciemne chmury.

Powieść „Szwy” autorstwa nieznanego mi do tej pory Wacława Holewińskiego, rocznik nomen omen 1956, jest znakomitym przykładem książki z tezą. Teza ta - nieoryginalna, obecna jest już w obiegu od początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Streścić ją można tak: z powodu braku dekomunizacji i lustracji po Okrągłym Stole, III RP charakteryzuje się wielorakimi wadami we wszystkich najważniejszych sferach funkcjonowania: w polityce, rządzeniu, gospodarce, kulturze; brak tych działań zmarnował szanse Polski na dojście do prawdziwie obywatelskiego społeczeństwa i wolnego rynku.

Utrzymywanie się członków komunistycznej nomenklatury w administracji różnego szczebla, sądownictwie, siłach policyjnych i im podobnych, opanowanie przez nich części urynkowionego biznesu, a po 1993 roku mediów, które zmanipulowały świadomość społeczną, wybielając okres PRL-u – to ciemne strony braku rozliczenia się z poprzednią epoką, odpowiedzialne za wszelkie niedoskonałości naszego kraju. Można być zwolennikiem lub przeciwnikiem takich przekonań - autor powieści jest ich wielkim admiratorem. Nie można mu wszakże robić zarzutu z posiadanego światopoglądu, bo każdy pisarz świadomie lub nie przemyca do swojego pisarstwa własne przekonania polityczne. Mój sprzeciw budzi sposób, w jaki to zostało zrobione. Mamy tu do czynienia z podaną wprost natrętną publicystyką, nie dającą czytelnikowi miejsca na własne wnioski, tak jakby „Szwy” były nieudolnie, niestety, zbeletryzowanym ekstraktem opinii wyjętych z Naszego Dziennika, podanym w formie ciągu zdarzeń, który ma udowadniać tezę, że gruba kreska jest źródłem wszelkiego zła, jakie nas otacza.

Autor konstruując świat powieściowy stosuje metody pisarskie, które można znaleźć w małym realizmie lub poetyce telenoweli. Otóż chce nas przekonać, że świat przestawiony w powieści to polska rzeczywistość jeden do jednego, ponieważ wszystko, co tam znajdujemy, pochodzi wprost z otaczającej nas rzeczywistości. A więc umieszcza tam żyjące współcześnie osoby – publicznie znane oraz wybrane fakty, które miały miejsce w Polsce w latach 2011-2012, co potwierdzi każdy kto ogląda od czasu do czasu telewizyjne Fakty lub Wiadomości. Sprawia to, że zamiast metafory, pewnego literackiego skrótu, dostajemy rzeczywistość nieprzetworzoną i jesteśmy porażeni dosłownością. Pokazuje to raczej publicystyczne niż artystyczne intencje autora. Ponadto czytając na skrzydełku notkę biograficzną łapiemy się za głowę, bo główny bohater i jednocześnie narrator to nikt inny, jak sam Holewiński. W powieści narrator przyznaje się do napisania powieści, które tak naprawdę są autorstwa Holewińskiego – nie mamy więc prawa mieć żadnych wątpliwości kto jest kto. Doprawdy ze świecą szukać tak natrętnej autopromocji: nie wystarcza sama wzmianka o tytułach, są one jeszcze bardzo chwalone przez postaci występujące w fabule! (Miejmy nadzieję, że prawdziwi czytelnicy też potrafią znaleźć w nich jakieś zalety).

Telenowelowy język użyty w „Szwach” jest ledwie poprawny, dialogi często rażą sztucznością, ma się wrażenie, że autor całkowicie skupił się na fabule, a formę potraktował po macoszemu. Jeżeli usunięcie języka w cień jest świadomym posunięciem, mającym na celu wyeksponowanie treści byłby to uzasadniony ruch pod pewnymi warunkami. Niestety fabuła nie jest w stanie unieść tego zadania. Otóż osią fabuły jest wysiłek bohatera, piszącego powieść o studencie zabitym przez milicjantów w Olsztynie, w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku. Oficjalnie jego śmierć została spowodowana próbą ucieczki z jadącego radiowozu. Pisarz wracając do tych wydarzeń ma nadzieję zwrócić uwagę opinii publicznej na fakt, że nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za tę śmierć, a wersja z wypadkiem jest fałszerstwem. Cóż, szlachetna motywacja, lecz za grosz oryginalności.

Kto zna „Gry uliczne” Krauzego, dokument „Trzech kumpli”, czy w końcu fakty dotyczące śmierci Stanisława Pyjasa – w książce znajdzie jedynie odtwórcze powtórzenie tamtej sprawy. Mamy więc w powieści elementy pisarskiego śledztwa, które jednak daje nikłe rezultaty, co zmusza naszego bohatera, co sam parokrotnie przyznaje, do korzystania w trakcie pisania raczej z wyobraźni opartej na własnych kombatanckich doświadczeniach niż z dokumentów. Najbardziej irytującą cechą tej książki jest to, że nie jest to opowieść o zatajnionym morderstwie, ani o przebiegu śledztwa w tej sprawie – jest ona o pisarzu, który pisze powieść o tym zdarzeniu. Niestety ten natrętny autotematyzm jest nie do strawienia z wielu przyczyn.

Jedną z głównych jest konstrukcja bohatera. To pięćdziesięcioczteroletni, potwornie zgorzkniały i rozczarowany polską rzeczywistością pisarz, przejawiający protekcjonalny stosunek do wszystkich i wszystkiego, zdający się mieć monopol na prawdę, rację i słuszność. Pisząc o tym zabójstwie słyszy zewsząd ostrzeżenia, zarówno ze strony przyjaciół, jak i wrogów, żeby tego nie robił, lecz on kontynuuje swój trud wchodząc w rolę ostatniego sprawiedliwego. Ostrzeżenia te nie są oczywiście na wyrost: pojawiają się groźby, głuche telefony, nieudolne próby zabójstwa, a na koniec pobicie. Uważam, że tu tkwi najważniejszy rys psychologiczny naszego bohatera – doznałby prawdziwej porażki, gdyby został zignorowany w swoim trudzie, gdyby się okazało, że nikogo nie interesuje to, co pisze i nie ma nikogo, kto by chciał zmusić go do milczenia. Żyje mitem, że oto nadepnął komuś na odcisk: jego działania są tak „niebezpieczne” dla byłych ubeków, że ci, w strachu przed nim, wściekle go atakują.

„Śledztwo”, jakie próbuje przeprowadzić bohater, jak i fabuła, którą próbuje prowadzić autor są jedynie pretektem to powtórzenia uprzednio wyznawanej wiary: tyle lat po zmianie ustroju, a Służba Bezpieczeństwa hula jak dawniej, uniemożliwiając wymierzenie sprawiedliwości i niszcząc swych przeciwników. Używa, jak dawniej, brutalnej siły, a dodatkowo wysługuje się instytucjami III RP. Z tego też powodu ukończona powieść, w większej części oparta na domysłach, która skłania wydawcę do dziwacznych słów: „czyta się świetnie i… i całe szczęście, że nie chcesz niczego poprawiać” (s.300), a - prokuraturę do wszczęcia oficjalnego śledztwa – dostaje sądowy zakaz rozpowszechniania. Cóż, należało się tego spodziewać, bo inaczej byś nie mogło w świecie opanowanym przez wrogów naszego bohatera. Jednak to raczej nieumiarowa chęć wskazania winnych każąca mu używać w swojej powieści prawdziwych nazwisk osób zamieszanych w sprawę jest niczym innym jak klasycznym strzałem we własną stopę. Otworzyła tym osobom możliwość skorzystania z obrony sądowej przed zniesławieniem, a bohaterowi dała asumpt do rozpaczy z powodu sięgających wszędzie macek SB. Zresztą, czy bohater uniósłby ewentualny sukces? Byłoby to przecież niezgodne z jego przekonaniem, że funkcjonuje w tak bardzo represyjnej dla siebie rzeczywistości.

Ta ostania pokazuje pazury także w jego prywatnym życiu. Jego partnerka, osiemnaście lat młodsza psycholożka, z którą ma romans, poniewczasie okazuje się być córką wysoko postawionego pracownika Służby Bezpieczeństwa! Ironia losu nie zna granic, a tragiczna sytuacja każe sobie zadać pytanie, czy także w stosunkach prywatnych każdy z nas nie powinien przeprowadzać lustracji przed decyzją o zaangażowaniu w związek miłosny. Relacja jaka ich łączy ma dość dwuznaczny wymiar, z jednej strony, różnica pokolenia ustawia ich w relacji ojciec – córka, z drugiej, nacisk położony jest głównie na seks, który opisywany jest z wielką dbałością o brak szczegółów. Lecz co ona temu winna, pyta w międzyczasie narrator? Niby nic, a jednak.

Chcąc nie chcąc robi karierę korzystając z układów ojca: idzie na studia po znajomości, jest faworyzowana w konkursach na dofinansowanie działalności gospodarczej z funduszy europejskich, nie mówiąc o rzeczach oczywistych, jak korzystanie z majątku ojca, zgromadzonego dzięki ubeckiej przeszłości i jego rozległych znajomości. Co najgorsze, należy do pokolenia, które traktuje to naturalnie i nie widzi w tym niczego niemoralnego. Ten związek oczywiście nie przetrwa próby, okrutna historia znów rozdzieli kochanków. Między wierszami można wnioskować, że niewydaną jeszcze powieść zamieszani w zabójstwo dostali właśnie od niej. Tak, tak, w takim świecie wroga znajdziesz wszędzie, nawet w łóżku.

Jak wspomniałem na początku, powieść nie ma prawa nikogo zaskoczyć, bo role w dramacie zostały dawno rozdzielone według znanego klucza: dobrzy eksopozycjoniści, źli eksopozycjoniści, którzy zdradzili stare ideały (zdrada czai się wszędzie), bezbronne ofiary, źli ubecy, układ, który niszczy Polskę – to książka dla zwolenników takiego myślenia, jakie prezentuje autor, lub dla osób, które chciałyby pozgłębiać jego mielizny. Jedyne względnie udane literacko fragmenty książki, to wyjątki przytoczone z pisanej powieści, opisujące dwa morderstwa - studenta oraz jego kolegi, który był świadkiem jak ten wsiada do milicyjnej nyski. To tak, jakby autor jedynie tym dwóm brutalnym scenom poświęcił dostateczny czas i wysiłek pisarski.

Podsumowując, w „Szwach” proza Holewińskiego cechuje się wybitnym brakiem jakichkolwiek ambicji poznawczych i artystycznych. W tym miejscu trudno powstrzymać się od przytoczenia wyznania uczynionego przez bohatera: „Moja głowa była pełna takich bzdur, pewnie dlatego – choć często miałem problem z nazwaniem rzeczy po imieniu – zostałem pisarzem.” (s.75) Dlatego też być może czytelnikom nie pozostanie nic innego jak skopiować czyn bohatera z ostatniej sceny i użyć własnego egzemplarza „Szwów” do celów zupełnie innych niż czytanie.

Recenzję napisał: Marek Łabaniec
                                                      Za książkę dziękujemy:

                                                 

środa, 10 lipca 2013

Limeryki Zbrodni - Janusz Mika - recenzja

Autor książki "Limeryki zbrodni" - Janusz Mika jest młodym polskim prozaikiem. Kryminał który dostajemy do ręki jest napisany dość nowoczesnym językiem.Akcja powieści rozpoczyna się w Belgii.

Zapoczątkowana jest morderstwem polskiego emigranta, który ma niezbyt jasną przeszłość.

Tymczasem w Krakowie, gdzie rozgrywają się kolejne przygody bohaterów historia rozgrywa się gdzieś w zakamarkach bazaru, w siedzibie redakcji gazety oraz na posterunki policji. Poczałkowa dynamika prowadzenia powieści sprawia, iż trochę ciężko jest nam się odnaleźć. Na spokojnych i zacnych uliczkach Krakowa: Urzędniczej, Lea, Królewskiej - zdawałoby się oazach spokoju i dostojności mnoży się zło i podstęp. Zło ma wymiar na początku skradzionego radia samochodowego, ale to dopiero początek!

Lekkie narkotyki rozprowadzane wśród młodzieży i zabójstwo znanych nam z szpiegowskich historii osób - to ciągnąca czytelnika za sobą akcja powieści od której trudno nam się oderwać...Dodatkowego dreszczyku emocji książce dodaje nadzwyczajna inteligencja sprawcy zła, który pozostawia przy każdej możliwej okazji swój ślad, który jest zarówno literacką zagadką, jak również stanowi podpis oprawcy, świadczący o poetyckiej duszy tego bohatera.

Fabuła mogłaby czytelnikowi sugerować, kim jest sprawca zła, ale jak to bywa w życiu nic nie jest pewne, ani powiedziane z cała pewnością.Czytelnika tej książki powinien zafascynować opis krakowskich ulic z ich lokalami i strategicznymi miejscami. Powieść tę czyta się niemal jak przewodnik. Z jednej strony poznajemy historię królewskiego miasta, a z drugiej zagmatwane ludzkie losy.

Książkę przeczytałem w jeden wieczór, tak mnie zafascynowały losy bohaterów, zarówno tych męskich jak i żeńskich. Książkę polecam wszystkim miłośnikom literatury sensacyjnej i kryminalnej.

Recenzję napisał: Krzysztof Grochowski 

Książkę otrzymaliśmy dzięki uprzejmości:

wtorek, 19 marca 2013

Janusz Koryl - Urojenie - Recenzja

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dreams, otrzymałam książkę „Urojenie” Janusza Koryla. Z twórczością Pana Janusza zetknęłam się po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. 

Akcja książki dzieje się w rodzimym mieście autora- Rzeszowie. Noc sylwestrowa. Młoda kobieta zostaje zamordowana. Wśród tłumu ludzi witających na rzeszowskim Rynku Nowy Rok pojawia się mężczyzna, ubrany w długi popielaty płaszcz i pilśniowy kapelusz, przypominający słynnego Indianę Jonesa- z wyjątkiem faktu iż Indiana nie chadzał po Rynku z zakrwawionym nożem. Co więcej- mężczyzna sam zgłasza się na posterunek policji, przyznając otwarcie, iż zabił kobietę. Bez najmniejszego oporu daje się aresztować, poddaje się przesłuchaniu, ujawnia personalia ofiary oraz adres, pod którym rzekomo doszło do morderstwa. 

Z pozoru bliską do rozwiązania zbrodnię komplikuje fakt, iż po dotarciu pod wskazane przez mężczyznę miejsce, policjanci nie znajdują zwłok, a o istnieniu Anieli Grodzickiej nikt nie słyszał. Na domiar złego, podejrzany mężczyzna znika w niewyjaśniony sposób z rzeszowskiego aresztu. Dla młodego i ambitnego aspiranta Mateusza Garlickiego zagadkowe morderstwo staje się obsesją. Czy morderca rzeczywiście jest mordercą? Czy ofiara, to rzeczywiście ofiara? A wreszcie gdzie kończy się granica prawdy, a zaczyna urojenie? Na te pytania możecie odpowiedzieć sobie, sięgając do „Urojenia”. Fabuła thrilleru jest na tyle interesująca, iż nie mogłam się od niego oderwać już od pierwszych stron. Całość napisana jest językiem jasnym i przejrzystym, widać również, że autor „wie, o czym pisze”. Mam na myśli to, iż dogłębnie zapoznał się z tajnikami pracy śledczych. 

Dodatkowym atutem jest rewelacyjna oprawa graficzna. Od hipnotyzującej okładki nie sposób oderwać wzroku. Uroku całokształtowi dodaje również nutka paranormalna, która w połączeniu z thrillerem tworzy naprawdę ciekawą mieszankę. Przewrotna fabuła i zakończenie sprawią iż wszyscy w literaturę polską wątpiący odzyskają swoją wiarę. Szczerze polecam. 

Autorem recenzji jest :Martyna Sitniewska

niedziela, 15 stycznia 2012

Tęsknota - Dariusz Kankowski - recenzja do e-booka


„Tęsknota” to debiut Dariusza Kankowskiego. Tom zawiera dziewięć opowiadań, w których autor nawiązuje do baśni, mitologii i Nowego Testamentu. Obsesyjnie kręci się wokół śmierci (samobójstwo, morderstwo)  i maltretowania kobiet. Tematy poważne, dużego kalibru, jednak autor nie udźwignął ich warsztatowo.

Język narracji potoczny. Postaci płaskie, pozbawione cech charakterystycznych, słaba technika, męczące przysłówki. Banalne obrazy i przenośnie. Masa wyświechtanych zwrotów, żargonu, truizmów. Jeśli jaskinia to ciemna, skoro klątwa to  okrutna i bolesna, jak odpowiedzialność to oczywiście nieuchronna. Jeśli spłonęło to doszczętnie, skoro ratował to na pewno co się dało. To jak przysłowia, które wszyscy znają. Rzucisz jedno słowo, a poleci za nim cały zwrot.

Przewija się motyw przemiany. Autor uważa, że wspaniały człowiek zmienia się z biegiem czasu w potwora. Co gorsza zmienia się bez udziału samego człowieka i bez udziału innych ludzi. Z opowieści wynika, że nie mamy wpływu na to kim się stajemy ani kim się staje człowiek żyjący obok. Autor zwykle staje po stronie żeńskich postaci. W opowiadaniu Piękna i Bestia obwinia Księcia, o to że zmienił się w Bestię, nie zauważa jednak, że to Piękna zachowała się jak sopel lodu pozostawiając męża samego w rozpaczy.

Postaci są papierowe. W opowiadaniach brakuje działania, bo ich bohaterowie nie buntują się, nie walczą, nie płynie w ich żyłach krew. Są tylko fikcyjnymi tworami pełniącymi funkcje nadane przez ich twórcę.

Utwór sprawia wrażenie bardzo świeżego, jakby stworzyły go emocje. W moim odczuciu powinien był odleżeć kilkanaście tygodni, po tym czasie ulec zimnej korekcie. Jest zbyt surowy. To co w nim wartościowe ginie w mnogości pustych słów.

Recenzję napisała: Agnieszka Czachor

E-booka otrzymaliśmy dzięki uprzejmości:

Tytuł: Tęsknota
Wydawnictwo: RW2010
Rok wyd.: 2010
Strony: 113