Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piotr śliwiński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piotr śliwiński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2014

sPokolenie czyli gniew - recenzja

Czytając recenzje powieści przed i po przeczytaniu "Spokolenia, czyli gniew", zauważyłem, że często pojawiają się głosy iż jest to karykatura, lustro społeczeństwa czy, jak sugeruje wydawca, satyra na współczesność. Hmm, ja bym ujął to raczej jak książkowa wersja każdych jednych współczesnych wiadomości dowolnej dużej korporacji medialnej tj. skondensowane, wyselekcjonowane i ekstremalne złe i negatywne informacje o ludziach i o tym co w nich najgorsze, ale co nie oznacza, że są to informacje zmyślone, nieprawdziwe czy zmanipulowane. Czytając tę powieść nie chodziło mi po głowie „ah, jakże zmyślnie autor ten posłużył się metaforą, satyrą czy przejaskrawieniem”, ale raczej „no w zasadzie tak jest i bywa, i ludzie rzeczywiście tacy potrafią być wobec bliźniego, i tak - tacy psychole też są na świecie (niestety), ale pamiętaj, że nie cała ludzkość jest taka – to tylko jakiś jej kawałek”.

Ten konkretny odcinek „wiadomości” Andrzeja Te poświęcony jest tytułowy „gniew” – można by powieść tę porównać do czegoś w rodzaju studium przypadku nad tym uczuciem. Bazując na podstawie historii kilku bohaterów, których życie wokół nienawiści się obraca (będąc zarówno jej odbiorcą jak i nadawcą), autor przybliża nam to uczucie, aż do finału, w którym, w mojej interpretacji, pokazuje gniew jako siłę wręcz metafizyczną, która podobnie jak miłość czy szlachetność, jeśli tylko odpowiednio intensywna, może człowiekowi zapewnić zbawienie i życie wieczne (przynajmniej tam, gdzie człowiek tak bardzo nienawidzi, że staje się jednością i częścią tej „siły”). Cała reszta, to moim zdaniem tylko tło czy doda datek do tego studium.

Ale żeby jaką głębszą myśl sprzedać, trzeba ją atrakcyjnie ubrać. Andrzej Te sprzedaje ją w postaci historii czwórki patologicznych bohaterów, których patologiczne losy splatają się w pewnym momencie i których patologiczne perypetie doprowadzą nas do wielkiego, tragicznego i….. tak, zgadliście….. patologicznego…… finału (ale nie jest tak źle - będzie szampan i muzyczka ). W historii, której spoiwem jest nienawiść i gniew, odnajdziecie wiele bolączek współczesnego świata: walki młodych karierowiczów z dziadkami leśnymi o korzeniach ubecko-esbecko-partyjnych, którzy mimo wszystko nadal świetnie się na powierzchni kapitalistycznych wód utrzymują, o urzędasach, politykach i nepotyzmie i „plecach”, o – dosłownie – okołoklozetowej sztuce i kulturze, którą jesteśmy karmieni, o tym, że żeby spełnić swoje marzenia (mordu), trzeba tylko bardzo chcieć, wierzyć w siebie i znaleźć przyjaciół, którzy Ci w tym pomogą…. i tak dalej, i tak dalej….w zasadzie gdyby tylko w książce umieścić Katrzynę W. i Mariusza T., to mielibyśmy przekrój większości patologii i bolączek toczących nasz (i pewnie nie tylko nasz) kraj w ciągu kilku ostatnich lat.

W zasadzie odzierając książkę z jej innych niż czysto rozrywkowe aspekty, to dostajemy opartą na dialogach zaskakującą prostą intrygę o grupie ludzi, którzy mszczą się na otoczeniu za zło, którego doznali (lub po prostu lubią krzywdzić innych). Czyli fabularnie film klasy B, C, a może i Z. Ale na szczęście moje (albo i nieszczęście autora, bo książki wymagające chyba gorzej się sprzedają) w „Spokoleniu” nie to jest, przynajmniej dla mnie, najważniejsze – najważniejsze w książce jest dla mnie to, czy po jej przeczytaniu zadaję sobie odwieczne pytanie „WTF?” I mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że o ile po „Spokoleniu”, mój mózg o historyjce może wydobyć z siebie jedynie „meh”, to o jej warstwie filozoficzno-metafizycznej może rzecz pozytywne „WTF, book?”.

Ale ponieważ nie ma róży bez ognia, to i w tej beczce miodu znalazła się łyżka igły w stogu siana. Taka malutka, ale jest. O ile w przypadku „Freelancera” zabieg anonimizacji bohatera, nazwanego tam Iks Igrek, miał słuszny cel – uzmysłowienie czytelnikowi, że tak naprawdę na miejscu protegowanego mógł/może znaleźć się każdy, bez względu na płeć czy wiek, i że jego problemy mogą być/są problemami wielu współczesnych, o tyle ten sam zabieg, w przypadku bohaterów „Spokolenia” moim zdaniem zupełnie się nie sprawdził. Co więcej – bardzo mi przeszkadzało to ExPierwszoDyrektorowanie. Raz, że autor nie był konsekwentny i obok Pana Barbie i Białego Skurwiela i Dyrektorów Wszelkiej Maści pojawia się Adam, Jakub i Monika (żeby to chociaż jakąś ironią było podszyte albo zaskakiwało, że niby psychole to Ci niepozorni, te na pozór normalne Adamy i Moniki wokół nas, a Ci pseudonimowcy w ostatecznym rozrachunku okazali się nie tacy wcale czarni i źli, na jakich wskazywały by ich przydomki - ale w tej książce prawie wszyscy to psychopaci i degeneraci).

Takie, parafrazując klasyka Ochódzkiego, „mieszanie myślowo dwóch różnych systemów walutowych” utrudniało mi i tak nie łatwą interpretację tego, co czytam. A dwa - ten Hubert Ha, to miasto Esz i ten Pierwszy Dyrektor Któregoś Urzędu, sprawiły, że poczułem się jakby autor sugerował mi, że jestem debilem, i że jakby nadał bohaterom normalne imiona, to bym w życiu się nie domyślił i nie dostrzegł, że jest to opis zjawiska szerszego, uniwersalnego, że są to jakieś przypadki potwierdzające regułę i musi mi w tym pomóc, bo nie ogarnę inaczej. No ale może to tylko moje odczucie, a de facto miało to jakiś głębszy sens i uzasadnienie, a ja go po prostu nie dostrzegam. Sądzę jednak, że książka ogólnie na tym straciła, bo postacie w powieści są moralnie czarno-białe i płytkie, i już sam ten fakt utrudnia identyfikowanie się z nimi, rzadko dając czytelnikowi jakiś punkt zaczepienia, który umożliwiałby podjęcie próby rozumienia ich motywów. A jeśli na dodatek postać znam jedynie z jej tytułu zawodowego i wiem, że jest, była i będzie zła, to tracę nią zainteresowanie, bo staje się jedynie jakimś stereotypem, jakimś narzędziem, tłem mającym znaczenie jedynie dla fabuły, ale nie jako pełnoprawnym uczestnikiem zdarzeń.

Na koniec pochwalić jeszcze chciałem, po raz kolejny, autora, za jego umiejętność, wybaczcie za wyrażenie, „rzucania kurwami”. Myślę, że po którejś przeczytanej książce autora, i którejś przeczytanej w ogóle, gdy ktoś mnie o postać Andrzeja Te zapyta, o to o czym pisze itp., to pewnie coś tam ogólnikowo powiem. Ale powiem na pewno o, bo to przynajmniej w moich oczach jest jego znak rozpoznawczy, charakterystyczny i wpadający w pamięć, jego umiejętnym posługiwaniem się wulgaryzmami i przekleństwami. Jego „skurwiele”, „skurwysyny” i gorsze nawet rzeczowniki i przymiotniki powszechnie uważane za obraźliwe świetnie wkomponowują się w dialogi i historię w ogóle. One mają swoje uzasadnienie, swoje miejsce i wagę. Służą budowaniu charakteru postaci i atmosfery, ale autor nie przesadza z ich ilością – są środkiem literackim, a nie, na przykład, środkiem do wzbudzania kontrowersji poprze ociekanie wulgarnością, nie są nieudolną próbą dodania bohaterowi „pazura” czy marną imitacją naśladowania na kartach realnego świata, o którym autor nie ma pojęcia, będąc wychowanym całe życie w świecie „Ą, ę, bułkę przez bibułkę”. Czytelnicy potrafią takie rzeczy wyczuć. Myślę, że pod tym względem książki Andrzeja Te, mogą być dobrą lekcją zarówno dla innych autorów, jak i czytelników, jak powinny wyglądać powieści, które potrafią operować wulgarnością, nie popadając w przesadę czy przesadni niesmak u czytelnika.

Podsumowując, choć summa summarum trochę mniej sobie cenię „Spokolenie czyli gniew” od „Freelncera”, to i tak obie książki cenię sobie wysoko. Nie chcę oceniać autora jedynie na podstawie dwóch książek, ale jeśli w innych książkach w swoim dorobku utrzyma on podobny poziom, to sądzę, że nisza quasi-filozoficznych powieści z pogranicza depresyjno-przygnębiającego czarnego humoru, traktujących o bolączkach współczesności, wkrótce zapełni się ciekawymi pozycjami autora o ciekawym i wyrazistym stylu.

Piotr Śliwiński

niedziela, 29 grudnia 2013

Ryszard Kapuściński - To nie jest zawód dla cyników - recenzja

Tytuł tej książki - „To nie jest zawód dla cyników” i słowa przedmowy o charakterze tej publikacji i jej przeznaczeniu – na wydanie składają się zapisy wykładów prowadzonych przez Kapuścińskiego podczas warsztatów dla dziennikarzy oraz trzech wywiadów/dyskusji z nim prowadzonych - wzbudziły we mnie przekonanie, że o to mam przed sobą pozycję skierowaną do obecnych i przyszłych adeptów sztuki dziennikarskiej.

Ale jakże duże było moje zaskoczenie, kiedy w trakcie czytania zorientowałem się, że…. w zasadzie to zaskoczenia nie było, bo rzeczywiście jest to pozycja skierowana do obecnych i przyszłych adeptów sztuki dziennikarskiej, ale……. nie oznacza to, że pozostali czytelnicy, bez względu na to czy są to „fani” Kapuścińskiego czy też nie, nie znajdą tu nic dla siebie. Wręcz przeciwnie. Zawsze powtarzam, że nie ma znaczenia do kogo publikacja jest kierowana – ważne jest tylko, czy ten kto po nią sięga, będzie chciał coś z niej wynieść. I ta książka jest doskonałym tego przykładem. Nie szukałem porad i wskazówek jak być dziennikarzem. Szukałem obiektywnych porad i wskazówek jak patrzeć na świat, aby jak dziennikarz, widzieć więcej i dostrzegać to, czego się nie widzi na pierwszy rzut oka. Szukałem też subiektywnych punktów widzenia i ocen otaczające rzeczywistości, z którymi mógłbym się zmierzyć.    I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że dostałem obie te rzeczy. Książka jest więc skierowana zarówna do dziennikarzy jak i do nie-dziennikarzy. Jak to możliwe? Najzwyczajniej w świecie każda grupa skupi się na innych jej aspektach i co innego dla siebie wyłuska.

Gwoli prawdy należy jednak zaznaczyć, że w gruncie rzeczy, ten aspekt „jak być dziennikarzem i tworzyć warsztat” to raczej myśl przewodnia niż jedyny temat tej pozycji. Dominuje on w pierwszej części książki, wspomnianych zapisach z wykładów dla studentów (w przeciwieństwie do drugiej części – tej w której otrzymaliśmy trzy rozmowy-wywiady z Kapuścińskim, gdzie dziennikarstwo i sztuka reportażu są bardziej pretekstem niż celem rozmowy). Część pierwsza zainteresuje ze względu na uwagi i rozmyślania Kapuścińskiego na temat zawodu dziennikarza: począwszy od omówienia niezbędnych atrybutów wewnętrznych uprawiającego ten zawód – empatii, pokory, otwarcia na ludzi, otwartości umysłu, a skończywszy na uwarunkowaniach zewnętrznych determinujących zawód – zjawisku globalizacji, rozwoju technologicznego i cyfryzacji oraz globalnej zmiany charakteru „informacji”, która nie jest już źródłem wiedzy i nośnikiem (czasem niewygodnej) prawdy, ale narzędziem zysku (a w związku z tym dziennikarz to nie poszukiwacz prawdy, ale pracownika-trybik korporacji medialnej). Prócz tego jest wiele z tego, co „dziennikarskie tygryski” lubią i powinny wiedzieć – etyka dziennikarska, zjawisko i rola cenzury, strategie dobrego reportażu, przyszłość mediów i tym podobne, co ważniejsze pojęcia i zjawiska, które trzeba brać pod uwagę, by być dobrym dziennikarzem (a może nawet nie tylko „dobrym”, ale w ogóle dziennikarzem, a nie tylko wspomnianym pracownikiem korporacji przygotowującym wraz z wieloma mu podobnymi produkt medialny dla odbiorcy końcowego).

Część druga (rozmowy/wywiady) z Kapuścińskim – tu także mamy sporo o dziennikarstwie - o tym jak być dziennikarzem, jak i o czym pisać, o niebezpieczeństwach, obowiązkach i zaletach, o jasnych i ciemnych stronach tego zawodu. Różnica jest taka, że w tej części nie mamy do czynienia z Kapuścińskim-wykładowcą, ale z Kapuścińskim-gawędziarzem, reporterem z krwi i kości. Tu na pierwszy plan wysuwają się historie, kontekst i doświadczenia reportera. Odpowiadając na zadane pytania lub po prostu rozważając na różne tematy, Kapuściński opowiada o bolączkach z jakimi przyszło mu się zmierzyć w jego karierze reportera i korespondenta. Teorii uczymy się na podstawie praktyki – ta i ta cecha, to i to zjawisko, w tym i tym konkretnym przypadku okazały się kluczowe, niezbędne, pomocne. Konflikty etniczne w Afryce, migracje do miasta i zanik chłopów jako klasy społecznej, polityka i sens istnienia europejskich organizacji humanitarnych – zjawiska zachodzące w świecie pod koniec XX wieku, ledwo zaakcentowane, zaciekawiły mnie o wiele bardziej niż cel, któremu miały służyć (nauka warsztatu dziennikarza). Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Jedni recenzenci chwalili za trafność diagnozy i uniwersalność tego fragmentu (bo problemy aktualne są także dziś), inni krytykowali, że dostaliśmy groch z kapustą, bo miało być o dziennikarstwie, a dostaliśmy jakiś misz-masz - trochę warsztatu, trochę, dobrze napisanych i stojących na wysokim poziomie, ale mimo wszystko znanych z innych prac autora, rozważań i historii, które może i ciekawe, ale chyba nie o to chodziło. Ja napiszę tak – może do tej książki trzeba podejść więcej niż raz.

Pisząc tę recenzję, przeglądając „To nie jest zawód” raz jeszcze, w miejscach które wydawało mi się, że znam, widzę nowe rzeczy. Tak jak napisał Kapuściński, wszystko się zmienia, to co było aktualne wczoraj, nie musi być dzisiaj, bo wszystko się zmienia niewiarygodnie szybko. Najpierw czytałem dla przyjemności – dostrzegłem niesamowite historie. Przeglądam drugi raz na potrzeby recenzji – dostrzegam fragmenty merytorycznie przydatne dla mnie, jako autora jakiegoś tam pisemnego środka przekazu. Chyba każdy kto przeczyta tę książkę (zresztą jak i każdą inną) będzie miał rację w jakiejś części, bo akurat spojrzał na coś innego, bo coś innego było mu potrzebne. Niby to taka oczywista prawda, ale dopiero ta książka mi to wyjątkowo mocno uświadomiła.

No a teraz część trudniejsza recenzji – co mi się nie podobało (i tu pewnie się gromy na mnie posypią, bo mam czelność rękę podnosić na książkę „Mistrza” – a przynajmniej o nim i z jego myślami). Ale chyba za bardzo wziąłem sobie do serca, co tam też Pan Kapuściński napisał o „prawdzie” i dziennikarstwie. Ja dziennikarzem nie jestem, ale mam jakieś poczucie, że powinienem pisać prawdę (tak jak dziennikarz), a nie tylko pisać to, co odbiorca chce czytać. A częścią tej prawdy są też wady, czy też raczej „zgrzyty”, które zwróciły moją uwagę w trakcie lektury. W zasadzie są dwa takowe, raczej czysto subiektywne, aspekty, mianowicie: Po pierwsze: Kapuściński to z pewnością bardzo inteligentny i mądry człowiek, o niezwykłych umiejętnościach pojmowania zjawisk, logicznego myślenia i zdolności empatii. Da się to wyczuć zarówno w tym co mówi, jak i w tym, jak konstruuje zdania, jakiego używa języka, jak ubiera myśli w słowa.

Kiedy porusza jakiś temat, nie ogranicza się jedynie do wyartykułowania swojej opinii, ale wzbogaca ją historiami z własnego doświadczenia, przywołuje przykłady z życia codziennego, powołuje się na różne autorytety, sięga po wcześniejsze swoje prace i utwory…. i ogólnie całe to bogactwo sprawiało, że momentami miałem trudność uchwycenia głównej myśli całego wywodu. A żeby było śmieszniej, paradoksalnie, jedną z rzeczy jaka zachwyciła mnie w wypowiedziach autora, jest ich…. zwięzłość. Nie „przytłoczyły” mnie wielozdaniowe, wielostronicowe dywagacje – każdy odrębny wykład Kapuścińskiego to dwie, góra trzy stronice – maksimum treści zapisane przy pomocy minimum znaków. Ja osobiście mam tendencje do zdań wielokrotnie złożonych, dygresji i uciekania od głównego wątku, więc „poznałem ten ból”, który czuje mój rozmówca, kiedy przywołuje mnie do porządku słowami „Czekaj, zgubiłem się…”.

Najwyraźniej nie jestem przyzwyczajony do warsztatu Kapuścińskiego, bo musiałem włożyć sporo wysiłku, aby wyłuskać te fragmenty (te małe „cegiełki”), które jako przeciętny człowiek, który ani nie jest dziennikarzem, ani nigdy takim nie planował być, ani też specjalnie nie orientuje się w problemach Afryki czy nie zagłębiał problemów cenzury PRL-u, będę w stanie zrozumieć, skonfrontować ze swoim światopoglądem i na koniec ewentualnie je do tegoż światopoglądu włączyć. Wierzcie mi jednak, że ten wysiłek bardzo się opłacił, bo intelektualnie książka bardzo mnie wzbogaciła jak żadna od bardzo dawna. Niejako więc można powiedzieć, że ta „wada”, jest jednocześnie „zaletą”, ale ponieważ ta recenzja, to de facto subiektywne wrażenia, a subiektywnie mi to przeszkadzało w odbiorze, to podciągnąłem to „zjawisko” pod tę pierwszą kategorię, choć obiektywnie, jak już wspomniałem, jest to niezwykły pokaz umiejętności autora (choć musimy pamiętać, że jest to tłumaczenie na polski słów Kapuścińskiego, więc tutaj musimy brać poprawkę, że część tych wad/zalet jest „zasługą” tłumaczenia).

Po drugie: Kapuściński to z pewnością bardzo inteligentny i mądry człowiek, o niezwykłych umiejętnościach pojmowania zjawisk, logicznego myślenia i zdolności empatii (tak, wiem, że to już pisałem). I nie jest to tylko moje odczucie – prawie każda osoba, która w tej książce głos zabiera, nie da Wam o tym zapomnieć. Nie wiem czy to tylko moje subiektywne wrażenie (właściwie to na pewno tylko moje subiektywne wrażenie), ale kiedy po raz n-ty rozmówca zwraca się do Kapuścińskiego lub mówi o nim per „Maestro”, „Mistrzu”, „największy”, „wybitny”, „Jego ekscelencjo” (no dobra, to ostatnie zmyśliłem”), to ja przestaje myśleć o Kapuścińskim jak o świetnym dziennikarzu i fachowcu, i człowieku takim jak ja – wzoru dziennikarz do którego nie tylko powinienem dążyć, ale też mogę osiągnąć, ale widzę wręcz kandydata na świętego – wzór cnót, dobra i miłości, ale przez to wzór nieosiągalny.

I to bardzo mi zepsuło odbiór treści. Wadą tej książki jest w tym wypadku poniekąd to, że jest książką – widzimy wyrazy, ale nie znamy kontekstu wypowiedzi słów, nie słyszymy głosu, intonacji, mimiki ich autora. W momencie zakodowania sobie w mojej głowie obrazu Kapuścińskiego jako tego kandydata na świętego, tego ideału, mistrza, maestro… cóż, ideały się nie denerwują, nie podnoszą głosu, nie oburzają, nie przeklinają, nie targają nimi emocje, nie mają wątpliwości…. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron było w porządku - czułem emocje w tym co mówi - jego rozczarowanie współczesnym dziennikarstwem, obrzydzenie do cynizmu i zakłamania, w jego słowach czułem jego pasję w tym co robi. Ale z czasem, przez kolejne panegiryki, Kapuściński stawał się autorytetem o boskim niemalże statucie, który ex cathedra wygłasza swoje prawdy, z którymi to się nie polemizuje, bo właściwie to nie ma sensu, bo są tak odległe od rzeczywistości, jak ich autor daleki jest od zwykłego śmiertelnika.

Tak więc drodzy przyszli i obecni dziennikarze i pisarze, pamiętajcie o tym, że nie jesteście tylko maszynami do przelewania myśli na papier - tworząc książki, wywiady, reportaże, wkładacie w nie cząstkę siebie – swoje przekonania, emocje, wiedzę i doświadczenia. Często to właśnie te Wasze osobiste aspekty zdecydują o sukcesie Waszego tekstu, ale czasami, jak u mnie w powyższym przypadku, jeśli te Wasze emocje za bardzo się z tekstu przebijają, mogą zacząć wpływać na czytelnika w sposób, na jakim Wam wcale nie zależało.

Podsumowując (wreszcie)…..hmmm, ujmę to tak, w skrócie – książka spodobała mi się tak bardzo, że nie tyle włączę ją do swojej biblioteczki, ale…. podaruję ją jakiejś bliskiej osobie. Książka naprawdę poszerzyła moje horyzonty myślowe i dała zupełnie nowe spojrzenia na zarówno nowe jak i znane zjawiska. I przez ten pryzmat na nią patrzę – jako publikację rozwijającą, a nie podręcznik czy zbiór porad dla dziennikarzy czy studentów dziennikarstwa. I jako takie narzędzie rozwoju komuś ją podaruję, bo rozwój uważam za coś dobrego,a dobrem trzeba się dzielić, zwłaszcza z ludźmi, na których Ci zależy (przepraszam za ten truizm, ale jest już po północy i nic lepszego na zakończenie nie wymyślę).

Piotr Śliwiński


Za książkę dziękujemy:

czwartek, 8 sierpnia 2013

„OKO KANALOA”. Sir B. Angel - recenzja

Wiecie, zastanawia mnie dlaczego mówi się, że ktoś jest „głupi jak but”? But własnego intelektu nie ma, trudno więc zmierzyć poziom jego inteligencji. A jako przedmiot też wynalazkiem głupim nie jest - w końcu chroni nasze stopy. Wnoszę więc pod publiczne głosowanie, aby od dzisiaj nie używać tego związku frazeologicznego, jako że jest nieprawdziwy i krzywdzący dla butów! Kto jest za? Dziękuję. Kto jest przeciw? Dziękuję. Kto się wstrzymał? Dziękuję. Wniosek przeszedł! No dobrze, ale przyroda próżni nie lubi, więc trzeba coś wymyślić w zamian. Głupi jak….., głupi jak….. wiem!

Głupi jak książka „Oko Kanaloa”! (Wybaczcie za ten jakże merytoryczny argument wprost z osiedlowej piaskownicy… za raz będzie bardziej merytorycznie… mam nadzieję).

Zanim przejdę do mojej oceny, przewrotnie zacznę od czegoś pozytywnego. W życiu wychodzę z założenia, że z każdej sytuacji można się czegoś nowego nauczyć i coś wynieść –nawet jeśli doświadczenie będące źródłem tej wiedzy jest przykre. I ta książka też nie jest wyjątkiem od tej reguły. Chciałbym bardzo serdecznie podziękować autorce za to, czego się dowiedziałem o sobie i o świecie (i to chyba jedno z niewielu zdań tej ”recenzji”, które mimo swego wydźwięku i kontekstu nie są podszyte sarkazmem i są jak najbardziej szczere – dziękuję za każdą daną mi okazję, by stać się lepszym człowiekiem).

A czego mnie ta książka nauczyła? Jak moje życie stało się dzięki niej bogatsze? Cóż…. dowiedziałem się, że istnieją książki tak złe, że potrafią wywołać we mnie autentyczne uczucie, że cofnąłem się w rozwoju, a moje IQ skurczyło się ta bardzo, jak kurczy się pamięć polityków o złożonych obietnicach zaraz po tym, jak wygrają wybory. Jeśli chodzi o nieprzychylne recenzje, to w zasadzie jest to też niejako mój debiut, bo nawet, jeśli kiedyś pisałem już źle o jakiejś książce, to nigdy nie pomyślałbym, że w którejś mojej recenzji ilość jadu i goryczy na wirtualny cm2 papieru może być aż tak wysoki. I nawet starając się napisać coś dobrego o tej, na siłę, nic nie przychodzi mi do głowy i nie jestem po prostu w stanie tego zrobić - co też jest zupełnie nowym doświadczeniem. I w zasadzie to by było na tyle „słodzenia”. Przejdźmy do meritum. Przejdźmy niestety, bo muszę przywołać niemiłe wspomnienia….

Może problem mój z tą książką wynika z tego, że jestem za stary na tego typu „literaturę” i nie rozumiem fenomenu… jak to się …. romantic fantasy? Te współczesne harlequiny, te zmierzchy, świty i inne odcienie szarości, budujące w nastolatkach wypaczone obrazy miłości i… Boże, nawet zaczynam już prawić kazania o zdemoralizowanej młodzieży – tak, chyba 30 lat to już raczej bliżej końca niż początku i zaczynam tetryczeć.

Chociaż żeby móc powiedzieć, że nie jestem grupą docelową dla tej powieści, to powinienem chociaż w przybliżeniu móc ocenić, dla jakiej grupy ona jest. A tu „zonk”. Nie potrafię. Niby historia jest o studentach, ale jak się ją czytało, to w moim odczuciu bohaterowie mentalnie zatrzymali się na pierwszej klasie naszego gimnazjum. Załóżmy więc na moment, że docelowy odbiorca to właśnie jakieś 13-16 lat. Tyle że to założenie budzi kolejne moje wątpliwości. Albo z naszym systemem edukacji jest już tak źle, że młodzież w ww. wieku nie jest w stanie zrozumieć tekstu pisanego zdaniami bardziej rozbudowanymi niż pojedyncze (że o mefato…. meratofa…..m-e-t-a-f-o-r-a-c-h - trudny wyraz! – i innych środkach stylistycznych nie wspomnę), albo odbiorcy to jednak nawet nie gimnazjum, tylko okolice podstawówki. Prosty i infantylny język budował we mnie przekonanie o tym drugim odbiorcy bardzo długo, bo aż do strony ok. 300, czyli prawie do końca.

Chociaż miewałem wątpliwości co do mojej teorii, kiedy od czasu do czasu pojawiały się jakieś zwłoki, no ale w dobranockach już nie takie rzeczy milusińskim się puszczało, więc przymknąłem na to oko. Dopiero kiedy z wypiekami na twarzy przeczytałem opis (nawet muszę przyznać bardzo dojrzały i plastyczny – i gdyby tak pisana była ta książka w ogóle, to pewnie ocena byłaby o wiele wyższa) jak to jeden pan drugiej pani rozsunął uda i „(…) wsuwał palce tam, gdzie nie powinien”, wróciłem do pierwotnej koncepcji, że to chyba jednak trochę starszy czytelnik powinien tę książkę ewentualnie czytać. Ale to tylko moje domysły – gdyby mnie zapytano o opinię, komu ją polecić, to nie nawet świeżo po przeczytaniu nie jestem w stanie tego stwierdzić. Chociaż wiem tyle, że na pewno nie jest ona dla dzieci.

(A skoro już o dzieciach - autorka posłużyła się w opowiadaniu historii [uwaga dzieci, teraz będzie kolejne trudne słowo: sarkazm] jakże nowatorskim, nigdzie wcześniej nie wykorzystanym pomysłem: historia właściwa jest opowiadana z punktu widzenia pewnej młodej dziewczyny, ale tak naprawdę, to nie jest to historia „na żywo”, ale relacja bohaterki zapisana w tajemniczej księdze, którą dorwał 10-letni i czyta gdzieś na strychu (Bastian się w nicości przewraca!). No dobrze, dobrze – to samo w sobie nie jest czymś nagannym. Skorzystała z fajnego pomysłu, wielkie mi „halo”. Okej, ale jak do mnie dotarło, że mały dziesięciolatek właśnie sobie poczytał ten pasjonujący „pamiętnik”, w którym trup się ściele, krew się leje, a ten wspomniany wcześniej pan tę panią tentegesował, to pomyślałem sobie, że z tego Chrisa, to wyrośnie niezły …. klient poradni dla dzieci z traumą. Mam lekkie wątpliwości co do tego, czy ten pomysł był do końca przemyślany, ale rozumiem, że ten zabieg jest pewnie na potrzeby przyszłych książek).

No dobrze, załóżmy więc, że jesteś bliżej nieokreślonym wiekowo potencjalnym czytelnikiem - co „Oko” ma Ci do zaoferowania? Oto grupka stereotypowych nastolatków (przeciętnica (w ogóle jest takie słowo?), jej przyjaciele: latawica i kujon oraz ich sojusznik - tajemniczy buntownik a’la niezłe ciacho, którego bohaterka szczerze nienawidzi i oczywiście nigdy, nigdy, przenigdy się w nim nie zakocha!) wspólnie musi stawić czoła Neftydzie – tajnej organizacji, która chce zniszczyć świat. Kochają się, nienawidzą, rozwiązują problemy wieku młodzieńczego, bawią się i nagle z dnia na dzień okazuje się, że tylko oni mogą uratować świat.

Świat, który nie jest taki zwyczajny, jak nam się wydaje, bo pełen ukrywanej przed śmiertelnikami magii i stworów rodem ze świata fantasy (a przynajmniej jakiegoś alternatywnego świata fantasy, w którym elfy wysysają dusze i w ogóle ich ulubiona rozrywka polega na mordowaniu i innych patologiach - no ale tu jednak należy się „plus za odwagę” dla autorki za to, że wyszła poza schemat i stworzyła własnego „elfa”, jakże innego od tych znanych z większości książek fantasy). Historia prosta jak przepis na chleb z masłem i w zasadzie jeśli czytaliście to co napisałem w miarę uważnie, to już wiecie czego można się spodziewać - akcja, tajemnica, romans, wszystko w klimacie „Pamiętników z wakacji”. I w zasadzie banalność historii nie jest jej słabością w moich oczach czy też nie postrzegam jej za jakąś straszliwą wadę – jak ktoś chce takie rzeczy czytać, to niech ktoś je pisze. Ja sam bym pewnie lepszej książki nie napisał, to co się będę „mundrzył”.

Główny mój zarzut dotyczy tego, że ta opowieść jest ABSURDALNA i NIEDORZECZNA! A to grzech, którego nie wybaczam. Okej, niech sobie będzie prosta, naiwna i cukierkowa, ale niech nie obniża nam średniego IQ w narodzie. „Oko” jest dziurawe jak ser szwajcarski. Właściwie to nawet nie szwajcarski, tylko taki, w którym nie ma sera, a są tylko dziury. A nawet te dziury mają dziury. Wykładowcy literatury na polonistyce: sięgajcie po tę książkę na waszych zajęciach - jak będziecie chcieli wytłumaczyć koncepcję Deus ex machina, macie doskonałe narzędzie! Tu logika i rzeczywistość jest naginana do potrzeb fabuły, a cuda zdarzają się częściej niż w Biblii! Kilka przykładów, by nie być gołosłownym:

- do super tajnej organizacji możesz się zapisać PRZEZ PRZYPADEK, wchodząc na super tajne spotkanie prosto z ulicy! – nikt Cię nie sprawdzi, nie zweryfikuje twojej tożsamości i nawet nie zapyta o nazwisko – jest prościej niż z kupnem alkoholu przez nieletniego,

- musisz się dostać do Rosji - nie ma problemu - wujek ma odrzutowiec i podrzuci Was prosto do celu (bez zadawania pytań!; a inny wujek najwyraźniej pracuje w rosyjskiej obronie przeciwlotniczej, bo Was nie zestrzelą za naruszenie przestrzeni powietrznej matuszki Rosjii!),

- goni Was grupa wrogów, za chwilę Was dopadnie, zbliża się koniec!... na szczęście znajdujecie (sic!) pistolety maszynowe!,

- potrzebujesz dostać się do zamkniętego pomieszczenia, w którym będą ważyć się losy świata? - nic trudnego – po prostu poproś syna właściciela o klucz - dostaniesz! (tę sytuację próbowałem sobie wyjaśnić tym, że to akurat kobieta prosiła, a że facet młody, jurny, to biustowi…. znaczy kobiecie nie potrafił odmówić).

A powyższe to i tak tylko przykłady mniejszego kalibru, które też celowo uprościłem (bo nie chcę wam spoilerować, gdybyście jednak chcieli po książkę sięgnąć). Skala i ilość tych absurdów jest tak duża, że ja znowu przyznam się do indolencji - ja znowu nie rozumiem - czy nikt tego wcześniej nie czytał, nie zaopiniował – recenzent, redaktor, kolega po fachu, przyjaciel? Posłowie nie czytają tego, za czym głosują. Ministrowie nie czytają tego, co podpisują. Kredytobiorcy nie czytają umów, a potem w majestacie prawa tracą mieszkanie i pieniądze za 3,50 zł długu, bo nie doczytali. No kur….cze! Plaga jakaś, czy co? Czy nikt nie przeczytał tej książki przed podjęciem decyzji o jej wydaniu!

Ja tylko mogę mieć nadzieję i zakładać, że ktoś to czytał, że książki są tworzone i wydawane przez pasjonatów i profesjonalistów, ale po prostu autorka jest tak przesympatyczną osobą, że nikt jej na te i inne nielogiczności uwagi nie zwrócił, aby nie robić jej przykrości. Jeśli tak, to autorko, apel do Ciebie – nie wyzbywaj się swojej sympatyczności, ale może komuś z zewnątrz - mnie, albo jakiemuś innemu zgryźliwcowi wyślij do przeczytania roboczą wersję swojej kolejnej książki. Do przegadania, przedyskutowania i do wniesienia uwag - jeśli uznasz je za słuszne. Ja nie chcę nikomu podcinać nikomu skrzydeł, ani krytykować dla samej krytyki, żeby leczyć swoje kompleksy czy też gasić czyjegokolwiek pisarskiego entuzjazmu. Ja chcę po prostu czytać dobre książki, które nie urągają mojej inteligencji i nie chcę, by urągały one inteligencji innych czytelników (no chyba, że jest taka nisza na rynku i że czytelnicy mają taką potrzebę – to już kwestia do…. przedyskutowania ).

Ehh, no już nie chcę wyjść na sadystę (lub masochistę), więc już skończę. Teraz pozostało mi jeszcze postanowić, co z tą książką zrobić. Podarować jej nikomu nie podaruję, bo prezentów nie daje się, by zrobić komuś krzywdę. Sprzedać – nie, bo by mnie dręczyły wyrzuty sumienia, że zarabiam na cudzym nieszczęściu. Do biblioteki nie oddam, bo biblioteka moja mała, biedna, ale godność osobistą swoją ma. Cóż pozostaje mi chyba zdać ją na makulaturę. No chyba że, o ile nie wyprę jej ze świadomości w najbliższym czasie, to zacznę się nią okładać po głowie z nadzieją, że spowoduje to obrażenia wewnętrzne tej części mózgu, w których przechowuje wspomnienie o tej powieści. A Wy, aby oszczędzić sobie tego bólu (fizycznego i psychicznego) po prostu tę książkę omijajcie szerokim łukiem.

Recenzję napisał: Piotr Śliwiński

                                                     Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Freelancer - Andrzej Te - Recenzja

Czytając opinie innych czytelników na temat tej książki, zauważyłem, że wielu z nich (ja także) po książkę sięgnęło skuszonych ciekawie zaprojektowaną i wykonaną okładką. Niekonwencjonalna jak na obecne standardy grafika (zdaje się, że zwie się to „muralami”) rzeczywiście ma w sobie coś przyciągającego uwagę – i nie mam tu na myśli tych roznegliżowanych pań w bikini w środkowej części… no dobra, przynajmniej nie tylko je mam na myśli. W dobie, kiedy co druga książka* dla młodych ludzi to zdjęcie pięknych młodych ludzi/wampirów/półbogów, zawsze to jakaś miła odmiana, i sądząc po wspomnianych opiniach i przyczynach sięgnięcia po książkę – chyba spełniła swoją rolę marketingową.

No i jest jeszcze druga strona medalu – a raczej jego tylna strona, skoro już mówimy o okładce- opis wydawcy.  „Poznajemy młodego Iksa Igreka jako nastolatka zamieszanego w działalność przestępczą, któremu nieobce są alkohol, narkotyki, pobicia oraz izby wytrzeźwień(…) .Jako powieść inicjacyjna, traktująca o dojrzewaniu i próbie przejścia z "Dziecięcości" w "Dorosłość", z czasem przenosi nas w okres, w którym Iks jest trzydziestoletnim mężczyzną (…) Wkroczył zatem w kolejną iluzoryczną rzeczywistość, gdzie normą staje się zwyczajowy rytm dnia: praca-dom-praca. pojawiają się refleksje na temat ogólnej idei wolności i zniewolenia współczesnego człowieka.”. No i gdzieś na samym dole „Powieść filozoficzna”. Aha, książka z przesłaniem – pomyślałem. O kondycji współczesnego młodego człowieka – szczura (tego z wyścigu po kasę). W to mi graj. Trzeba to przeczytać.

Więc żeby nie być człowiekiem, o którym mówi się, że ocenia książkę po okładce (a w tym wypadku jest to określenie jak najbardziej trafne), sprawdźmy, co w treści piszczy. Tytułowy Freelancer – nazwany tutaj Iks Igrek (zabieg zapewne mający na celu zasugerowanie czytelnikowi, że naszym anonimowym bohaterem może być w dzisiejszych czasach każdy – może nawet sam czytelnik odnajdzie w nim jaką część siebie?) to trzydziestoparoletni facet, który nagle traci pracę, która była dla niego spełnieniem marzeń (a przynajmniej tak mu się zdawało), a korzystając z otrzymanych od losu przymusowych wakacji, ma chwilę na zastanowienie się nad swoim życiem i jego celem, i sensem, a przy okazji podejmuje próbę rozwikłania tajemnicę pewnej fundacji, poznając przy okazji dwudziestoparoletnią, ponętną córkę Prezesa (przypomina mi się powiedzenie, że jak Bóg zamyka drzwi, to gdzieś otwiera okno… czy jakoś tak). I w zasadzie, jak dla mnie, ta historia mogłaby nam wypełnić całą książkę, ale autor pokusił się o wplecenie jeszcze dwóch – z przeszłości naszego bohatera, na różnych etapach jego życia. Ich głównym motywem jest młodzieńcze życie wypełnione alkoholem, eksperymentami z narkotykami, „przygodami” na dzielnicy (gdyby to była rzeczywistość, to nie zdziwiłbym się, gdyby dużą część życia nasz bohater nie spędził u psychologa, bo nawet jak na młodego gniewnego, nasz bohater jest co najmniej świadkiem kilku traumatycznych wydarzeń, które na pewno musiały mocno odbić się na jego psychice).

 Mam swoje podejrzenia, co do celów takiego snucia trzech opowieści i ich uzasadnienia dla „przesłania” książki (poszukiwanie WOLNOŚCI – w świecie narkotyków, używek, w rodzaju wykonywanej pracy - Freelancera, który sam sobie szefem i panem; w poszukiwaniu CELU, który sam sobie stawiam i nikt, i nic mnie nie ogranicza) ale jak dla mnie z jednego z tych opowiadań można było całkiem zrezygnować, a rozbudować dwa pozostałe lub pociągnąć zupełnie inne wątki o których mowa w powieści (może więcej o nieudanym małżeństwie bohatera?). Jest to moje osobiste odczucie, bo starając się zachować obiektywność, muszę powiedzieć, że to, co w powieści otrzymaliśmy, mimo wszystko dobrze się komponuje i czyta, dając poczucie, że ma to wszystko jakiś głębszy sens, niż tylko to, co dosłownie wynika z treści. A treść można czytać na kilku poziomach dzięki temu, że język i warsztat pisarski autora jest bez zarzutu. Tam gdzie trzeba jest dosłownie i „z pazurem”, a gdzie indziej – metaforycznie, opisowo i „z głębszą nutką dekadencji”.

Można skupić się na treści, a nie na zawiłościach słowa pisanego. Jedyne co mi przeszkadzało w odbiorze, to element, który inni czytelnicy zachwalali – komiksowe, czarno-białe i kolorowe obrazki, uatrakcyjniające opowieść i burzące monotonię ciągłego czytania. Pomijając kwestie artystyczne, bo to kwestia gustu, to rzeczywiście burzyły monotonię, ale i … takie poczucie doskonałości. Dla mnie nie miały sensu i praktycznie przy każdym musiałem się zastanowić i zadać pytania: Ale jak to się wiążę z czymkolwiek, co właśnie przeczytałem? Po co? To w żaden sposób nie wnosi nic do treści?. Tak zobaczyć brylant i podziwiać jego szlif, ale już po wzięciu do ręki pod palcami czuć jakieś wypukłości, jakieś rysy. Psuje to efekt. Na szczęście nie ma tego wiele, ale następnym razem jak autor będzie chciał uatrakcyjnić graficznie swoją powieść, to jak dla mnie to co zaserwował nam w tej powieści, nie jest dobrym rozwiązaniem”.

„Freelancer” jest pozycją godną uwagi. I niech nie wystraszy, przynajmniej co poniektórych z Was, to górnolotnie brzmiące stwierdzenie, że jest to „Powieść filozoficzna”. Dobrze - jest, ale jest to też przede wszystkim ciekawa i wciągająca historia, w której autor w sposób nie moralizatorski i nie nachalny, przemyca rozmyślania na temat problemów współczesności. W zasadzie trudno mi jest wskazać, co jest w niej takiego niezwykłego, ale „coś” w niej jest. Nazwijmy to takim „literackim seksapilem”. Są kobiety, które nie są jakoś specjalnie ładne czy interesujące, ale nie mogą się odpędzić od mężczyzn, gdyż mają „to coś”. Z tą książką też tak jest, przynajmniej w moim uznaniu. Nie postawił bym jej na podium, ale coś w sobie ma. Coś co sprawia, że ja, jeszcze długo po jej przeczytaniu nie mogłem przestać o niej rozmyślać i analizować, co też autor miał na myśli lub jak to się odnosi do mnie i mojego życia. Polecam więc tę książkę wszystkim tym, którzy nie boją się zadawać sobie tego typu pytań (a raczej nie boją się usłyszeć na te pytania odpowiedzi). Nie zdradzę jak powieść się kończy, i czy bohater w końcu odnajduje swoją misję i sens w życiu, ale na pewno czytelnik po skończeniu tej książki będzie mógł powiedzieć, że ona sama dużo sensu w sobie ma.   

Autorem recenzji jest Piotr Śliwiński

środa, 20 czerwca 2012

Syn Hamasu - recenzja


„Musab Hasan Jusuf - syn szajcha Hasana Jusufa, jednego z siedmiu założycieli Hamasu – organizacji terrorystycznej odpowiedzialnej za liczne zamachy samobójcze i ataki wymierzone w Izrael. Pomimo ścisłych związków z kierownictwem Hamasu Musab zgodził się na współpracę z Izraelczykami, aby ocalić życie tysięcy niewinnych ludzi. Kilkuletnie poszukiwania duchowe doprowadziły go do radykalnego zrewidowania poglądów, porzucenia islamu i wyznania wiary w Jezusa Chrystusa.

W zasadzie na podstawie tego fragmentu można by wnioskować, że mamy do czynienia z kolejną powieścią sensacyjno-szpiegowską, okraszoną dla odmiany nie wątkiem miłosnym, ale religijnym. Oto młody terrorysta, pod wpływem traumatycznego przeżycia przeżywa katharsis i odkrywa, że jego dotychczasowe życie oparte było na kłamstwie, a los stawia go przed wyborem i porzuca on swoją wiarę, rodzinę i przyjaciół, by stanąć po drugiej stronie barykady i podjąć heroiczne, acz niebezpieczne i ściśle tajne zadanie pomocy swoim dotychczasowym wrogom - Izraelczykom, w walce z terroryzmem, aby uchronić niewinnych i ocalić samego siebie. Wszystko to nabiera jednak nowego wymiaru, kiedy dorzucimy do tego informację, że jest to historia oparta na faktach (znowu sprawdza się stare powiedzenie, że życie samo pisze najlepsze scenariusze),  a jej ciąg dalszy pisze się każdego dnia trwania konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Ogół ogółem, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Warstwa, nazwijmy go thrillera politycznego to tylko jedna i chyba wcale nie najważniejsza płaszczyzna na jakiej tę książkę należy odbierać. Są jeszcze dwie inne. Nie zdziwi na pewno (w końcu to biografia), że przede wszystkim jest to historia człowieka - Musaba Hasana Jusufa, który wychowywany w duchu islamu, uczony nienawiści do Izraela, w dodatku potomek jednego z założycieli Hamasu – organizacji uznawanej przez większość państw i organizacji zachodnich, za organizację terrorystyczną, w pewnym momencie życia, dochodzi do wniosku, że droga którą wybrało całe jego otoczenie – śmierci i przemocy, nie prowadzi do niczego dobrego, a religia i zasady które mu wpajano od najmłodszych lat, nie służą niczemu innemu, jak tylko do usprawiedliwiania terroru i okrucieństwa. Jego niezwykła stopniowa ideologiczna i religijna metamorfoza może nie obala całkowicie teorii, że o charakterze człowieka decyduje wpływ środowiska, ale na pewno daje nadzieję, że jeśli są przypadki, że będąc wychowanym w hermetycznym i konserwatywnym otoczeniu można mimo wszystko wyrosnąć na porządnego człowieka (porządnego oczywiście w naszych oczach – wielu rodaków bohatera widzi w nim najgorszego zdrajcę i wroga), to może każdy z nas jest w stanie się zmienić na lepsze. I niesie być może niesie nieco romantyczne przesłanie, że w życiu najważniejsze jest to, aby być szczęśliwym, trzeba robić to, w co się wierzy.

Druga warstwa książki, to spojrzenie ogólnie na problem konfliktu izraelsko–palestyńskiego, oczami nie tylko Palestyńczyka-szpiega, będącego w samym centrum wydarzeń i dysponującego informacjami z obu stron konfliktu, ale także wyznawcy islamu, który przeszedł na chrześcijaństwo. Oczywiście jest to spojrzenie subiektywne (bo czy możliwe jest mówienie o takich sprawach, zwłaszcza w kwestii religii i wierze w sposób obiektywny?), ale nie oznacza to, że mniej cenne niż wywód profesora, żołnierza czy eksperta. Zdaniem autora religia odgrywa w całej tej historii decydujące znaczenie, a przyczyny etniczne i terytorialne konfliktu, to tak naprawdę już nikogo nie interesujący aspekt pro forma, usprawiedliwiający mordowanie nie-muzułmanów. Islam jest tu niewątpliwe zły i wbrew temu, co się często powtarza, zdaniem Musaba, nie jest to religia pokoju i miłości, ale cierpienia i przemocy. I choć ta nienawiść spaja i integruje świat arabski przeciw wspólnemu wrogowi, to ostatecznie będzie przyczyną upadku muzułmanów, bo nawet w razie zwycięstwa (cokolwiek by ono znaczyło – własne państwo, zniszczenie Izraela i kultury zachodu) wkrótce znajdzie sobie nowy cel, a Islam zamiast przynieść upragniony spokój i miłość jej wyznawcom, przyniesie tylko więcej cierpienia. Musab szuka rozwiązania w innej religii – chrześcijaństwie – Jezusie i naukach Pisma Świętego, choć sam chwilę potem stwierdza, że w rozwiązaniu problemu bliskowschodniego „nie pomoże żadna religia”. Potrzebne są do tego przede wszystkim Prawda i Przebaczenie, bo „jeżeli zależy nam na pokoju między Izraelczykami i Palestyńczykami, nie chodzi o to, by znaleźć rozwiązanie.

Wyzwanie polega na tym, by być tym pierwszym, który odważy się owo rozwiązanie przyjąć i zastosować” – a do tego, trzeba umieć wybaczać, nauczyć się nadstawiać drugi policzek i kochać bliźniego swego, jak siebie samego, a jeśli już być fanatykami religijnymi, to tylko fanatykami miłości. Może odnoszę trochę wrażenie, że Musab zachłysnął się nową religią i równie intensywnie przeżywa chrześcijaństwo co jego bracia Palestyńczycy przeżywają  Islam, ale może mówię to z perspektywy pseudo-katolika, wierzącego wybiórczo, a to co dla mnie jest przejaskrawione (epatowanie bohatera swoją nową wiarą i doszukiwanie się boskich interwencji, często umniejszając przez to swój wkład i pracę), tak naprawdę jest normalne i tak powinna wyglądać wiara, a z nas dwojga to mnie brakuje wiary, a nie on ma jej za dużo. Droga Musaba to przy okazji więc nie tylko okazja na spojrzenie znaczenia religii w konflikcie bliskowschodnim, ale w życiu człowieka w ogóle. I być ta książka nie tylko stanowi przesłanie dla muzułmanów, aby „się opamiętali”, ale także dla chrześcijan, aby może spojrzeli na swoją własną wiarę i zastanowili, czy ją rozumiemy i realizujemy tak, jak powinniśmy, by stawać się lepszymi ludźmi.

Książka jest ogólnie dobra. Szkoda tylko, że tak krótka. Zapewne niełatwo jest opowiedzieć życie człowieka, nawet jeśli „tylko” trzydziestoparoletniego, na zaledwie ok. 270 stronach. I to życia bardzo intensywnego. Dla mnie jednak historia jest kompletna. Można by pewnie pomarudzić, że wątki mogłyby być bardziej rozbudowane, postacie drugoplanowe opisane bardziej szczegółowo, i w ogóle więcej, mocniej i szybciej, ale zarówno poszukiwacze emocji – tak dobrych jak i złych, filozofowie i religioznawcy, jak i osoby lubujące się w intrygach polityczno-szpiegowskich mocno doprawionych brutalną i bezsensowną przemocą, na pewno uznają książkę za godną uwagi.

Należy także docenić, że autorzy pamiętali, że nie każdy jest arabistą czy ekspertem od spraw islamu i nawet jeśli słyszał o Strefie Gazy czy Hamasie, nie musi znać szczegółów (a jego wiedza niekoniecznie musi być prawdziwa). Oprócz standardowych przypisów mamy także słowniczek pojęć, indeks najważniejszych osób i kalendarium najważniejszych wydarzeń. Trudno jest się skupić na merytoryce, kiedy grzęźniemy na etapie próby zrozumienia kto jest kim i jakie jest jego rola w całej historii. Powyższe „pomoce” bardzo ułatwiły mi odbiór, a gdyby nie one, dwie inne osoby, z którymi o książce dyskutowałem, otwarcie przyznały, że pewnie w ogóle by jej nie przeczytały, bo najzwyczajniej w świecie nie mają czasu siedzieć z książką przy komputerze i szukać wyjaśnień w Wikipedii.

Jusuf nie łudzi się, że jego książka dokona cudu i zmieni świat. Może nawet paru osobom zaszkodzi, w tym jemu samemu, bo ściągnie na siebie gniew swoich rodaków. Chyba najlepiej traktować ją jako jego spowiedź i próbę rozliczenia z przeszłością, którą przy okazji czyta się jak dobry thriller. A co to oznacza dla czytelnika? Cóż, może tak jak on kiedyś odnalazł wiele wskazówek i odpowiedzi na swoje pytania w historii Jezusa z Nazaretu, może i czytelnik w jego historii znajdzie trochę odpowiedzi na pytania dotyczące życia swojego.

Recenzję napisał: Piotr Śliwiński


Książkę do recenzji otrzymaliśmy od:



poniedziałek, 28 maja 2012

Żona Tygrysa - Téa Obreht - recenzja


Na wstępie zasmucę fanów boksu zawodowego  – „Żona Tygrysa” bynajmniej nie jest biografią żony polsko-niemieckiego pięściarza, Dariusza „Tygrysa” Michalczewskiego (no chyba że tylko ja miałem takie skojarzenie pierwszy raz stykając się z tytułem książki, i nie ma kogo zasmucać). Jest to powieść o … no właśnie nie wiem. Przeczytałem i do końca nie jestem przekonany o czym. Znaczy coś tam się, jakby przez mgłę, jawi w mojej głowie, ale bez jakiegoś konkretnego kształtu. Pozwólcie, że zacytuję informację od wydawcy:
„Żona tygrysa jest opowieścią, którą po prostu należało opowiedzieć. Aura tajemniczości, bałkański folklor i posępny obraz wojny domowej wplecione w pasjonującą sagę rodzinną. Téa Obreht intuicyjnie wyczuwa, jak poprzez mit dotknąć najciemniejszych zakamarków ludzkiej duszy i jej lęków, i jak z całą mocą pisać o życiu i śmierci. Jeśli w dzieciństwie czytaliście bajki, pokochacie tę książkę.”
Nie martwcie się, jeśli po przeczytaniu tego fragmentu nie będziecie w stanie 5 minut później z pamięci wytłumaczyć znajomemu o czym jest ta książka. Ja nawet po jej przeczytaniu tego nie wiem. Ale czy to znaczy że książka jest zła? Ktoś, kto uważa, że dobra powieść obowiązkowo musi mieć solidną historię, powie, że książka dobra nie jest. W sumie ja tak do tej pory myślałem. Ale chyba muszę zweryfikować swoje poglądy w tej kwestii. Bo książka jest dobra, na swój pokręcony, fantastyczny i bajkowy, choć czasem męczący i irytujący, sposób. Bo jej się nie tłumaczy. Ją się po prostu czuje.

Natalia jest młodą, dobrze zapowiadającą się lekarka, żyjącą w jakimś bezimiennym bałkańskim kraju, który próbuje stanąć na nogi po wieloletnich wojnach. W pewnym momencie swojej medycznej kariery wyrusza z misją dowiezienia szczepionek dla sierocińca przyklasztornego leżącego po drugiej stronie nowo ustalonych granic. W międzyczasie w dziwnych okolicznościach umiera jej dziadek – przyjaciel, mentor i człowiek, który w dużym stopniu wpłynął znacząco na jej życie. Korzystając z okazji, że cel podróży leży niedaleko miejsca śmierci jej dziadka – miejscowości Zdrevkovo, Natalia wyrusza w podróż by odzyskać rzeczy zmarłego, ale przede wszystkim zrozumieć, jakie były okoliczności jego odejścia. A jak zwykle w tego typu przypadkach bywa, kluczem do zrozumienia człowieka, jest poznanie jego przeszłości. Dziadek Natalii na szczęście był gawędziarzem i dlatego, choć także z innych przyczyn, zadbał o to, by pamięć o nim przetrwała w sercu i umyśle swojej wnuczki, w formie baśniowo-fantastycznych opowieści, które ta musi teraz przywołać, by odkryć prawdę o nim i przede wszystkim o sobie.

Fabułę książki tworzą dwie takie, dziadkowe opowieści: o tytułowej Żonie tygrysa i o Nieśmiertelniku. Autorka, ustami Natalii, snuje je teraz na łamach swojej książki. Wykorzystując niezwykle żywy i plastyczny język i wplątując całe bogactwo kultury, mitów i przesądów ludowych, nie tylko nadaje im baśniowy charakter, ale także wprowadza do nich „drugie dno” – rozważania o życiu i śmierci, o strachu, zabobonach, a także, w mniejszym stopniu, o wojnie i cierpieniu. W tym wypadku zgodzę się  ze stwierdzeniem, że autorka potrafi „dotknąć najciemniejszych zakamarków ludzkiej duszy i jej lęków, i (…) z całą mocą pisać o życiu i śmierci”. Robi to bardzo subtelnie i zmyślnie, bo raczej musimy się domyślać i odkrywać co w tych historiach jest prawdą, a co jedynie efektem wyobraźni, i co z tego dla nas i dla świata wynika.

 Czasem Natalia, czasem kto inny, poda nam na tacy jakąś mądrość, jakieś przemyślenie, ale to tak jak z naszymi snami – czasem rozumiemy je bez problemu, wprost, ale przez większość czasu trzeba się mocno nagłowić, aby zrozumieć, co nasza podświadomość próbuje nam powiedzieć. Zazwyczaj jednak zdobyta wiedza warta jest wysiłku i sądzę, że tak samo będzie w przypadku tej powieści – najcenniejsze będą te przemyślenia, do których czytelnik dojdzie sam – nawet jeśli nie będą one takie, jakimi były w zamyśle autorki. Należy jeszcze dodać, że oczywiście sama Natalia też ma swoją historię i tak naprawdę mamy tu trzy przeplatające się opowieści, ale historia lekarki jest w rzeczywistości tłem (czy może spoiwem dla dwóch pierwszych), a sama kobieta jest jednak bardziej narratorem niż bohaterem, choć i ona ma pewne swoje „przygody”. Natalia w końcu pojmuje wiele faktów i ostatecznie wiele dowiaduje się o sobie, dziadku i świecie, ale w porównaniu do ilości miejsca, jakie poświęcono wielu innym opisanym na kartach powieści osób, pozostaje postacią bardzo niedowartościowaną i jednowymiarową. A szkoda.

Prowadzenie równolegle trzech de facto odrębnych historii, to nie lada wyzwanie. Książkę należy czytać bez przerw, jako że przeplatające się trzy różne rzeczywistości i oniryczny charakter dwóch z nich powodują, że po dłuższych przestojach bardzo trudno jest „wbić” się powtórnie w nastrój i łatwo zgubić wątek. Wielowątkowość i obserwowanie tak naprawdę trzech różnych historii może powodować pewne zagubienie. Ja osobiście miałem problemy z nadążaniem, ale jakimś sposobem autorka domknęła wszystkie wątki i z ostatnimi stronicami te trzy różne światy przeplatały się już na tyle ściśle, że całość nabrała sensu. Ta książka to taka mapa do skarbu piratów, którą podzielono na trzy części – pojedynczo coś tam na nich widać, ale dopiero połączone nabierają nowego, prawdziwego znaczenia. Ci, którzy wytrwają i nie zrezygnują po pierwszych kilkudziesięciu stronach, na pewno się nie zawiodą. Ale nawet gdyby ktoś zawiedziony się jednak znalazł, to moim zdaniem Żona tygrysa i Nieśmiertelnik, są na tyle niezwykłe i wciągające same w sobie, że po mogłyby być spokojnie wydane jako odrębne nowele. I nawet jeśli książka nie przypadnie do gustu, to na pewno t dwie historie tak czy siak pozostaną w pamięci, co jest niezwykle (przypadkowo lub celowo) zbieżne z przesłaniem – pamięć o nas pozostanie nie w całości, w każdym najdrobniejszym szczególe, ale właśnie w takich pojedynczych, ale niezwykłych historiach.

Nie ułatwia nam życia autorka także poprzez bardzo niekiedy dokładne i szczegółowe opisy miejsc i ludzi. Chociaż plusem tego jest niewątpliwie fakt, że moja wyobraźnia sama malowała sceny z książki - niemalże z automatu, bardzo płynnie słowa przekształcały się w obrazy. Minusem – że momentami było to po prostu nużące, ale co gorsza – książka nabierała pewnej ciężkości, której nie powinno być w powieści opartej na ulotnych, sennych i mglistych wspomnieniach. Ogólnie odniosłem wrażenie, że spokojnie książka mogłaby być o kilkadziesiąt stron krótsza, bez straty na jakości. Ale trudno ocenić czy książka posiada swój urok i czar pomimo tego, czy może właśnie dlatego, że opisom poświęcono tyle miejsca, ile poświęcono.

Ogólnie nie żałuję czasu spędzonego nad powieścią. Za wcześnie, żeby mówić, że odmieniła moje życie, ale raczej będę skłonny twierdzić, że trochę dobrego do niego wniosła – przynajmniej na płaszczyźnie duchowo-intelektualnej. Ale wiecie czemu sięgnę po następną powieść autorki? Ujmę to w ten sposób – prawie od początku oglądam TVN-owski serial W11 [nie, TVN nie zapłacił mi za reklamę ]. Pamiętam, że pierwszy raz pojawił się na antenie, posypała się fala krytyki, że grający w nich aktorzy (właściwie to nie aktorzy, a ludzie z castingu, w tym prawdziwi policjanci) są sztuczni, drewniani jak Pinokio i w ogóle amatorszczyzna jak się patrzy. No i tak było w rzeczywistości, nie da się ukryć. Z jednak czasem główni bohaterowie rozwinęli się na tyle, że dzisiaj, po latach, to już prawie profesjonalni aktorzy.

 Prawdziwą przyjemnością było patrzenie jak Ci naturszczycy, przez te lata uczą się, rozwijają, stają się co raz bardziej wiarygodni i opanowują sztukę występowania przed kamerą. Ale – tak jak w książce – to co widzimy, to tylko pierwsze dno. Bo jest też w tym wszystkim dla nas wszystkich lekcja – nie każdy rodzi się z wielkim talentem, ale pracą i wytrwałością da się osiągnąć to, co na razie wydaje się niemożliwe. W takim kontekście widzę Téę Obreht – młoda autorka, która ma bardzo dobry warsztat i wyobraźnię. I będzie wspaniałą pisarką w przyszłości, a jej powieści z czasem będą stawały się co raz lepsze, w miarę jak będzie zdobywała doświadczenie – tak pisarskie, jak i życiowe.  Obserwowanie, jak szlifuje swój talent, jak kolejne powieści spod jej ręki są co raz doskonalsze, będzie zapewne niemałą przyjemnością, a kiedyś, gdy autorka będzie sławna i osiągnie swoje szczyty, my będziemy mogli powiedzieć, że: „Ja ją czytałem zanim stałą się sławna” (a niektórzy mogą dodać: „… bo mam do tego nosa i rozpoznaję talenty pisarskie. ”). Bo tak samo jak niezwykłym przeżyciem jest dorastanie razem z bohaterem ulubionej powieści (jak np. Harrym Potterem), myślę, że równie będzie niezwykłym przeżyciem dojrzewanie razem z jej autorką.

Recenzję napisał dla nas: Piotr Śliwiński

Książkę otrzymaliśmy do recenzji od:


sobota, 1 października 2011

Diabelskie nasienie - Frances Reilly - recenzja



Kiedy pierwszy raz przeczytałem tytuł książki: „Diabelskie nasienie.Zakonnice zmieniły nasze życie w piekło” , odniosłem wrażenie, że tak właśnie mógłby się nazywać program z cyklu „Uwaga” lub „Sprawa dla reportera”. Kolejny szokujący i zazwyczaj mocno subiektywny materiał na temat przerażających praktyk prowadzonych pod dachem jakiegoś kościoła lub zakonu. I jak się z czasem okazało, nie pomyliłem się bardzo w moim pierwszym wrażeniu, bo opowieść, będąca pewną formą autobiograficznej spowiedzi autorki , to bardzo osobista podróż do pełnego przemocy i okrucieństwa dzieciństwa Frances Reilly i jej sióstr. A z racji jednostronnego dialogu i bardzo kontrowersyjnego tematu, książka szokuje i być może (o czym wspomina autorka) stanowi element terapii mającej przywrócić ją do normalnego życia (a raczej nauczyć jej, że coś takiego jak normalne życie istnieje), ale jednocześnie niczym innym się pochwalić nie może.

Tak naprawdę trudno jest mi napisać cokolwiek o tej książce, bo nawet biorąc pod uwagę, że liczy ona sobie prawie 300 stron, to odniosłem wrażenie, że przeczytałem artykuł prasowy w jakimś tabloidzie. Rzeczywiście nie sposób nie zauważyć, że książki nie pisała osoba zawodowo się tym zajmująca. Język jest prosty, nie ma tutaj jakichś bardziej rozbudowanych opisów, postacie się proste i jednowymiarowe, a świat ogólnie czarno-biały. Jak gdybyśmy czytali kolejne rozdziały pamiętnika (choć w tym wypadku to chyba właśnie tak miało wyglądać).

Co do opowiedzianej historii, to trudno mi się do niej odnieść. Ponoć pisana na faktach, ale jak już wspomniałem, faktach widzianych oczami dziecka i na dodatek nie popartych żadnymi innymi dowodami. Niemnie jeśli choć tylko część tej opowieści jest prawdziwa, to obraz zakonnic i klasztornego życia sierot z sierocińca Ubogich Sióstr z Nazaretu dosłownie woła o pomstę o nieba. Niemal każda historia w książce opowiedziana to opis brutalnych sióstr, nieczułych matek, seksualnych dewiantów, okrutnych policjantów, zdrady itd. W pewnym momencie poczułem jakiś przesyt i zacząłem wątpić co do prawdziwości tej historii. Tyle w niej tragedii, że mogłaby on posłużyć do napisania jeszcze kilku powieści. Nie mam oczywiście możliwości zweryfikowania słów autorki, a nawet sam przypominam sobie podobne historie z naszego rodzimego podwórka, ale jak dla mnie cała ta książka jest tylko jednym wielkim pokazem przemocy i okrucieństwa, ale bez jakiejś głębszej refleksji. Oczywiście nie wymagam filozofii na temat jej natury czy przyczyn, ale nie jestem w stanie zrozumieć (prócz tych powodów wspomnianych we wstępie) czemu miało służyć jej wydanie. Choć uświadomiłem sobie jedną rzecz dzięki temu wszystkiemu – że przemoc występuje codziennie w otoczeniu każdego z nas. I może tak jak mi trudno było uwierzyć w nią w tej książce, może taka natura jest natura człowieka – że dzieje się tyle zła, że na tyle okrucieństwa jest przyzwolenie, bo trudno jest nam uwierzyć, że takie historie mogą w ogóle mieć miejsce. Że człowiek (a już nie wspomnę o zakonnicach czy innych duchownych, którzy powinni być wzorem duchowym i moralnym) może drugiemu człowiekowi zgotować piekło na ziemi.

Podsumowując, książka byłaby na pewno o wiele ciekawsza, gdyby zaangażowało się do niej więcej osób, a przy jej powstawaniu choć w minimalnym stopniu postarano się o nagromadzenie jakichś obiektywnych dowodów (może jakieś wycinki prasowe, może opinie psychologów) na potwierdzenie zawartych w niej bardzo poważnych oskarżeń. Jak głosi tekst w środku – wszystkie wydarzenia są prawdziwe. To dobrze, ale ja prawdziwe wydarzenia oglądam na co dzień w dzienniku – od książek wymagam nieco więcej niż tylko suchych faktów. Może będąc bombardowanym na co dzień podobnymi historiami przez telewizję i Internet zrobiłem się trochę nieczuły i podejrzliwy, ale ogólnie książka mnie nie porwała, choć na pewno spodoba się osobom o poglądach antyklerykalnych i anty katolickich. Ale ja się do takich nie zaliczam i podejrzewam, że szybko popadnie ona w zapomnienie.

Autor recenzji: Piotr Śliwiński

Książkę otrzymaliśmy od PWN: