Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna słocińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna słocińska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 lipca 2014

Leokadia w Krainie Czarów - recenzja

Dawno nie czytałam tak wulgarnej książki, a właściwie nie książki a książeczki, bo „Leokadia w Krainie Czarów” liczy jedynie 160 kilka stronic. Nie tyle też wulgarnej ze względu na umieszczone w niej opisy a na natężenie słów wulgarnych.

Powieść zdaniem autorki jest jej „prawie” debiutem, stąd też można wybaczyć młodej literatce niepohamowanie w stosowaniu słów niecenzuralnych. Przeklinać trzeba po prostu umieć. Nie wystarczy wpisywać słów między inne, a trzeba je wpasować, by znaczyły, choć były niemal niewidoczne.

Książka o której między miłośnikami gatunku fantasy (konkretnie urban fantasy) głośno było jeszcze nim się ukazała, pojawiła się na rynku stosunkowo niedawno. Wydało ją – całkiem ładnie zresztą – Wydawnictwo Novares. Powieść kusi delikatną i subtelną okładką, ale niestety odpycha nieco pogmatwaną treścią. Rażą również nagminne anglojęzyczne wtrącenia, które dodatkowo rozpraszają czytającego. Negatywny wydźwięk ma też stosowanie zbyt wielu wielkich liter w środku zdania – oznaczają i nazywają za jednym zamachem. Nie wiem czy pomagają, ale na pewno pozwalają się bezbłędnie zgubić w akcji. Podobnie, jak sytuowanie akcji raz w „jestem”, raz w „byłem”.

Główną postacią książeczki, jest wreszcie dorosła Leokadia, która choć przyszła na świat w zupełnie normalnej, kochającej się rodzinie, została zmuszona do zmierzenia się z brutalnością Krainy Czarów. Nim tutaj trafiła, dowiedziała się o Krainie wielu rzeczy. Niestety żadna z nich się nie sprawdziła. Lea została Rządzoną, zaś jej kuzynka Daniela – od zawsze bardziej kochana przez babkę – Rządzącą. W jednej chwili Leokadia przestała czuć się bezpiecznie, straciła też ostatnią nić przyjaźni łączącą ją niegdyś z Danielą.

Aby trafić do Krainy, trzeba było otrzymać tzw. Znaki. To one miały późniejszy wpływ na dalsze życie danej osoby. Lea dzięki nim stała się postacią niebywale potężną, ale jako, że trafiła na sam spód drabiny, musiała walczyć o każdy oddech pokonując przerażające wyzwania. Miejsce, w którym bohaterka musi walczyć o siebie, do złudzenia niestety przypomina świat Katniss z „Igrzysk śmierci”. Obie książki niestety napisane zostały jednak na różnych poziomach.

Katarzyna Słocińska

                                                               Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Imperium Wielkiego Kota - recenzja

Czytanie książek i książeczek dla dzieci przez osoby dorosłe, powinniśmy uważać za nie tylko przyjemność, ale i rodzicielską powinność. Co raz to nowe, kolorowe bajki i opowieści starają się przykuć uwagę zarówno tych najmłodszych, jak i ich rodziców. Okładki i sympatyczne na nich umieszczone opisy, niekoniecznie wiele o książce mówią.

„Imperium Wielkiego Kota” to dość sympatyczna opowieść o przygodach kotów domowych, jak i tych, dla których domem są śmietniki oraz piwnice. Teresa Kuklik stara się pokazać dzieciom, iż te jakże tajemnicze zwierzątka nie tylko wylegują się na kanapach czy biegają za myszkami, ale prowadzą życie niczym nie różniące się od życia nas, ludzi. Otóż koty wykreowane w opowieści należą do dwóch ekip: Imperium i Gangu. Zaś terytoria obu drużyn dzieli wysoki i gruby mur, po którym od czasu do czasu przechadzać lubi się Księżniczka. Każdy z kotów ukazanych w bajce, jest inny – jedne spokojne i ufne, inne pełne werwy, gotowe wbić pazury w czyjeś futerko. Kocich charakterów jest tutaj moc, zaś głównymi postaciami uczyniła pisarka leniwego Gawrona oraz Filipa. Indywidualiści w prążki, łatki albo jednobarwni, to doskonali bohaterowie dziecięcych książeczek.

Sama opowieść nie jest zła. Przeciwnie – jest niezwykle frapująca. Wprawia czytelnika w zadumę, ponieważ przez cały czas coś się w naszym miasteczku dzieje. W pewnym momencie tytułowy Wielki Kot zostanie zmuszony do wzięcia spraw w swoje łapki. Otóż Imperium zostanie podburzone i nikt inny, jak Wielki będzie musiał zadbać o to, aby żaden z jego kocich kumpli, nie zechciał pogwałcić utartych – i do dziś akceptowanych – prawd i zasad. Okaże się więc, iż świat posiadających cztery łapki zwierząt, wcale nie jest nudny i nie ma w nim żadnej monotonii. Wiele się tu dzieje, a co za tym idzie, wiele potrafi się w jednej chwili skomplikować. W jednym dniu koty będą zmuszone zmagać się tylko z codziennością, w innym codzienność stanie się niemal niezauważalna w porównaniu w nowym jutrem.

„Imperium Wielkiego Kota” to nie tylko opowieść godna uwagi ze względu na kocie wojny, ale także ze względu na jedyną w swoim rodzaju sposobność przyjrzenia się kotom podczas innych, niż wojenne i codzienne przygody. Zobaczymy ich w operze, albo w cyrku, czyli tam gdzie nam znani pupile, raczej nie chadzają. My znamy koty tylko z jednej strony, tzn. karmimy naszych kanapowych przyjaciół, gratulujemy im kolejnej upolowanej myszki, wsłuchujemy się w kocie zaloty często podobne do płaczu małych dzieci. Słowem zajmujemy się tym, co mamy możliwość zobaczyć czy usłyszeć. Tego jednak, co milusińscy robią poza naszym wzrokiem, nie wiemy. Autorka pokazuje jednak, że to właśnie wtedy te urocze futrzaki, smakują życie.

Autorka karmi czytelników doskonałym słownictwem. Zdania są w dużej mierze rozbudowane a to w połączeniu z wyszukanym zasobem słów, może… rozczarować co niektóre dzieci. Na okładce znajduje się informacja, dla jakiej grupy wiekowej, książeczka ta została przeznaczona. Niestety ciężko jest się z w pełni zgodzić z wiadomością, że powieść Teresy Kuklik przeznaczona jest już dla dzieci siedmio- ośmioletnich. Wartka i dość zagmatwana akcja, niemal białe, pozbawione ilustracji karty książki, niekoniecznie przyciągają uwagę młodego czytelnika. Dużym plusem jednakże są dość grube kartki, które nie tak łatwo dadzą się podrzeć, albo zagiąć. Dobrym rozwiązaniem jest i gruba, błyszcząca okładka.
 
Kasia Słocińska 

Za książkę dziękujemy:

W niewoli seksu - K.S. Rutkowski

Dwanaście ostrych, kilkustronicowych utworów zebranych w zbiór „W niewoli seksu” to naprawdę garść dobrej prozy męskiej, której tworzeniem zajmuje się K. S. Rutkowski autor m.in. „Kryminału tango” oraz „Chińskiego ekspresu”.

Porównywany do Marka Hłaski autor „W niewoli seksu” ukazuje dwunastu mężczyzn, których różni właściwie wszystko poza jednym – mają wspólny cel, który starają się osiągać możliwie często: seks. Akcja opowiadań toczy się w różnych miejscach – od barów, po wagony pociągu. W każdym z tych miejsc, mężczyzna może spotkać kobietę z którą będzie chciał przeżyć kilka wzniosłych chwil. Przygody do jakich dążą wyzwoleni bohaterowie, zawsze mają dość niecodzienne zakończenia, stanowić więc mogą pewnego rodzaju przestrogę dla panów, którym doznania z własną partnerką wydają się zbyt monotonnymi czy nudnymi. Rutkowski nie potrzebował nazywać swoich „apostołów seksu”, bowiem są oni jedynie wyobrażeniami tysięcy nienasyconych kawalerów, mężów i wdowców.

Z jednej strony wydawać się może, iż w tak krótkiej książce zbyt często pojawiają się wulgaryzmy, zaś sam język jest zbyt banalny. Z drugiej zaś strony wszystkie te zabiegi, wydają się być naprawdę poprawnie dopasowanymi, bowiem język jakim porozumiewają się panowie, zazwyczaj jest prosty i pozbawiony wysublimowanych określeń. Mężczyźni choćby i znali tysiące słów, będą dążyli do szeroko pojętej minimalizacji i ekonomii języka, dlatego też użyją tych najpopularniejszych i najbardziej niezbędnych określeń. Nade często mówią wprost, nie koloryzują, ani też nie owijają w bawełnę. Potrafią dyskutować między sobą budując zdania złożone z 90 % wulgaryzmów, stąd też śmiem sądzić, iż dawka prozy, jaką serwuje nam Rutkowski, jest „czysto męska” i prawdziwa. Panowie z opowiadań, mieliby więc rację bytu, gdyby wyjąć ich spoza ram książki K.S. Rutkowskiego.

Opowiadania te są przesiąknięte szczerością i chociaż są dość brutalne, są też realistyczne. Owładnięci seksem panowie, mają już najczęściej partnerki życiowe, żony i dzieci a mimo to będąc poza domem, jak chociażby bohater „Amerykańskiego rżnięcia”, zdolni są każdego dnia zdradzać swoje ukochane. Wcale też nie muszą się zakochać – oni po prostu potrzebują zaspokoić swe męskie żądze, uśpić na kolejną dobę swe natury. Często wikłają się w skomplikowane relacje, z których niekoniecznie to oni wychodzą z podniesioną do góry głową. Bywa, że zostaną potraktowani jak męskie prostytutki, ale i może zdarzyć się coś znacznie gorszego („Reinkarnacja”). Rutkowski nie pisze o miłości i pewnie dlatego, zdołał zmieścić tyle opowiadań w tak niedużej książce. Jego zbiór opowiada tylko i wyłącznie o seksie, a zwłaszcza o jego konsekwencjach. Dość też stereotypowo pokazuje nam, iż panowie nie są obojętni na kobiece wdzięki, ani słowa. Aby się o tym przekonać, warto zajrzeć do opowiadania zatytułowanego „Coś o męskiej naturze”.

Świetny i wciąż świeży obraz męskiej natury.

Kasia Słocińska

Za książkę dziękujemy:

 

Skloty i reszty świata” Agnieszki Gadzińskiej - recenzja

Co jakiś czas, pracując w bibliotece zerkałam na półki z książeczkami dla najmłodszych i o zgrozo, przyszło mi stwierdzić, że poza kilkoma ledwie książeczkami, nic ciekawego i mądrego nie ma. Ucieszyłam się więc, gdy przyszło mi poznać sympatyczną „Sklotę i resztę świata”.

Książeczka ta, wydana została przez Wydawnictwo Skrzat i jest naprawdę przeznaczona dla najmłodszych. Nie jest to tylko kolejna kolorowa, pstrokata opowieść, ale pełen przygód i bajeczności zbiór ośmiu opowiadań o dziewczynce o imieniu Sklota. Nasza bohaterka jest sześcioletnią, rezolutną uczennicą a jej największą przyjaciółką jest Matylda. Dziewczynki łączy głęboka przyjaźń. Wszystkie przygody przezywają wspólnie, wszystkim się ze sobą dzielą. Stanowią wzór prawdziwej przyjaźni, choć także są i otwarte na inne koleżanki i kolegów.

Kolejną postacią wykreowaną przez Agnieszkę Gadzińską, jest sympatycznych acz nieco wyliniały kocur o imieniu Kaktus. To naprawdę nietypowa postać, jak na kota, ponieważ potrafi swobodnie porozumiewać się ze Sklotą i Matyldą. To kocisko o umiejętnościach poetyckich z bardzo wybujałym ego. Jak się okaże, ma także wrażliwe serduszko, które zacznie bić nieco szybciej na widok pewnej białej koteczki o zadziwiająco podobnym do jego własnego imieniu.

Autorka porusza wiele ważnych zagadnień z tzw. „świata dorosłych”, które małe bohaterki za pomocą swoich przygód, starają się pomóc zrozumieć młodym czytelnikom. Przede wszystkim postarają się rozwikłać sprawę kompleksów i w tym też celu udadzą się do sklepu, by je nabyć. Są przecież małymi kobietkami a skoro każda kobieta ma kompleksy, to i one muszą je mieć. Czytając „Sklotę i resztę świata, dowiemy się także co to jest kompostownik i jakich korzyści będzie od niego oczekiwał Kaktus. Ponadto dziewczynki spróbują rozwikłać czym jest plagiat i co ma on wspólnego z kuzynkami Matyldy, które są bliźniaczkami.

Kiedy natomiast do sąsiedniego domu wprowadza się nowa rodzina, bohaterki książeczki dostrzegą bystrymi oczkami, iż jedno z ich dzieci jest zupełnie inne, aniżeli cała rodzina. Autorka tym samym stara się poruszyć problem adopcji. Dzieci dowiedzą się czym ona jest i z obawy, że mały Jeremiasz oraz siostra Skloty mogłyby się zagubić i zostać adoptowane przez inne rodziny, dzieci… No właśnie, co zrobią nasi przyjaciele? Tego musicie koniecznie dowiedzieć się czytając „Sklotę…”. Dzieci wyjaśnią także czym jest motywacja oraz co to znaczy, że coś jest uniwersalne. Przygody dziewczynek są nie tylko ciekawe, ale i bardzo zabawne.

Książka uczy, bawi i wychowuje. Nie często trzy te czynności, autorzy dziecięcych książeczek potrafią umieścić w jednej. Agnieszce Gadzińskiej się to udało. Dodatkowym walorem książki jest twarda okładka i kolorowe, śmieszne ilustracje. Ponadto opowieść napisana jest większą czcionka, co zapewne ułatwi samodzielne czytanie dzieciom szkolnym. Każda ponadto z przygód, niesie ze sobą wiele ciekawych pytań, które może zadać dziecko. Rozmowa taka może być niezwykle pouczająca.

Kasia Słocińska



                                                            Za książkę dziękujemy:

czwartek, 22 maja 2014

…i wtedy moja córka powiedziała - recenzja

Ciepła z pozytywnym brzmieniem książka pary Kalicińska i Knap-Zagóra, to jedna z tych pozycji, po które sięgnąć powinni zwłaszcza ci poszukujący książek na jeden wieczór.

Autorka trylogii o Rozlewisku oraz „Lilki” i doświadczony, pasjonujący się zaburzeniami psychosomatycznymi psycholog, terapeuta, to jak się okazało dobry duet zwiastujący niedługą, prostą choć niebanalną w odbiorze powieść „…i wtedy moja córka powiedziała”. Książka pomimo, iż jest dziełem tych dwojga, w znacznie większej mierze opiera się na doświadczeniach Małgorzaty Kalicińskiej jako matki i towarzyszki swoich dzieci. Marek Knap-Zagóra ograniczył się do napisania krótkich wprowadzeń do każdego z rozdziałów. Każdy też rozdział został ozdobiony adekwatnymi do późniejszych treści ilustracjami wykonanymi przez Ewę Kutylak.

Książkę buduje dwadzieścia pięć krótkich, ale i treściwych części stanowiących jakże cenne w życiu każdego rodzica wspominki związane z dziećmi oraz rodzicielską reakcją na ich czyny i słowa. Zgłębiając powieść, poznajemy starsze z dwojga dzieci Kalicińskiej – syna Staszka oraz córkę Basię, która to stanie się główną bohaterką książki. Z jednej strony książka ta stanowi zaproszenie do poznania prywatności polskiej autorki, co jest niesamowicie popularne pośród znanych osób. Pisarka wyjawia nam rodzinne sekrety i fantazje. Zdradza zamiłowania córki oraz mówi, dlaczego Stanisław długo opierał się przeciw gajerkom oraz co sprawiło, że jednak po nie sięgnął. Zgłębiając kolejne stronice, poznamy także pewną tajemnicę, czy raczej przypadłość samej Małgorzaty Kalicińskiej oraz dowiemy się kim jest Burek. Książka-pamiętnik, choć taki którego spisaniem autor zajął się dopiero po latach. Książka-poradnik, w której każdy rodzic powinien znaleźć radę dla samego siebie. Jedyna możliwość wejścia do dziecięcych lat Stasia i Basi.

Z drugiej strony „…i wtedy moja córka powiedziała” jest zbiorem zabawnych zdarzeń z przeszłości, które mogą stanowić fikcję, co dla wytrawnej pisarki nie mogło być rzeczną trudną. Wiele by można książce zarzucić, ale na pewno nie można pozbawić treści humoru oraz zgrabnego konstruowania dialogów. Całość przyjmuje smaczny wygląd, co zaś za tym idzie, pozwala się chłonąć strona za stroną.

Katarzyna Słocińska

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu Elay

środa, 2 kwietnia 2014

Dźwięki wspomnień - recenzja

"Dźwięki wspomnień” stanowią udany debiut młodej polskiej bloggerki Katarzyny Meres. Autorka, która do tej pory rozpisywała się na temat nowych doznań literackich na blogu Świat Kasiencjusza, porusza w swej książce bardzo ważny temat, mianowicie przemijanie. Wydana przez Novae Res książeczka jest rodzajem pamiętnika pisanego przystępnym, acz delikatnym i bardzo plastycznym językiem. To opowieść o miłości: tej butnej, nieprzewidywalnej, ale i tej która trwa przez lata.

Kiedyś tematu tego dotykał ks. Jan Twardowski, który pisząc: "spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą", pokazał jak ważne jest być przy drugim człowieku. Dziś to Meres stara się pokazać ulotność ludzkiego życia wraz z jego dramatycznymi i pięknymi chwilami. Chociaż książka dzieli się na dwie opowieści, główną postacią pamiętnika, jest Emilia. Młoda kobieta nie może o sobie powiedzieć: szczęściara, bo chociaż jest piękna i mądra, nie zdołała stworzyć rodziny o jakiej marzyła.

Wychowuje uroczą córeczkę, która właściwie nie zna swojego ojca, ani dziadka, który dość skutecznie odseparował córkę i wnuczkę od ich męża i ojca. Emilia rozpoczyna pisanie pamiętnika w chwili, kiedy dowiaduje się, że cierpi na chorobę krwi, na którą nie ma lekarstwa. Postanawia połączyć swoją córkę z jej ojcem. Nim to jednak nastąpi, opisuje swe potajemne spotkania z ukochanym. Wyjawia jego tajemnice, o który wie…, bo jest kobietą. Chciałaby powiedzieć mu o chorobie, ale on nieoczekiwanie musi wyjechać, bo ktoś zachorował na białaczkę. Dziewczyna wszystko to rozumie, ale obawia się, że ukochany nie zdąży wrócić przed jej odejściem.

W pamiętniku przepełnionym słowami ciepłymi i pełnymi emocji, swe zapiski umieszczą również ojciec i córka, których życie nabierze zupełnie innych barw. Ojciec w swoich wpisach, będzie mówił wprost do Emilii. Rozpoczęty przez nią pamiętnik będzie rodzajem rozmowy i opowieści: o sobie, o Wiktorii, o rodzinie. „Dźwięki wspomnień” to zaledwie jedna setka stron, a miejsce znajdzie się tu także dla żalu: o niezrobione, niewysłuchane i nieprzemyślane. Krótka opowieść Emilii i późniejsze słowa mężczyzny pokażą również, jak bardzo może wydorośleć człowiek, który zrozumie słowo: miłość.

Druga część poświęcona jest miłości dojrzalszej. To historia rozpoczęta prologiem i zakończona epilogiem. To czysta charakterystyka prawdziwego i długiego uczucia, które pielęgnowane nie słabnie. Tutaj postacią główną jest opowiadająca o swej miłości, dojrzała kobieta. Mówi o zakochaniu, wspólnocie chwil oraz o ich muzyce. Nie zapomina także chwil smutniejszych, bo także i one tworzą ich życie.

O miłości pisano od wieków, ale nie jest to uczucie, o którym pisać potrafi każdy. Miłość trzeba czuć, trzeba jej doświadczyć, by potrafić o niej mówić. Pierwsza opowieść to wspomnienia i marzenia, druga zaś prawdziwa spowiedź kobiety spełnionej, która pragnie podzielić się kilkoma wspomnieniami szczęścia. Pierwsza część jest dość chaotyczna, druga bardzo spójna i „pewna swego”.

Nie sposób przejść obojętnie obok „Dźwięków wspomnień”. Także ze względu na okładkę: stare złoto w połączeniu ze szmaragdem… i jak tu nie sięgnąć po Meres?

Katarzyna Słocińska

Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 17 marca 2014

Bardziej gorzka niż śmierć - recenzja

„Bardziej gorzka niż śmierć”to kolejna po „Spokoju duszy” książka sióstr Grebe i Traff. Napisana jest w podobnym stylu, ma tych samych, czołowych bohaterów, ale czyta się zupełnie inaczej. Choć ciekawa, jest znacznie wolniejsza i mniej melodyjna.

Najważniejszą postacią – jak i poprzednio – jest Siri – prowadząca wraz z przyjaciółką Ainą i dobrym kolegą Svenem przychodnię, w której udzielana jest pomoc psychologiczna. O ile w poprzedniej książce, więcej miejsca autorki poświęciły wątkowi kryminalnemu, o tyle teraz wątek ten prowadzony jest co najwyżej na równi z wątkami osobistymi bohaterów i ich bliskich. W życiu każdego z nich coś się dzieje: romanse Svena w końcu doprowadziły do rozstania z żoną, Aina jest właściwie szczęśliwa, zaś u będącej narratorem Siri, wszystko wywróciło się do góry nogami.

Pewnego dnia panie zaczynają prowadzić grupę wsparcia dla kobiet bitych i poniewieranych. Niebawem też miejsce ma dramatyczne wydarzenie. Otóż na oczach pięcioletniej córeczki, zostaje skopana na śmierć młoda kobieta. Jedna z uczestniczek grupy wsparcia Kattis, oznajmia, iż partnerem zamordowanej, był nikt inny, jak jej dawny chłopak. Wszystko zaczyna wskazywać na to, że to właśnie ów mężczyzna jest mordercą. W pewnym sensie na jego niekorzyść przemawia także zeznanie małej dziewczynki o imieniu Tilde, która choć nie widziała twarzy, powiedziała, iż mordercą był mężczyzna. Czy jednak można wierzyć pięciolatce?

Samo to wydarzenie autorki nakreślają już na samym początku powieści, by wrócić do niego kilkadziesiąt stron później. Dzięki temu, książka nabiera wartkiej akcji. Czytamy tym wnikliwiej, im bardziej chcemy ponownie zmierzyć się z morderstwem. Do tego jednak dość daleko, ponieważ powieść nasączona jest przede wszystkim elementami psychologicznymi, bo skoro Aina i Siri zajmują się kobietami, które doświadczyły przemocy, to ów psychologizm musi być obecny.

Pisarki zgrabnie i ciekawie prowadzą akcję. Pozwalają czytelnikowi samemu rozpocząć poszukiwania zbrodniarza, ale także ukazują zmiany ludzkiej psychiki u osób, które były bite i niszczone psychicznie. Dostajemy tę niepowtarzalną okazję do samodzielnej pracy, do łączenia faktów, wydarzeń. Wszystko, co zostało opisane w powieści, jest naprawdę ukazane realistycznie. Autorki wciągają nas w samo centrum dramatycznych wydarzeń. Niezwykle ciekawie ukazane zostało także to wszystko, co wydarza się i wydarzyło dokoła Siri. Widzimy jej zmagania z przeszłością. Ponownie obecny jest jej nieżyjący mąż Stefan. Po raz kolejny bohaterka nie radzi sobie z tym, iż ich dziecku nie było dane narodzić się.

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami książki, dostrzegamy także krótkie, pisane inną czcionką wypisy z dziennika poradni podpisywane przez nieznanych nam pedagogów. Mnie osobiście nieco wybijały one z tropu. Choć pojawiały się nieczęsto, nie potrafiłam przyłatać ich do treści właściwych. Błąd!

Ważnym elementem powieści, jest także pogoda. Deszczowy i wietrzny klimat czy też pochmurne wieczory wprowadzają niezbędny nastrój. Książka nabiera tajemniczości. Staje się ciekawsza i bardziej pociągająca. Mroku dodają również śnieżne zaspy, w których giną ludzkie stopy.

Książkę można polecić zwłaszcza miłośnikom powieści psychologicznych oraz thrillerów. Nie do końca jest to kryminał, ale i jego miłośnicy powinni sięgnąć po „Bardziej gorzką niż śmierć”. Ci jednak, dla których mroczna Szwecja charakteryzuje się czarnymi kryminałami, powinni wiedzieć, że czasami nie jest tak, jak byśmy oczekiwali.

Genialna powieść dla tych, którzy kochają książki z tzw. mrocznym zakończeniem. Siostry Grebe i Traff, na ostatnich kilku stronicach spisały zaledwie kilkadziesiąt zdań, które nie pozwalają nam przejść obojętnie wobec Kattis. Co wspólnego z morderstwami i porwaniem małej Tilde może (!) mieć kobieta po przejściach? Wszystko to wyjaśnia się na samym końcu, dlatego unikajcie zaglądania na sam koniec!

Katarzyna Słocińska

Za książkę dziękujemy:

środa, 26 lutego 2014

Całkiem dobra książka o miłości - recenzja

Całkiem dobra książka o miłości to naprawdę sympatyczna opowieść, która ucieszy oko i serce niejednego wielbiciela literatury. Powieść Anny Kucharskiej, jest nieskomplikowaną opowieścią nie tylko o zawartej w tytule miłości, ale i o sile prawdziwej przyjaźni.

Kucharska stworzyła całkiem mile czytającą się książkę z niewielką ilością postaci, co sprawiło, że każdy rozpoczęty wątek, można było prowadzić ku jego zakończeniu a jednocześnie żaden z nich nie wybił się znacząco ponad inne. Jak czytamy na okładce, głównymi postaciami są: Elżbieta, Judyta oraz Karina. W życiu każdej z nich pewnego dnia pojawia się upragniony pierścionek zaręczynowy. Dla każdej z nich, ma on jednak nieco inne znaczenie. Elżbieta jest przedstawicielką kobiet 50+ toteż niejako obawia się kolejnego małżeństwa. Wprawdzie jest wdową a jej córka od dawna doskonale radzi sobie samodzielnie, to trochę obawia się czy podjęta decyzja jest właściwa. 

Kobieta kocha swego kochanka, czuje się także kochana, ale nieco jakby martwi ją istniejąca pomiędzy nimi różnica wieku. Dla Judyty z kolei ów pierścionek, jest spełnieniem marzeń. Wraz z chłopakiem tworzą zgrany i ciepły związek już od dekady, dla kobiety jest więc małżeństwo tym, co MUSI nastąpić. Jak wiemy, trzecia z dziewczyn zachodzi w ciążę z przyjacielem gejem, który tak bardzo pragnie przy niej być, że oświadcza się jej. Przez moment bohaterowie zapominają o swoich potrzebach i decydują się być razem dla siebie i dziecka. Uważają, iż nie trzeba miłości, kiedy jest się tak dobrymi przyjaciółmi. 

Pierwszy i trzeci z ukazanych w książce wątków, to bardzo istotne tematy, które w tak niedużej książce porusza Kucharska. Przede wszystkim w bardzo prosty sposób ukazuje, iż w każdym wieku mamy prawo kochać, a także zwraca uwagę na fakt, iż wiek nie musi stanowić przeszkody dla miłości. Narzeczony Elżbiety jest jej prawdziwie oddany. Nie oczekuje od wybranki niczego, poza uczuciem. Także miłością obdarza swe dziecko Igor, homoseksualista, z którym od lat przyjaźni się Karina. Dziewczyna choć podkochuje się w ojcu swej córeczki, pozwala mu żyć własnym życiem. 

Na uwagę zasługuje tu także – a może przede wszystkim – głęboka przyjaźń istniejące pomiędzy Judytą a Kariną. Wprawdzie przez moment Judyta zdaje się być ślepa i głucha na słowa przyjaciółki i wyrzuca ją ze swego serca, ale potęga przyjaźni nie pozwala jej na długo zapomnieć o Karinie. Fakt, iż Judyta „śmiertelnie obrażona”, zjawia się u przyjaciółki zaraz po jej SMS, świadczy o tym, iż prawdziwego uczucia przyjaźni i braterstwa, nic nie potrafi złamać. Nie da się zapomnieć o przyjacielu.

Całkiem dobra książka o miłości, jest dobra na chłodne wieczory. Właściwie można ją polecić każdemu, także osobom nie przepadającym za polską literaturą – by sprawdzili, czy aby na pewno nic ciekawego w rodzimej twórczości się nie wydarza. Jest to też, znakomita powieść dla osób nie przepadających za romansami i miłostkami – tu nie ma ckliwości a i ilość stroniczek nie pozwala się wielce znudzić. Doskonała opowieść dla chcących ugryźć innej, niż zazwyczaj literatury. Prostota języka i przewidywalność niektórych zachowań, wcale nie nużą, ani nie irytują.

Katarzyna Słocińska


                                                              Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 17 lutego 2014

Niezbędnik obserwatorów gwiazd - recenzja

Przyglądając się świeżo wyjętej z bąbelkowej koperty kolejnej książce autora Poradnika pozytywnego myślenia, wiedziałam, że będzie ona zupełnie inna, niż wszystkie te pozycje, które czytam z prawdziwą pasją. Nie myliłam się.

Matthew Quick ma prawdziwy dar pisania dla zdecydowanie młodszego odbiorcy, któremu nie będzie przeszkadzał czasami zbyt banalny sposób wysławiania się, ani zachowanie bohaterów. Niezbędnik obserwatorów gwiazd porusza ciekawe problemy i choć opisane są prostym językiem, warto poświęcić im choćby chwilę.

Akcja powieści toczy się w małym amerykańskim Bellmont, które zamieszkiwane jest przede wszystkim przez mafię tworzoną przez czarnoskórych. Rodzina głównego bohatera pochodzi z Irlandii i jako, że chłopiec jest biały, nazywany jest w szkole Białym Królikiem. Od najmłodszych lat, Finley przyjaźni się z Erin o zielonych oczach. Para kocha koszykówkę i zamierza kiedyś wspólnie, za zawsze opuścić miasteczko. Niebawem dołącza do nich Numer 21, który podobnie, jak Finley jest oszczędny w słowach. Jest ponadto chłopcem specyficznej natury uważającym, iż jego rodzice żyją w kosmosie i niebawem po niego przylecą.

O kosmicznym pochodzeniu Numeru 21, nie może wiedzieć każdy, toteż prawdę tę znają jedynie Finley i jego trener koszykówki. Z biegiem stronic książki, wiele się wyjaśnia. Niezbędnik wydany został naprawdę dobrze, co w połączeniu z prostym językiem, pozwala na jego szybkie przeczytanie. A że opowiedziana przez Qiuck’a historia jest dobra, czyta się nie tylko szybko, ale i chętnie. Poznajemy nie tylko prawdziwe imię Numeru 21, ale i jego ogromny talent koszykarski i prawdę o jego rodzicach.

Sporą rolę odegra w powieści również Erin, która ulegnie wypadkowi. Jednak czy będzie to zwyczajny wypadek? Jaką rolę odegra mafia, wszędobylscy dilerzy i co mafia ma wspólnego z przeszłością rodziny Finleya? Tego dowiemy się tylko przez zatopienie się w lekturze.

Autor stworzył doskonałą opowieść, w której za pomocą zrozumiałych słów pokazał oblicze mafii oraz odwieczne antagonizmy istniejące pomiędzy czarnymi a białymi. Nie ma większego znaczenia fakt, dlaczego Irlandczycy osiedlili się w Ameryce, ale ma – choć nie zbyt duże znaczenie – chęć powrotu na ziemię ojczystą. A przynajmniej miało znaczenie w dzieciństwie głównego bohatera, kiedy rozegrał się dramat, w którym uczestniczyli całą rodziną.

Ciekawym pomysłem, jest także ‘kosmiczne pochodzenie’ przypisane Numerowi 21. Z jednej strony może stanowić sposób na zachowanie pewnej intymności, z drugiej jest sposobem na zapomnienie tego, co odegrało tak ogromną rolę w życiu czarnoskórego chłopca. Pomysł prosty a nawet dość niecodzienny, ale niezwykle trafny.

Katarzyna Słocińska

                                                             Za książkę dziękujemy:

środa, 30 października 2013

Książka jak muzyka

Spokój duszy to jedna z naprawdę niewielu książek, które pozwalają się czytać w głos dając niesamowite brzmienie akcji i niepokoju. Z pewnością nie można zaliczyć jej do tych kryminałów, które ukazują się tylko po to, by zostać okrzykniętymi: kryminałami skandynawskimi. Książka ta bowiem zawiera wszystko to, co musi zawierać dobra powieść z wątkiem kryminalnym.

Napisana przez siostry – Camillę Grebe oraz Åsę Träff powieść, ma być książką rozpoczynającą serię, której bohaterką jest Siri Bergman: psycholog i psychoterapeutka. Jako pierwsza na pomysł napisania czegoś wspólnego wpadła starsza z sióstr. Åsa zaakceptowała myśl Grabe i tak powstała licząca niecałych 400 stronic, trzymająca w napięciu powieść zatytułowana Spokój duszy. Nie jest to może powieść w stylu Millenium Stiega Larssona, czy nawet w stylu serii Camilli Läckberg, ale warto poświecić jej kilka wieczorów.

Główną postacią jest wspomniana Siri, która wraz z przyjaciółką Ainą oraz kolegę Svenem, prowadzi poradnię. W trakcie trwającej od sierpnia do listopada akcji, poznajemy jej trzech pacjentów. Bohaterka kryminału wydaje się być postacią niezwykle silną, choć z biegiem kart zaczyna wkurzać, denerwować i irytować. Odkrycie nie tylko zwłok młodej pacjentki, ale i wielu śladów świadczących o pewnych nieprawidłowościach mających miejsce w jej otoczeniu, każe bohaterce uciekać w bezpieczniejsze miejsce. Ona jednak uparcie twierdzi, iż w domu nic jej nie może grozić. Czy jednak otoczony lasem i wodą dom, faktycznie jest oazą spokoju?

Fabuła została tak skonstruowana, iż czytelnik może wraz ze wprowadzonymi do ciągu akcji policjantami, poszukiwać mordercy. Co ciekawe – to nie policja, ale właśnie my: czytelnicy mamy jedyną w swoim rodzaju sposobność poznawania mordercy. Tylko czytelnik otrzymuje możliwość sporządzania jego profilu psychologicznego, bowiem autorki pomiędzy kolejnymi rozdziałami poświęconymi Siri i jej bliskim, zamieściły krótkie wpisy dotyczące kolejnych poczynań mordercy. Wypowiada się on w pierwszej osobie liczby pojedynczej, są więc to jego słowa. Czy jednak łatwo jest się domyślić, kto ukrywa się pod owymi słowy? Zdecydowanie nie. Autorki postać tę sprytnie ukryły i pomimo, iż czytelnik próbuje się dopatrzeć mordercy w osobach poznanych wraz z biegiem akcji, jest to trudne zadanie.

Największym chyba minusem powieści Grebe oraz Träff, jest sama scena konfrontacji Bergman z owym psychopatą. Spotkanie odbywa się w kuchni psycholog, do czego trudno jest mieć zastrzeżenia, jednakże to, co ma miejsce później, może doprowadzić czytelnika do pewnego zniesmaczenia czy też irytacji.

Spokój duszy choć do cienkich nie należy, w żadnym wypadku się nie dłuży. Akcja toczy się wartko a czytelnik zostaje zmuszony do wejścia z nią w interakcję. Zaskakujący finał, minimalizuje wszelkie inne niedociągnięcia. Intrygują ponadto wspomnienia dni, kiedy Siri była mężatką czy też chwil związanych z ciążą i jej utratą. Czy śmierć męża będzie miała związek z niebezpieczeństwem, jakie obecnie czyha na bohaterkę?

Katarzyna Słocińska

Za książkę dziękujemy:

piątek, 11 października 2013

Jedyna twarz Greya

GREY, GREJ, GRAY… cokolwiek i jakkolwiek bym nie ujęła, wyszukiwarka i tak doprowadzi mnie do Pięćdziesięciu twarzy Greya. Książka ta, choć wywołuje skrajne emocje, wciąż pnie się na listach książkowych debestów. Nawet jeżeli nam się ona nie spodoba, i tak chcemy mieć ją ‘odhaczoną’. Kupujemy, pożyczamy czy wypożyczamy i tym samym zwiększamy jej popularność.

Czytam różności (poza fantastyką), ale przez pierwszy tom książki E. L. James brnęłam, niczym przez śnieżną zaspę. Podobno książka ta została napisana dzięki fascynacji Zmierzchem. Nie czytałam Zmierzchu a jedynie obejrzałam dwie części kinowej ekranizacji i także dostrzegam pewne punkty wspólne. To jednak, że James postanowiła przemycić nieco pomysłów Meyer na karty swej książki, pozostawmy jej sumieniu. Nie jest to przecież nic złego.

Powieść, która powstała dzięki fascynacji miłością Belli do Edwarda, mogła być dobra. James mogła przecież skorzystać z fascynacji wampirami i pójść w kierunku młodych odbiorców tego rodzaju literatury. Ambicja autorki sięgała jednak znacznie dalej i Ana i Christian okazali się… ludźmi. Znacznie od siebie różnymi wprawdzie, ale ludźmi. On bajecznie bogaty, ona bajecznie naiwna i tu wielka powieść James zaczyna przypominać dziesiątki tych, które powstawały, powstają i powstawać będą. Książka szybko stała się niczym muzyka: pop. Jest popularna, choć nie skrywa w sobie niczego cudownego, niesamowitego, tajemniczego. Jest zupełnie zwyczajna, nawet mimo nienormalności jaka drzemie w tytułowym Greyu. Owa nienormalność wynika z faktu, iż w swej ogromnej rezydencji, młody miliarder posiada pokój wypełniony wszelkiego rodzaju zabawkami erotycznymi. Znajdziemy tam kuleczki gejszy, wibratory, pejczyki, baty do chłostania i wiele innych. Anormalność bohatera objawia się także na kartach Zasad względem Pana i Uległej. Grey nie pozwala się dotykać, nie sypia także z kobietami – co nie znaczy, że nie uprawia seksu! Ten wylewa się z każdej stronicy. Christian zdaje się być seksualnym wampirem, który może uprawiać seks o każdej porze oraz w każdym miejscu. Nienasycenie młodego mężczyzny widoczne jest w dowolnym miejscu książki (bo na miano powieść, trzeba sobie zasłużyć). Seks w jego rozumieniu, to doznanie przyjemności sycącej właściwie tylko jego samego. Wprawdzie Anastasia doznaje wielokrotnych orgazmów właściwie za każdym razem, ale tego doznać można bez udziału płci przeciwnej. Tak po prostu zbudowane są TE miejsca naszych ciał, że orgazm będzie i basta.

Nim jednak dojdziemy do seksu, warto pochwycić wątek dziewictwa, które zdołała zachować Ana. Ów fakt może zachwycać, ale i może prowadzić do szyderstw. Tutaj jednak prowadzi raczej do irytacji głównego bohatera, bo jak realizować swoje erotyczne fanaberie z zupełnym laikiem? Christian łamie więc swoje Zasady i wprowadza bohaterkę do krainy namiętności. Spotkanie smoka z dziewiczością Any, to chyba jedyne złączenie pary, które pozwala czytelnikowi obserwować tych dwoje podczas normalnych, zdrowych uniesień. Cała reszta przeniknięta będzie zwierzęcym popędem, jaki z każdą chwilą uwalniał będzie Christian Grey. Brak opanowania, to kolejna cecha miliardera, której wstępnie nie potrafi zaakceptować jego partnerka w łóżku. Jest ona jednak tak podatna na urok Greya, że dla kolejnych łóżkowych chwil, przyjmie każdą jego wolę. Dla zapewnienia mu uniesień, będzie nawet zwracała się doń per Proszę Pana oraz oczekiwała na niego w pozycji klęczącej. Denerwująca, naiwna i pozbawiona własnego zdania studentka. Co z tego, że w myślach nazwie cos niemoralnym, złym, głupim, skoro już w chwilę później podda się temu i osiągnie kolejny orgazm?

Jeżeli E. L. James dążyła do napisania powieści erotycznej, nie udało jej się to. Tu mamy raczej do czynienia z tanim romansem z wieloma wątkami pornograficznymi. Erotyka i pornos niestety nie stoją blisko siebie. W książce – a może w owym zbiorze mniej lub bardziej udanych zdań – ( na miano książka też trzeba sobie zasłużyć) wciąż powtarzają się te same określenia dwojga bohaterów, którzy przez setki stron uprawiają coraz bardziej wulgarne harce na pozbawionym pościeli materacu wielkiego Greya. Seks tych dwojga (o ile to w ogóle można nazwać seksem) trwa zaledwie kilka chwil, podczas, których jedna z stron rozpada się na milion kawałków, zaś druga wzdycha do pierwszej – co ty ze mną robisz?

Doprawdy nie rozumiem, co w owych dzikich zabawach, jest tak pasjonującego, że niemal każdy się tym zachwyca. Autorka zbija na tym fortunę – ok, niech jej będzie, w gruncie rzeczy to nie autorka zachwyca, ale Grey. Wszystko tutaj opiera się jedynie na kilku powtarzalnych momentach. Ona przygryza wargę, co prowadzi do jego podniecenia. Ona przewraca oczami i tym samym wzbudza w nim furię, która objawia się przełożeniem jej przez kolano i wymierzeniem klapsów a nawet mocniejszych razów. On kupuje jej drogie prezenty, ona przyjmuje je jako pożyczkę. On ją inwigiluje, ona idzie z nim na materac. On podnieca się czerwienią jej pośladków, ona go nienawidzi a owa nienawiść i tak prowadzi na materac.


Jakie 50 twarzy? Grey ma jedną twarz – masochistycznego dupka, który do swoich dokonań może zaliczyć jedynie fakt, iż przyjaźni się z kobietą, która przed laty wprowadziła go w świat, w jaki on teraz wprowadza Anastasię.  

Autor: Katarzyna Słocińska