Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patrycja żurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patrycja żurek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

Recenzja książki „Kokaina”

„Kokaina” to debiut literacki Arkadiusza Siedleckiego, ale jaki debiut! Książka zbiera same pozytywne opinie i jest szeroko reklamowana. Należy się wielki ukłon wydawnictwu 2piętro za tak wspaniałą promocję. Arek nie skończył studiów, by wyjechać do Wielkiej Brytanii. Mieszka tam z żoną, dwójką dzieci i psem, marząc, by móc utrzymać się z pisarstwa. Po ogromnym sukcesie „Kokainy” być może będzie to możliwe już niedługo?

Do tekstu podeszłam z dużą dozą nieufności, przyznaję. Jak tekst zbiera tak pozytywne opinie, głupio byłoby wydać negatywną, a jestem ostrym krytykiem. Bez pardonu chciałam znaleźć w książce wszystkie błędy i wytknąć je, ale bez złośliwości. Niewiele znalazłam, chociaż mogłabym przyczepić się do Żydów pisanych małą literą i mnóstwa zaimków osobowych (przynajmniej połowę dałoby się wyrzucić), ale to mało jak na tak bogatą książkę.

Poznajemy Krzyśka i jego rodzinę. I od razu duży plus dla Autora za idealne odmalowanie rodziny z tamtych lat, pracy, picia wódki, społeczeństwa. Doskonały zmysł obserwacji, te swojskie, gliwickie podwórka, ludzie, zachowania. Brawo, Autorze! Teraźniejszość przeplatana wspomnieniami (czasami zbyt długimi w moim odczuciu) tworzy nam obraz osoby – Krzysztofa Mikulskiego, z wadami, zaletami i problemami emocjonalnymi. Przyznaję, Autor wykonał kawał dobrej roboty. Postać Krzyśka, zarysowana grubą kreską, jest konsekwentna i ciekawa. Jakże wiele z jego przemyśleń jest trafnych. Zapewne niejedna osoba (w tym także pisząca recenzję) może się utożsamiać z tym, co bohater ma w głowie. I znów duży plus za pokazanie beznadziejności, braku poczucia własnej wartości i walki o siebie.

„Kokaina” to książka o poszukiwaniu. Młody człowiek, posiadający na pierwszy rzut oka, wszystko. Czego może potrzebować? Dlaczego czuje się tak bardzo obcy, inny, dziwaczny? Jak wiele osób czuło się podobnie jak on? Chyba to właśnie mnie zauroczyło. Prawdziwość. Podczas czytania wracają wspomnienia i zalewają Czytelnika falą sprzecznych uczuć. I tutaj tkwi siła tej książki. Porusza struny, które od dawna pozostawały w uśpieniu. Jest mocna, ciekawa.

Nie wszystko jednak mi się podobało. W pewnym momencie historia zapętla się Lee White, postępowanie Carmen) i nie wszystko zostaje wyjaśnione. Jak gdyby koniec tekstu pisany był w pośpiechu. Brakowało opisu przyjazdu Jagody, tych świąt (te kilka zdań w tekście jest dla mnie niewystarczające), relacji po powrocie, rozmów. Sama końcówka jest genialna! To chyba najlepsza scena w całej książce i dla niej warto przeczytać całość. Piosenka Tadeusza Woźniaka nadaje klimat i idealnie wpasowuje się w grozę sceny i jej ostateczność. I znów brawa!Arkadiusz wykonał kawał dobrej roboty. Jest nie tylko przykładem, że debiut może wypaść mocno i dosadnie, ale także dowodem na to, że debiutanci potrafią pisać naprawdę dobrze. Mam nadzieję, że kolejne teksty Arka będą na takim samym, bądź jeszcze wyższym poziomie. Czego życzę zarówno sobie, Autorowi jak i reszcie Czytelników.

Patrycja Żurek

Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Z poczwarek w motyle – Patrycja Żurek - recenzja

Z wielkim zaciekawieniem sięgnęłam po te powieść, ponieważ opis skutecznie rozbudził moją ciekawość. Bohaterkami są dwie przyjaciółki Zuzanna i Sylwia. Pierwsza po zamążpójściu i urodzeniu dziecka nie pracuje, druga dzięki swojej wytrwałości i pracy mieszka zagranicą . Nie widziały się od dłuższego czasu. Kontaktowały się za pomocą maili. Wydawało się, że wszystko u nich w porządku, że nic się nie dzieje a codzienność jest dla nich łaskawa .

Dopiero przyjazd Sylwii do Polski, do chorej matki, ujawnia dopiero trudne fakty. Zuzanna, która od dawna cierpiała na migreny, po urodzeniu synka zaczyna chorować również na depresję. Nie reaguje na prośby męża aby się leczyć, nie daje sobie pomóc w żaden sposób, nie chce aby ktokolwiek wtrącał się w jej życie, i nawet pomoc przyjaciółki przyjmuje z lekką niechęcią. Uważa , ze ona sama powinna o sobie decydować, a próbę pomocy uznaje jako wtrącanie się do jej życia Sylwia po trudnych życiowych doświadczeniach cierpi widząc ją w takim stanie. Czy uda im się jak za dawnych lat współpracować ze sobą? Czy małżeństwo Zuzanny przetrwa?
Jeśli chodzi o konstrukcję powieści, to świetną rzeczą jest tutaj wprowadzenie dwóch narratorów. Sytuacje i obraz widziany z dwóch stron konkretnie ilustruje przebieg wydarzeń. To co z jednej strony może wydawać się końcem świata, z drugiej już odbierane nieraz jest zupełnie inaczej.

Jak głęboko można psychicznie okaleczyć się samemu? Po przeczytaniu pierwszych stron dopadło mnie szybko takie pytanie. I jeszcze najważniejsze, w którym momencie można oddzielić chorobę od uporu, od własnego widzenia świata? Zuzanna nie daje szans nie tylko sobie ale też swojemu otoczeniu. Czy jej „depresja” jest depresją ? Swój obraz życia traktuje jako coś co na pewno jest, takie jak ona widzi, nie ma możliwości aby był inny. Oj trudna z niej bohaterka powieści. Nie chce nic ulżyć czytelnikowi , tylko wprowadza go w dalsze meandry swojego myślenia, w swój świat, który jest ciężki do przyjęcia.

Myślę, że autorka podjęła się dość trudnego tematu. Ciężko zrozumieć zdrowemu człowiekowi zawiłości choroby głównej bohaterki, jak również jej „lenistwo psychiczne” i obwinianie za wszystkie trudy i niepowodzenia rodziców i swojego dzieciństwa. Nie da się ukryć, że ma ono olbrzymi wpływ na całe nasze życie i kształtowanie się charakteru, jednak gdy nie ma jakichkolwiek prób odcięcia się od niego, to niestety pewne niekorzystne zachowania są powielane. Zuzanna nie ma kompletnie motywacji. W pewnym momencie dawał ją jej synek lecz wszystkie czynności, które były wykonywane były spowodowane jego osobą. Na siebie Zuzann patrzy tylko w negatywnym świetle. Czy uda się jej rozjaśnić swój świat, spowodować, że dojrzy słońce a co najważniejsze siebie w jego promieniach?

Dużo ciężkich tematów jest poruszonych w powieści. Alkoholizm, molestowanie, depresja , zmaganie się ze śmiercią bliskich , ogromnie trudne relacje rodzinne, myślę, że starczyło by ich co najmniej na dwie książki. Nie czujemy jednak przesytu ani znużenia ,ponieważ wątki świetnie się ze sobą splatają. Osoba Sylwii, jej praktyczność, jej ból, który w sobie nosi powoduje , z szybko budzi u czytelnika sympatię. Czy te dwie tak przeciwstawne sobie osoby zaprzepaszcza wieloletnią przyjaźń, czy też jeszcze bardziej ja pogłębią? Zapraszam do świata, w którym trwa walka właściwie od początku do końca ostatniej strony. 

Po czyjej stronie staniemy to zależy tylko od nas. Pamiętajmy jednak o tym, że zawsze łatwiej jest coś mówić, niż naprawdę to robić. Skupmy się, i przeczytajmy tekst spokojnie i powoli bo naprawdę warto. Dajmy sobie szansę na poznanie problemów bohaterek, bo nigdy nie wiadomo, czy nie splotą się one z naszymi. Stworzymy wtedy dalszy ciąg zupełnie bezwiednie. Polecam.

Małgorzata Pyzik

środa, 5 lutego 2014

Recenzja książki „Na zawsze wygnańcy”

Na okładce książki „Na zawsze wygnańcy” możemy przeczytać: piekło zawsze zaczyna się na ziemi. W podobnym tonie jest opis znajdujący się na ostatniej stronie. Spodziewałam się mocnej, ciekawej historii, która wzruszy mnie do łez, a miejscami przerazi.

Historia Ursuli, zwanej Wardą, Perpetuą, czy Pietrem jest skomplikowana i barwna, ale wcale nie aż tak straszna, jak się zapowiadało. Dziewczyna po śmierci ojca zostaje odtrącona przez rodzinę, błąka się, kradnie, aż trafia pod opiekę pewnego księdza. Ma szczęście, gdyż duchowny uczy ją wszystkiego, o czym tylko mogła marzyć: czytania, pisania, łaciny oraz medycyny – ziołolecznictwa. Te umiejętności będą przyczyną tragedii – to przez nie trafi do niewoli, ale także uratują jej życie – gdy się z tej niewoli wydostanie.

Czytając wiele książek o niewolnictwie można powiedzieć, że Wardzie udało się. Nie była poniżana w żaden uwłaszczający człowieczeństwu sposób (kilka wyzwisk i bicie są do przyjęcia w tym wypadku), pokochał ją syn jej Pana i dał wiele od siebie. Wychowana w chrześcijańskim duchu dziewczyna nie umie pojąć, że jej sytuacja jest lepsza niż mogłaby sobie wymarzyć. Ciężko powiedzieć, czy jest to hart ducha czy głupota. Udało się jej uciec, to prawda, ale jakim kosztem?

Czy zachowanie pozornej wolności był wart tego, co zrobiła? Każdy Czytelnik musi ocenić to we własnym zakresie.O książce mogę powiedzieć tyle, że jest wciągająca i ciekawa. Bohaterka i jej wybory nie pozwalają się nudzić. Jednak powtórzę, że nie tego się spodziewałam. Jest to zbyt łagodne, powierzchowne, nierealne.

I mimo że nie nudziłam się, to jednak irytowały mnie przemyślenia głównej bohaterki i jej rozterki. Może wynika to z tego, że tak bardzo bała się cielesności? Między stronami ciągle przewija się Bóg, grzech, właściwe postępowanie. Wychodzi pewien fanatyzm, który wcale nie jest – jak widać to po losach Wardy – taki dobry, jak mogłoby się wydawać.

Patrycja Żurek

Za książkę dziękujemy:

Recenzja książki „Uzdrawiająca siła pocieszenia”

Anselm Grun to szafarz opactwa benedyktynów i mnich. Znany i bardzo ceniony przewodnik duchowy i duszpasterz. Napisał bardzo wiele książek, których tematy ściśle wiążą się z problemami ludzkiej egzystencji.

Podobnie w „Uzdrawiającej sile pocieszenia”. Porusza on znany każdemu człowiekowi temat smutku, zadumy oraz pocieszenia, którego w danych chwilach potrzebujemy. Mnich mówi o wartości łez, o smutku, który wypływa z pewnych naszych potrzeb i prowadzi do swoistego oczyszczenia. Podaje przykłady i rozwiązania, które pomogą nam osiągnąć spokój. Posiłkuje się bardzo cytatami z żywotów świętych – głównie Ewagriusza z Pontu i Tomasza z Akwinu.

Oprócz łez ukojenie przynoszą także: współczuje przyjaciół, kąpiel oraz kilka innych, opisanych szczegółowo. Mnich nie odchodzi od religii, pokazując, że często w niej kryje się odpowiedź na nasze smutki. Pocieszenie można osiągnąć w różnoraki sposób – każdy człowiek znajdzie na pewno najlepszy dla siebie.

Jest to książka odpowiednia na pewno dla osób wierzących. Każdy wierzący znajdzie w niej ciekawe prawdy, czasami zaskakujące wnioski. Dla osób, które lubią tego typu poradniki będzie to wspaniała lektura. Osoby nie lubiące filozoficznych rozważań nie powinny się nią zainteresować.

Patrycja Żurek

Za książkę dziękujemy: Wydawnictwu Święty Wojciech


niedziela, 12 stycznia 2014

Recenzja książki „Dzień tysiąca godzin” W.S. Kuniczaka

Powieść Kuniczaka porusza niełatwy, ale niezwykle ciekawy temat II wojny światowej. Obserwujemy losy kilku bohaterów, znakomicie nakreślonych, pełnych, różnych od siebie (szczególnie widać to w przypadku Antosia), z zaletami i wadami, z przeszłością i marzeniami o przyszłości. Obserwujemy nie tylko zaciekłą walkę o Polskę w pierwszym tysiącu godzin wojny, ale także zmiany bohaterów, ich rozwój bądź staczanie się. Bo „na swój sposób wojna jest dobra.

Zrywa dawne więzy i zawiązuje nowe, świeże. Jednych uczy bestialstwa, ale innych szlachetności, wynosi wielkich przywódców, natomiast obala tych, którzy tylko ufają wielości,ale brak im prawdziwych zalet. To prawda, że łamie serca i niszczy ciała, ale także niszczy ustroje, które powinny upaść(...)”. Autor nie pokazuje jednak piękna. Wydobywa ze zdarzeń całą ich brzydotę. Śmierć nigdy nie jest ładna, często idzie na marne. Wojna to brud, wszy, głód, wszechobecny strach, kurz. Zawalone miasta, płonące wsie, łuna na niebie i przerażający warkot samolotów. To stosy ciał, pochowanych byle jak, kwiczące konie, mięso na ulicach i krew. Każdy z bohaterów, których oczami możemy śledzić wydarzenia, ma własny pogląd i rozumienie tego, co się dzieje. Każdy z nich jest inny, ma za sobą pewne doświadczenia. Tu mądrość styka się z głupotą, geniusz z naiwnością.

Pośród pożogi, pierwszych dni desperackiej, nierównej walki, zobaczyć możemy także miłość. Relacje damsko – męskie uwikłane w skomplikowaną sytuację żołnierskiego obowiązku i sentymentu. Samotność, zrodzoną ze zdarzeń, śmierci, poczucia beznadziejności. Możemy obserwować dwóch mężczyzn kochających tę samą kobietę. Dlaczego? Kim jest, by wzbudzać takie emocje? Możemy śledzić losy wojny ze strony niemieckiego żołnierza. Człowieka, którego, jeszcze niedawno najlepszym przyjacielem był Polak. Czy spotkają się w zamieci wojennej? Jak potraktują siebie nawzajem?

Każdy zna historię Polski w II wojnie światowej, a jednak ze zdziwieniem, szokiem, bólem czytelnik obserwuje rozwój akcji. Patrzy w inny sposób niż zazwyczaj. Zyskuje ostrość i nową perspektywę.

Autor doskonale kreuje postacie, nadając im wielowymiarowość. Znamy przeszłość, myśli, uczucia. Możemy wejść do głów i zamieszkać w nich na chwilę, spojrzeć ich oczami. Bardzo dobrze opisana jest przyroda, plastyczność obrazów wzbudza podziw. Co prawda Autor nie uniknął błędów, licznych powtórzeń, a nawet literówek, ale w obliczu tak ciekawej narracji nie ma to większego znaczenia. Dla każdego miłośnika gatunku będzie to wspaniała, czytelnicza uczta. To jedna z tych książek, przy których robi się smutno, gdy się ją kończy. I to chyba najlepszy komplement dla niej.

Patrycja Żurek
                                                                  Za książkę dziękujemy:

czwartek, 10 października 2013

Recenzja książki „Magiczna gondola”, „Złoty most”

Zarówno „Magiczna gondola” jak i „Złoty most” to książki z serii „Historie poza czasem”.

Opis kusi: przeniesienie w czasie, miłość, jakaś intryga, a w tle ciekawe wydarzenia historyczne. Cóż... Książka jest lekka i przyjemnie się ją czyta, nadaje się jednak bardziej dla nastolatek niż dojrzałych kobiet. Siedemnastoletnia Anna jest na początku nader irytująca, wynika to pewnie z jej wieku i tego, jakie ma podejście do życia. Byłam pewna, że w trakcie czytania nastąpi w niej jakaś zmiana i nie zawiodłam się. Później Annę można znieść, nie jest to jednak wynikiem jej wewnętrznej przemiany, a rozwijającej się akcji. W niektórych momentach zachowuje się, tak, jak siedemnastolatka właśnie i mnie osobiście to drażniło.

„Magiczna gondola” to pierwsza z części, w której spotykamy Annę i Sebastiana. Dziewczyna przeskakuje w czasie, odkrywa tajemnice i uparcie śledzi człowieka, którego pokochała. Oczywiście ze wzajemnością.


W „Złotym moście” Sebastian zostaje uwięziony w innym stuleciu, nie pamięta Anny (od tego pęka jej serce, a jakże) i nie chce wrócić. Dziewczyna musi za wszelką cenę odkryć, co kryje się za tym zanikiem pamięci.

Przyznam, że „Złoty most” bardziej mi się podobał. Śmieszyło mnie wprowadzenie na początku książki Casanovy, ale można przymknąć na to oko. Obie lektury na pewno spodobają się dziewczyną, które nadal wierzą w prawdziwą miłość, która pokona wszelkie przeciwności. Książki balansują na granicy naiwności, są jednak lekkie i przyjemne. Doskonałe dla osób, które chcą się rozerwać i nie oczekują od książki czegoś głębszego.

 


Patrycja Żurek
                                                      Za książkę dziękujemy:


Recenzja książki „Kręte ścieżki”

Bohaterką książki „Kręte ścieżki” jest Anna. Historię opowiada były chłopak, patrząc na postać kochanki z dystansem. Zdaje sobie sprawę, że Anna przez cały okres ich relacji, wykorzystywała go. Być może nie umiała inaczej, gdyż to osoba głęboko wierząca w seks i dobra materialne. Ich posiadanie to jedyny cel w życiu i jest wyznacznikiem tego, kogo Anna uważa za dobrego człowieka.

Nigdy nie rozumiana w domu, bez wsparcia, wykształcenia i chęci do robienia czegokolwiek, Anna wyrusza w świat. Brak wsparcia sprawia, że kobieta zaczyna się gubić. Ciało staje się walutą i jest skutecznie wykorzystywane. Narrator tworzy nam przed oczami obraz osoby, która chce kochać i być kochaną, jednak nie potrafi. Wierność to nie jest słowo, które pojawia się w słowniku Anny. Dziewczyna stacza się, aż w końcu wikła w trudną, niebezpieczną relację.

Z kart książki wyłania się obraz PRL-u i lat '90, gdzie nie potrzeba było mieć odpowiedniego wykształcenia, ważne były znajomości i odpowiednia osoba w łóżku.

Oprócz historii Anny, możemy śledzić historię osób, które przewinęły się w jej życiu. Co się stało z jej pierwszą i chyba jedyną miłością?

Książka budzi we mnie mieszane uczucia. Jest napisana poprawnie, dość ciekawa, ale jednak nie porywa tak, jak porywać by mogła. Nie brakuje jej niczego, a jednak nie zapada w pamięć, nie wciąga tak, by człowiek nie mógł się oderwać. Na pewno jednak jest oryginalna i znajdzie czytelników, którzy będą nią zachwyceni.

Na koniec wspomnę jeszcze o okładce - bardzo mi się podoba i jest to chyba najlepszy element tej książki.

Patrycja Żurek

Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kasia Bosacka cudnie chudnie. Żegnaj pulpecie - recenzja

„Żegnaj Pulpecie” jest pierwszą książką Katarzyny Bosackiej, znanej z takich programów jak „Wiem, co jem” i „Wiem, co kupuję”, emitowanych w stacji TVN Style. Jest to książka o diecie, jednak zupełnie inna od wszystkich, które miałam dotychczas w rękach. A powiedzieć można, że miałam sporo. Katarzyna już na wstępie przyznaję się do bycia Anonimowym Żarłokiem i wylicza wymówki, które są nam aż zbyt dobrze znane. Z humorem i specyficznym dowcipem opowiada o swoich początkach. Pozwala spojrzeć na dietę jak na człowieka, a może nawet jak przyjaciela.

Wypunktowane w przejrzysty sposób porady żywieniowe nie wydają się być skomplikowane. Jeść co trzy godziny? Pewnie. Owoce tylko rano? Czemu by nie? Ćwiczyć kilka razy w tygodniu, minimum trzy? Da się zrobić. Kasia w przezabawny sposób opisuje swoją walkę z nadwagą, przytaczając anegdoty, od których uśmiech kwitnie na twarzy i kiwa się głową: „tak, tak, znam to!”, chciałoby się powiedzieć.

Niewątpliwą zaletą książki jest wymienienie wszelkich modnych i „szybko działających” diet. Ich założenia, wpływ na organizm i spostrzeżenie, jak szybko dopadnie nas „efekt jo-jo”, którego każdy tak nienawidzi. Ciekawa jest także historia Oprah Winfrey i jej walka z nadprogramowymi kilogramami.

Katarzyna Bosacka spełniła swoje zadanie idealnie. Ta książka zachęca do przejścia na zdrową dietę. Po jej lekturze mamy wszelkie podstawy, by móc ją rozpocząć. Wiemy, co to są produktu „light” i czy rzeczywiście działają. Jaką wodę wybrać. Czym kierować się przy wyborze mięsa, wędlin, warzyw i owoców. Jesteśmy bogatsi w doświadczenia autorki, z których możemy czerpać garściami. Wszystkie wymówki zostały pokonane, czas rzucić wafelki, stanąć na bieżni i zacząć się pocić.

Najpierw jednak zachęcam do przeczytania tej pozycji. Książka jest dowcipna i rewelacyjna. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z książką o diecie, która przekazałyby mi tyle informacji, jednocześnie nie zniechęcając do zdrowego trybu życia. Ba!, ta książka zachęca i to w sposób, któremu trudno się oprzeć. Na pewno każdy Anonimowy Żarłok zachwyci się jej wnętrzem i może też postanowi coś zmienić w swoim życiu?

Recenzję napisała: Patrycja Żurek 


Za recenzję dziękujemy:

wtorek, 9 lipca 2013

Mąż, którego nie znalam - Sylvia Day - recenzja

Sylvia Cross, autorka książki „Mąż, którego nie znałam” sławę zdobyła pisząc serię erotyków o Crossie. „Mąż, którego nie znałam” także należy do tej kategorii. Swoisty romans, obsadzony w rzeczywistości dawnego Londynu, pośród balów, wycieczek landem na wieś i popołudniowych herbatek. Z mnóstwem seksu w tle. Prawdziwa chrapka dla wielbicieli gatunku: romanse sprzed lat.

Isabel, lady Pelham (wdowa) i młody Gerard Faulkner, markiz Greyson, biorą ślub. Nie, nie z miłości, z wyrachowania. Każdemu z nich taki układ odpowiada, chociaż z zupełnie różnych powodów. Na początku jest wspaniale, plan udaje się doprowadzić do realizacji. Później jednak... Gerard postanawia zdobyć Isabel. Czy trudno będzie zdobyć jej zaufanie? Jaka zmiana nastąpiła w mężczyźnie i z jakiego powodu, że postanowił zmienić się i uwieść własną żonę?

Książka jest bardzo lekka w odbiorze. Autorka prezentuje przyjemny, dowcipny styl pisania. Zaletą są dialogi, przekomarzania się, ironiczne poczucie humoru bohaterów. Jest to na pewno jedną z zalet tej książki. Na pewno można się przy niej ubawić, obserwując perypetię bohaterów i ich rozterki.

Z mojego punktu widzenia, książka jest lekko przesłodzona. Nie mówię, że to bardzo źle. To jest taki typ literatury, gdzie każdy jest piękny, przystojny, ma zalety i dowcipny. A jednak ciężko mi uwierzyć w takie nienasycenie seksem, w taką chęć uprawiania go bez przerwy. Zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. Każdy z nich jest idealny, pięknie zbudowany i napalony. Dzięki temu powieść ocieka erotyzmem i idealnym seksem, który nie istnieje. Musimy przyznać to szczerze, książka nie odzwierciedla prawdziwego życia, a jedynie nasze chęci do tego, jakie by ono mogło być. Czy to źle? Zależy, jak bardzo lubimy taki typ powieści. Czasami dobrze jest zagłębić się w świat idealnych ludzi, potańczyć na balu, wypić popołudniową herbatę i pokonać wszystkie nieprzychylne nam osoby. A jednak powrót do rzeczywistości, po odłożeniu takiej książki na półkę, może okazać się nad wyraz bolesny.

Poleciałabym ją każdej młodej dziewczynie, która wierzy w miłość aż po grób. Romantyczki znajdą tutaj dla siebie idealny świat, z idealnym mężczyzną, co prawda nie księciem, bo markizem, ale zawsze to coś. Powieść jest lekka, przyjemna, idealna na wakacje. Pozwala oderwać się od szarości dnia codziennego i zajrzeć w inny, lepszy, nierzeczywisty świat. Podobała mi się, bo tryska humorem, jest zupełnie inna od poważnych, sztywnych romansów i w porównaniu z tradycyjnymi harlequinami naprawdę dobra.


Fragment książki dostępny na stronie wydawnictwa

Recenzję napisała: Patrycja Żurek

Książkę otrzymaliśmy od: