Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

WYWIAD: Joanna Jax

Joanna Jax, absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, pasjonuje się malowaniem na szkle, uwielbia czytać biografie oraz pisać, do tej pory publikowała krótkie opowiadania, „Dziedzictwo von Becków” to jej powieściowy debiut.

Kinga Młynarska: Kim jest Joanna Jax?

Joanna Jax: Kobietą o wielu twarzach.

K.M.: A jakie oblicza Pani nam ujawni? Czym zajmuje się Pani na co dzień? Jakie jest Pani hobby?

J.J.: Na co dzień pracuję jako manager w dużej firmie ogrodniczej i to zajmuje mi większość czasu. Hobby to pisanie, bawienie się słowem, maluję też na szkle. To te najważniejsze, mam też kilka innych zainteresowań. Jakie oblicze ujawnię? Nie wiem, to się okaże. Sama jestem ciekawa.

K.M.: „Dziedzictwo von Becków” to Pani pierwsza powieść, proszę zdradzić, co czuje debiutant trzymając w rękach papierową wersję swojej książki?

J.J.: Dziwne uczucie, jakby to nie była moja książka. Wciąż widziałam ją na ekranie laptopa, potem upstrzoną poprawkami, uwagami i przypisami. I chociaż znałam ją niemal na pamięć, chwilami byłam zdziwiona, że coś napisałam w taki, a nie inny sposób. Jest to jednak uczucie przyjemne, wzruszający moment, i ta myśl, że coś po sobie zostawię. Miałam wiele szczęścia, że ktoś uwierzył w tę książkę.

K.M.: W swojej recenzji napisałam: „Dziedzictwo von Becków” to przede wszystkim historia o przeznaczeniu w życiu człowieka. O tym, jak bardzo nie mamy wpływu na własny, ale z drugiej strony – jak wielki wpływ możemy mieć na los drugiej osoby – zgodzi się Pani z taką interpretacją?

J.J.: Nie do końca się z tym zgodzę. Niektóre rzeczy nam się przytrafiają i rzeczywiście nie mamy na to wpływu, reszta jest wynikiem naszych lepszych lub gorszych wyborów czy decyzji. Natomiast zgadzam się z drugą częścią twierdzenia. Druga osoba może bardzo wpłynąć na nasze życie. Może sprawić, że będziemy żyli długo i szczęśliwie albo zamienić nasze życie w piekło.

K.M.: Skąd pomysł na taką fabułę, tak dużą rozpiętość czasową, tylu bohaterów? Postawiła Pani nie lada wyzwanie przed sobą, tym większe proszę przyjąć gratulacje i słowa uznania.

J.J.: Moja wyobraźnia nie lubi próżni, muszę przemieszczać się w czasie i przestrzeni. Widocznie ma niski próg nudy :). Inna część mojego mózgu usiłuje nadać temu sens i logikę. Widziałam miejsca, obrazy, ludzi, a potem siadałam i pisałam. Dopiero gdy skończyłam wątek i dawałam odpocząć wenie, poprawiałam styl, literówki itp. Chyba że trafiłam na jakiś problem merytoryczny, wówczas sprawdzałam tę kwestię od razu.  Nie wiem skąd mi się to bierze, historii do napisania w mojej głowie mam co najmniej na 5 powieści. A jestem dopiero przy drugiej. Pomysł na "Dziedzictwo von Becków" pojawił się po raz pierwszy kilkanaście lat temu...

K.M.: Ale „Dziedzictwo…” to chyba nie tylko wyobraźnia. Jak długo trwały przygotowania i praca nad książką? Choćby samo tło historyczne w Pani powieści jest imponujące, a przecież nie mogła Pani być wszędzie tam, gdzie dzieje się akcja i co najważniejsze – w każdym z opisywanych okresów. To wymagało porządnego przygotowania.

J.J.: Całość zajęła mi niecały rok. Gdy rodził się pomysł, rozpoczynałam poszukiwania materiałów, sprawdzałam, oglądałam stare fotografie. Jeśli w trakcie pisania pojawiła się wątpliwość co do jakiegoś szczegółu, zaczynałam szperać w książkach, internecie, zamęczałam znajomych dziwnymi pytaniami. Naprawdę starałam się sprawdzić każdy szczegół dotyczący tła historycznego.

K.M.: Pani postaci to twory bardzo wyraziste i szalenie skomplikowane. Nikt nie jest jednoznacznie dobry czy zupełnie zły. Nawet Rita, której czytelnicy raczej nie są w stanie polubić, przeżywa swoje dramaty, które są przyczyną jej późniejszych decyzji. Czy bohaterowie to ten element, z którego jest Pani najbardziej dumna?

J.J.: Bohaterowie stuprocentowo źli i stuprocentowo dobrzy byliby niewiarygodni. Z każdego człowieka udaje się wykrzesać odrobinę dobra i z każdego można zrobić potwora. Wystarczą określone okoliczności i odpowiednia stymulacja. Psychologowie społeczni przeprowadzali takie eksperymenty i okazało się jak słaby może być człowiek, np. w określonej grupie i poddany stosownej presji. Człowiek  jest skomplikowany. Często wyrażamy sądy w stylu "nigdy bym tego nie zrobił/-ła", a kiedy podobna sytuacja nam się przytrafia, wówczas to  już nie jest takie oczywiste.

K.M.: Po lekturze „Dziedzictwa…” czytelnik może uznać Autorkę za specjalistę w dziedzinie psychologii, za historyka, za pisarza z ogromnym dorobkiem – bo na każdym polu jest Pani bardzo wiarygodna, solidna i szczegółowa. Nie sposób wymienić tych najlepszych elementów, bo każdy jest zaskakująco doskonały. Jeśli Pani nie potrafi wskazać tego, który jest największym powodem do dumy, to proszę chociaż zdradzić, przy którym miała Pani najwięcej pracy, co było najtrudniejsze?

J.J.: Najwięcej problemów miałam ze strefami okupacyjnymi Niemiec po II wojnie. Jak dokładnie przebiegały granice i jak poszczególne państwa "rozliczały" nazistów. Sierociniec w Gdańsku prowadzony przez siostry boromeuszki wyszukałam w monografii szpitala Najświętszej Marii Panny. Trzy dni szukałam odpowiedniej dzielnicy w Berlinie Wschodnim, chociaż jej nazwa pada w książce 2 lub 3 razy. A jeśli chodzi o konkretne wątki, najtrudniejsza była scena gwałtu. Nie chciałam, żeby była zbyt wulgarna, a jednocześnie miała być "gongiem", który na długo pozostaje w głowie. Utwory Adagietto Mahlera i Parita in d Minor part 1 Bacha też były dobrane nieprzypadkowo. Natomiast nie czuję się specjalistką w żadnej z tych dziedzin, które Pani wymieniła.

K.M.: Podczas pisania „Dziedzictwa…” nie kusiło Pani, żeby z tej historii stworzyć wielotomową sagę? Żeby jeszcze bardziej rozwinąć niektóre wątki i losy bohaterów drugoplanowych? 

J.J.: Książka i tak ma ponad 400 stron.  Miałam takie plany odnośnie kilku  bohaterów, ale uznałam, że lepiej będzie jeśli odbiorca poczuje niedosyt, aniżeli przesyt :).

K.M.: Przeczytała Pani papierową wersję swojej książki?

J.J.: Tak, oczywiście.

K.M.: Jak bardzo autor przeżywa swoje dzieło? Jest Pani usatysfakcjonowana z efektu końcowego swojej pracy czy uważa Pani, że coś można jeszcze było poprawić? Czy w ogóle nachodzą Panią takie wątpliwości już po wydaniu książki?

J.J.: Oczywiście, że przeżywam. Bardzo emocjonalnie podchodzę do pisania, to jeden z uroków mojego hobby. Myślę, że w dniu, w którym pisanie stanie się jedynie "rzemiosłem", przestanie mnie  fascynować. Bez względu na to czy coś piszę, czy maluję, zawsze czuję niedosyt. Wydaję mi się, że mogłam zrobić coś lepiej, inteligentniej czy ładniej. Natomiast już na tym etapie, kiedy książka jest wydana albo obraz wisi na czyjejś ścianie, odpuszczam i staram się już nie myśleć nad niedoskonałościami.

K.M.: Dlaczego ta historia musiała czekać kilkanaście lat na swoją papierową wersję? Musiała nabrać odpowiedniego kształtu czy może niezbyt wierzyła Pani w swoje możliwości?

J.J.:  Nie wierzyłam w swoje możliwości. Owszem, wiedziałam, że mam tzw. "lekkie pióro", ale pisanie opowiastek, felietonów czy innych małych form, to zupełnie coś innego niż napisanie dobrej książki. A ja chciałam napisać książkę, którą zechcą przeczytać inni.

K.M.: Kto był pierwszym recenzentem Pani powieści? Jest wśród Pani najbliższych osoba, która ma ten zaszczyt czytania przed wszystkimi?

J.J.: Osoba, która niejako zmusiła mnie do napisania tej książki, moja przyjaciółka. Dostała do przeczytania pierwsze 130 stron od razu i resztę w kawałkach, dosłownie jeszcze "ciepłe", bez korekty.

K.M.: Wspomniała już Pani, że pracuje nad drugą powieścią. Zdradzi nam Pani jakieś szczegóły?

J.J.: Tylko tyle, że znowu wbijam kij w mrowisko… I oczywiście w tle historia najnowsza oraz wiele ciekawych miejsc. Nie chcę zdradzać szczegółów, ponieważ moja wyobraźnia jest przekorna i mogę pewnego dnia przewrócić swoją powieść do góry nogami. Przez pół roku zbierałam materiały do książki z wątkiem o Islamie, studiowałam Koran, oglądałam filmy, czytałam książki i notes miałam pełen informacji, po czym dotknęłam klawiatury i zaczęłam pisać zupełnie inną książkę...

K.M.: A jakie lektury preferuje prywatnie Joanna Jax?

J.J.: Biografie, thrillery, obyczajowe z tłem historycznym, podróżnicze, dużo tego.  Nade wszystko lubię takie książki, do których zdarza mi się kilkukrotnie powracać i zawsze czerpię przyjemność z ich czytania.

K.M.: Pisała (pisze) Pani opowiadania, maluje, czy tę Pani artystyczną działalność można gdzieś podglądać? Prowadzi Pani stronę internetową?

J.J.: Mam taką amatorską stronkę przez siebie zrobioną, ale nie jestem jeszcze gotowa na jej promocję (muszę ją podrasować). Opowiadania z blogu zamieniły się w niemal 200 stronnicową książkę, która jednak wydaje mi się zbyt infantylna. W zasadzie to zbiór zabawnych historii, które przytrafiły się młodej dziewczynie, żyjącej u schyłku lat 80-tych.

K.M.: Na koniec proszę zdradzić, czy „Dziedzictwo…” wiele zmieniło w Pani życiu?

J.J.: Na tę chwilę "Dziedzictwo.." niewiele zmieniło w moim życiu. Jest radosnym akcentem, ucieczką, gdy wszystko wali się na głowę, ale w wymiarze przyziemnym czy materialnym nie ma wpływu na moje wybory czy decyzje. Chociaż nie ukrywam, że życzyłabym sobie, aby to się zmieniło :).

K.M.: Z całego serca życzę zatem spełnienia tego i innych, nie tylko literackich, marzeń. I z nadzieją na następny „powieściowy pretekst” do kolejnej rozmowy, bardzo dziękuję za tę dzisiejszą.


Kinga Młynarska

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wiktor Osiatyński "Alkoholizm. Grzech czy choroba?"

Książka Wiktora Osiatyńskiego "Alkoholizm. Grzech czy choroba?" trafiła w moje ręce zupełnie przypadkowo. To nie jest ani lektura, po którą sięgnęłabym w wolnej chwili, ani książka zachęcająca do zapoznania się z treścią łatwą, lekką i przyjemną, ale obiecałam, że w wolnej chwili zapoznam się z problemem, który porusza i napiszę o swoich wrażeniach.

Cóż, po pierwsze jestem zdumiona, że problem alkoholizmu został opisany w tak interesujący sposób. Mam poczucie, że autor posługując się ciekawymi przykładami, zbudował interesujący traktat o tym, jak rozumieć alkoholizm. Nie mamy tu do czynienia z naukowym nagromadzeniem niejasnych sformułowań. Poznajemy specyfikę ludzi, którzy mają problem z piciem i poznajemy osobliwą specyfikę tej choroby.

Wydawać by się mogło, że bycie alkoholikiem jest drogą na skróty w życiu. Nie ma chyba nic łatwiejszego od 'zapijania problemów'. Okazuje się jednak, że to cały proces, że ma na tę chorobę wpływ zarówno aspekt psychologiczny, jaki i fizjologiczny, a nawet emocjonalny i że w zasadzie to nie jest wcale takie proste, bo pić może wielu, ale alkoholizm to jednak coś innego.

Sama definicja alkoholizmu na przestrzeni dziejów ewoluuje. Zmienia się pogląd na temat choroby. Dawniej uważano, że ludzie chorzy to wyłącznie brudni i biedni i pijący wszystko, co mocniejsze nieudacznicy. Dziś wiadomo, że ta choroba charakteryzuje tych, którzy spróbowali zaledwie kilka razy i mają problem, by nie stało się to chorobliwym nałogiem. Co więcej, status społeczny nie ma żadnego wpływu na statystykę uzależnienia. Najważniejszym wnioskiem, który według mnie wypływa z tej lektury to fakt, że pomoc w leczeniu choroby alkoholowej jest dziś dopracowana, a lekarze i psychologowie chcą pomagać i robią to z
entuzjazmem, nie negując potrzeby pomocy.

Ważne też dla mnie jest stwierdzenie, że człowiek może dać drugiemu to, co sam posiada. Właśnie dlatego to alkoholicy często podejmują pracę z uzależnionymi. Uczą sami tego, czego ich nauczono i co im przekazano.

Książka buduje osobom postronnym pojęcie na temat sensu chodzenia na terapię. Jest to elementarz, który pozwala zrozumieć pracę, jaką należy wykonać, by człowiek uzależniony otworzył się i przyznał się do uzależnienia.

Uważam, że to lektura godna polecenia. Szczególnie dla tych, którzy chcieliby poznać problem alkoholizmu w sposób przystępny. Mam wrażenie, że ta pozycja spełnia właśnie to kryterium.

Olga Kowalczyk

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:

piątek, 25 kwietnia 2014

WYWIAD z EWĄ PIĄTEK

WYWIAD: Ewa Piątek, autorka powieści [DROGI_ZAKODOWANY].

K.M.: Dzień dobry. Posiada Pani dość bogate doświadczenie zawodowe. Czy wynika to z Pani natury? Jest Pani ciekawa świata, zawsze w ruchu, stawia Pani na rozwój i zdobywanie coraz to nowych umiejętności?

Ewa Piątek: To jest pewnie tak, że bez wielości doświadczeń nie ma specjalizacji, doświadczenia konserwują umiejętności. Muszę przyznać, że niektóre swoje już mocno zaniedbałam - z pamięci ulatują słowa z języków obcych, jeśli się ich nie używa. Wiele z moich początkowych doświadczeń zawodowych wynikało z potrzeby zafunkcjonowania w świecie kultury i poznawania twórczych osób, stąd mnóstwo wolontariatów przy festiwalach, w radiu, w fundacjach. Dziś natomiast zakładam, że praca z ludźmi (zresztą pewnie większość prac) - w moim przypadku w charakterze instruktora w Pracowni Teatru i Tańca - zobowiązuje do nieustannej aktualizacji tego, co ma się do przekazania innym. Rutyna jest tu po prostu nie w porządku. Ostatnio mam na szczęście okazję "odświeżać się" na warsztatach teatralnych świetnych teatrów, które zapraszamy do Miejskiego Centrum Kultury. To niesamowita dawka rozwijających ćwiczeń, samopoznania, a także - i pewnie przede wszystkim - poznania innych osób na deskach.

Trudno mi jednak określić siebie jako osobę będącą "zawsze w ruchu". Kiedy przez kilka lat pracowałam w mediach, byłam znacznie bardziej rozpędzona, ale i rozklekotana. Teraz jestem przesunięta ku teatrowi, w którym niewskazany jest pęd, odliczanie czasu, bo należy dbać o przygotowanie, skupienie, obecność tu i teraz, świadomość ciała i otwartość na partnera. I chociaż dużo w warsztacie ruchu, treningu fizycznego, to w odczuciu bliższy jest on raczej zatrzymaniu do medytacji niż niepohamowanemu pędowi ku lepszości. Mój mąż jest zresztą pszczelarzem, ja też bardzo lubię przebywać na wsi. Stan zastygania w bliskości z naturą jest jednym z moich ulubionych stanów, w którym wszystkie te punkty w CV rozmywają się w nieczytelny wzorek :)

K.M.: Czyli z wykonywanych do tej pory profesji jednak teatr jest Pani najbliższy? Tam się Pani czuje lepiej? Czy to właśnie teatr w dużej mierze ukształtował Pani wrażliwość oraz sposób patrzenia na drugiego człowieka i jego potrzeby, lęki, marzenia (które to cechy znalazły swój literacki kształt w Pani książce)?

Ewa Piątek: Teatr był mi mniej więcej obojętny, aż w liceum trafiłam na Festiwal Off-Prezentacje Teatralne poświęcony teatrom offowym (niezależnym, alternatywnym - różnie się je zwie). Jego dyrektorem był Andrzej Stróż, z którym dziś tworzę teatr niebopiekło i Festiwal Inne Sytuacje. Zobaczyłam "Trzeba zabić Pierwszego Boga" Komuny Otwock. To był mój pierwszy kontakt z teatrem tworzonym z głębokiej, przemyślanej potrzeby, z tęsknoty za dialogiem, na tematy dokładnie, demokratycznie przefiltrowane przez zespół. To była zupełnie inna (od teatru repertuarowego) jakość obecności na scenie, trans, klimat, poetyka, która zostawiała niesamowitą przestrzeń dla widza, głębia i totalny odlot. Żyłam tym jeszcze przez kilka dni. Do niebopiekła trafiłam jakiś czas później, myśląc, że może w teatrze przyda się moje pisanie. Ale przydałam się cała ja. Wciągnęły mnie ćwiczenia, treningi ekspresji głosu, odrealniony język ciała daleki od kopiowania codzienności. Drążenie tematów na rzecz przyszłego spektaklu. Spotkanie z własnymi barierami, praca nad świadomością ciała, by sprawnie wypuszczało ono nasze intencje na zewnątrz. Nauczyłam się krzyczeć (wcześniej nie umiałam!). Zostałam w teatrze, ale nie wiąże się to z komfortem, czuciem się lepiej niż gdzie indziej. Chyba przeciwnie: zakładam, że sztuka jest po to, żeby niepokoić, stawiać pytania o to, co w człowieku złożone, trudne, zaskakujące, intymne. Skoro już poświęcam temu czas, to nie chciałoby mi się produkować rozrywki. Na co dzień jest wystarczająco zabawnie, więc niech już teatr będzie miejscem, w którym można zaryć głębiej, pobrać swój zestaw wyzwań do podjęcia.
Ale jest też film. Na przykład ostatnio byliśmy z mężem na Teneryfie i żeby wakacje były produktywne, szukaliśmy tematu na dokument. I tak trafiliśmy na rodzinę, która żyje blisko natury. Ojciec buduje domki z gliny, kamieni, kwiatów, a córka uczy jazdy konnej, urodziła dziecko w jaskini, biega boso po podwórku. To był wyjątkowy dar od losu, że mogliśmy się z nimi spotykać i dzięki filmowi podać ich pozytywny światopogląd dalej ("Z dala od drogi" w kwietniu można było zobaczyć na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Drzwi w Gliwicach). Kamera pozwala "rozpylić" sens wyjątkowego spotkania na więcej osób. Ale też zmusza do wysiłku. Zbliżenie się do bohatera wymaga cierpliwości, wyczucia i konsekwencji w dążeniu do finału, a tego to uczę się dopiero od niedawna i łatwo nie jest!

K.M.: [DROGI_ZAKODOWANY] uczynił z Pani także literatkę. Ewa Piątek to pisarka czy raczej poetka?

Ewa Piątek: Poezję pisałam na fali dorastania (i trochę później, bo mnie ta fala wyniosła), ale nigdy nie zweryfikowałam tak naprawdę swojego warsztatu, nie zdyscyplinowałam się do pisania regularnie. A wydaje mi się, że chociaż w młodości wielu z nas doznaje takiego uwrażliwienia, że pisze i to całkiem nieźle, czas weryfikuje tę intuicyjną twórczość. Ja nie opanowałam poetyckiego warsztatu, "odpadłam" do poezji, więc poetką na pewno nie jestem. Chociaż została ze mną, po tamtym czasie pisania wierszy, taka świadomość mocy słowa. Słowo potrafi pozaginać rzeczywistość, jak kartkę gnie się w sztuce origami, a wtedy płaska zupełnie, nijaka sytuacja nagle nabiera oszałamiająco przestrzennego kształtu. Dorastając, tak zresztą kierunkowałam swój bunt: nie szalałam jakoś specjalnie, ale źle znosiłam przyziemne sprawy, taką oswojoną codzienność, więc starałam się mówić mało, odzywać się wyłącznie DZIWNIE, pisałam też dzienniki, w których udziwniałam swoje wybrane przeżycia. W prozopoetyckim "Drogim Zakodowanym" też zadałam sobie pewien poziom zdziwaczenia narracji. Starałam się to zdziwaczenie utrzymać, czasem za wszelką cenę, co pewnie widoczne bywa w tekście jako takie spięcie techniczne (bo w końcu to taka próba, nie do końca musi być udana...). Jeżeli już którąś z tych dwóch mam być, to chętnie będę pisarką! :) Chociaż myślę, że ten tytuł to trochę na kredyt, bo pierwsza książka może być przypadkiem; zobaczymy czy i jak uda mi się napisać drugą!

K.M.: Poetyckość w [DROGI_ZAKODOWANY], ta „zaginana słowem rzeczywistość” sprawia, że Pani książka prawdopodobnie nie trafi w gust każdego czytelnika. Te liryczne środki wyrazu angażują odbiorcę w pełni, a nie wszyscy mają odwagę tak „wsiąkać” w lekturę. Książka nie należy również do najpopularniejszej teraz fantastyki, nie jest także lekką lekturą wakacyjną. To trudna powieść poruszająca niełatwe tematy. Nie boi się Pani, że ta książka długo będzie szukać swoich czytelników?

Ewa Piątek: Wszystko to prawda! Dosyć nieśmiało podchodzę do promocji swojego "dzieła". Wiem, że jest ciężkie, nie ma w nim luzu i humoru, dłuższą chwilę zajmuje przyzwyczajenie się do języka narracji, a cała ta erotyka nie nastraja dobrze, bo jest siedliskiem zagubienia, człowieczej brzydoty psychicznej. Przyznam, że tę niewygodną atmosferę starałam się nawet zagęścić, bo początkowo książka była dwa razy dłuższa, ale wywaliłam z niej wszystko, co nie wydawało mi się potrzebne. Mój dystans potęguje fakt, że tekst nie jest świeży. Poprawiałam go po latach, przez które bardzo się zmieniłam. Dziś nie czułabym potrzeby podjęcia akurat takiego tematu - tęsknoty za "rozkodowaniem" wielkiej tajemnicy życia i destruktywnej mitologizacji seksu. Do wydania tej książki namówił mnie jednak mój teatralny partner, Andrzej, twierdząc, że to po prostu zasłużona puenta literackiego wysiłku. Redagowanie wyjętego z szuflady tekstu było męczące! Pierwszoosobowa narracja wykańczała psychikę, była dla mnie (po latach odpoczynku od treści) bardzo sugestywna, zresztą słusznie, skoro pisałam, masakrując się wyobrażeniami stanów bohaterki. To było organicznie nieprzyjemne. Siadałam na kilka godzin do tekstu i zamiast cieszyć się z dopracowanych stron, miałam takiego irracjonalnego doła i robiło mi się niedobrze. A ja w ogóle nie jestem typem hobbystycznie się dołującym, więc to było takie brudzenie nastroju czymś niechcianym. Ale jednego jestem pewna: często zdarza mi się kupować książki nieznanych autorów na podstawie opisu i często okazuje się, że w tych streszczeniach więcej jest marketingu, deklaracji bez pokrycia niż prawdy na temat treści. Akurat swojej książce tego nie mogę zarzucić: wydaje mi się, że tak się napracowałam, że ona jest dokładnie o tym, o czym miała być i BARDZIEJ, MOCNIEJ już nie mogłam jej napisać. Jest krótka, ale intensywna.  Zdaję sobie sprawę z tego, że mojej bohaterki nie da się lubić. Ona jest denerwująca i czyni denerwującą całą książkę. Ale tak jak mówiłam, lubię kiedy tworzenie wiąże się z trudem. Czasem trzeba się namawiać na odbiór takiego dzieła, szukać w sobie cierpliwości, ale na końcu okazuje się, że ten dyskomfort był PO COŚ, zostawia nas poturbowanych i sprowokowanych do przemyśleń. Wiem, że to dziś niemodne i nie spodziewałam się pozytywnego odbioru książki. Podobno jestem zbyt samokrytyczna, ale rozsyłając ją w parę miejsc, nie myślałam "ojej, napiszcie dobrze!", tylko nastawiałam się na gotowość, by mądrze przeżyć konfrontację, krytykę, kompletny brak zainteresowania. Także domyślny mój stan względem tej książki to rzeczywiście brak przekonania, że trafi do szerszego grona osób. Tym bardziej dziękuję za tak trafny odbiór i kojącą recenzję na KMM! :) 


K.M.: Wyznała Pani: „sztuka jest po to, żeby niepokoić, stawiać pytania o to, co w człowieku złożone, trudne, zaskakujące, intymne” i teraz już nie ma potrzeby pytać o charakter Pani powieści – to zdanie wszystko wyjaśnia. Przed chwilą dodała: „zdaję sobie sprawę z tego, że mojej bohaterki nie da się lubić. Ona jest denerwująca i czyni denerwującą całą książkę. Ale tak jak mówiłam, lubię kiedy tworzenie wiąże się z trudem.” Ciekawi mnie jak zrodziła się kreacja głównej bohaterki, skąd pomysł właśnie na taką osobowość? Kim ona jest? Czy jest kumulacją tych najbardziej pesymistycznych wizji współczesnego człowieka, zagubionego i samotnego w coraz bardziej anonimowym świecie, w którym zacierają się granice i wartości?

Ewa Piątek: Ona i cała ta jej "poczuciowość" wypączkowała z kilku fragmentów moich dzienników (co na szczęście nie oznacza, że napisałam autobiografię:)). Co więcej - użyłam ksywki swojego zupełnie pierwszego chłopaka, bo bardzo się nadawała znaczeniowo na pseudonim człowieka będącego urojoną bazą w gąszczu relacji damsko-męskich. Podejrzewam, że każdy ma w sobie, w swoim czasie, takie momenty, kiedy błądzi mentalnie, emocjonalnie w rejony, z których niedaleko do przepaści, szaleństwa, samozniszczenia. Ale wycofuje się instynktownie. I każdy funkcjonuje trochę w takim kokonie interpretacji, powidoków, wyobrażeń. Z jednej strony wrażliwość niby zbliża nas do świata, ale z drugiej może zajmować nas tak bardzo, że tracimy kontakt z tym, co po prostu jest; przeżywamy głęboko, ale wektor tej głębi niesie w głąb nas, a nie na zewnątrz, więc oddala nas w odosobnienie. Bardzo mnie to fascynowało, kiedy pisałam. Wiem, że to nic odkrywczego, ale chciałam w to wejść po swojemu, ze swoim pisaniem. Celowo trochę odrealniłam bohaterkę, rozciągnęłam ją w czasie, a jednocześnie okroiłam z dookreśleń. I tak raz studiuje, raz pracuje w Londynie, mieszka z rodzicami, mieszka sama, raz ma 21 lat, a później nie wiadomo ile..., a to wszystko nieważne, to tylko drobne zmienne. Niezmienne są noce, imprezy, ciągłość sekwencji ciał, spotkania z byłym, szukanie Zakodowanego, momenty celebracji własnego uwrażliwienia, picie - wszystko to, co rozpuszcza bohaterkę, nadaje jej takiej gęstości, że można ją wziąć pod tę lupę prozopoetycką i rozbabrać słowem. Zainteresował mnie też taki obrazek, kiedy młoda kobieta mitologizuje kontakty seksualne, czyni seks językiem poznania, uzależnia się tak, że do seksu ograniczają się jej kontakty ze światem. Zainteresowała mnie erotyka jako przestrzeń dla wielu ludzkich doświadczeń: afirmacji, miłości, boskości, poniżenia, manipulacji, autoagresji. Czy to jest kumulacja pesymistycznych wizji człowieka, komentarz anonimowości w dzisiejszym świecie...? Nie wiem, może sama jestem nieco otępiała w swoim "kokonie" :) bo pisząc, interesowałam się wyłącznie jednostką, którą próbowałam poprzestrzelać tekstem jak najgęściej, a nie myślałam o ogóle i diagnozie jego kondycji...

K.M.: Wspomniała Pani o tym, że usilnie starała się udziwnić (utrzymać poziom tego udziwnienia) narrację w [DROGI_ZAKODOWANY]. Czyli utwór (chodzi mi oczywiście o formę) powstał raczej na drodze ciężkiej pracy, wielu poprawek, na szukaniu odpowiednich słów niż był wynikiem spływającej weny, gotowych myśli kłębiących się w głowie?

Ewa Piątek: Spora część tekstu spadła na kartkę (bądź ekran) z powietrza, w jakiejś magicznej chwili, ale później był chaos. Wieczorem w natchnieniu można napisać coś "popłyniętego", a rano okazuje się, że nie wiadomo o czym i po co jest dany tekst i trzeba go wywalić albo przebudować. Ponieważ nie pisałam według planu-szkieletu, tylko dawałam się ponosić na bieżąco, to później trzeba było poustawiać fragmenty tak, żeby droga bohaterki była czytelna, ewentualnie je uzupełniać, stanowczo powyrzucać niepotrzebne. A i samego męczącego poprawiania poszczególnych słów, zdań, skracania zbyt długaśnych oczywiście było mnóstwo i czasami naprawdę nie byłam pewna czy coś z tego wyjdzie. Na koniec bardzo pomogła mi zaprzyjaźniona korektorka, Agata, która w tym czasie pracowała w gazecie i w przeciwieństwie do mnie miała umysł przyzwyczajony do wytwarzania zdań informujących o konkretach. Wyłapała kilka momentów, w których naprawdę przesadziłam z poetyckim rozmemłaniem, z przyzwyczajenia do własnego tekstu i zmęczenia nim straciłam czujność. Tak, to była ciężka praca, mimo że efekt objętościowo tak skromny.

K.M.: Wiemy już, że Pani utwór dojrzewał w domowym zaciszu. Książka przeleżała około siedmiu lat w szufladzie, zanim trafiła na rynek. Dzięki namowom przyjaciela Pani ją wydała. Ale odnoszę wrażenie, że Pani dystans i chyba brak pewności siebie na tym polu (a może to skromność?), sprawiają, że ani nie czuje się Pani jakoś wyjątkowo z tej okazji, ani nie zmieniło to (publikacja) specjalnie niczego w Pani życiu? Mylę się?

Ewa Piątek: Rzeczywiście tak jest. Najpierw długo nie mogłam zabrać się za poprawianie tekstu, nie było też pieniędzy, by wydać książkę, a kilka zapytanych wydawnictw nie podjęło tematu (jedynie Kwartalnik FA-art wydrukował fragment, co było zachęcające), ale inna sprawa, że pisanie nie było dla mnie najważniejszą rzeczą, pozwalałam mu czekać. Kiedy wreszcie poprawiłam książkę i dostałam bydgoskie stypendium, też nie byłam pewna co to właściwie znaczy, bo stypendia to taki kredyt zaufania, komisja nie czyta tekstów, których wydanie wspiera. Ciężko mi uchwycić ewentualny moment sukcesu, chociaż cieszę się, że sfinalizowałam pomysł. Kiedy np. gramy spektakl, czuję, że daję z siebie niesamowicie dużo i od razu dostaję za to skupienie widowni. Jeśli tworzenie to próba podjęcia dialogu, to w przypadku książki te interakcje są trudniej uchwytne, cichutkie i powolne. A ja generalnie mam tak, że doceniam wartość "produktów" własnego tworzenia najczęściej na bazie jej potwierdzenia ze strony innych. Chociaż sam proces twórczy - droga, osobiste doświadczenia na tej drodze to coś niesamowitego, co czuję od razu (często to właśnie droga jest ważniejsza od finału), ale do tego akurat nie potrzeba publikacji czy pokazów. Rzeczywiście wydanie książki niewiele zmieniło w moim życiu. Może gdybym była bardziej zżyta z lokalnym środowiskiem literatów, poczułabym więcej po tej publikacji, bo byłabym na nią jakoś bardziej "nakręcona"...? Cóż, może to dopiero przede mną, może po tym wywiadzie pobiegnę po szampana? :) 

K.M.: Proszę zdradzić, czy myśli Pani o tym, aby potwierdzić swoją pisarskość kolejną publikacją? Drzemie już w Pani jakiś pomysł, jakieś myśli chcą się zmaterializować?

Ewa Piątek: Tak, mam dwa pomysły, ale znowu są niepilne i do tego za młode jeszcze, żeby móc o nich opowiadać. I na tym etapie nie wykluczam, że nie doczekają się należytego zapału z mojej strony i jednak już niczego nie napiszę. Ale mam nadzieję, że uda się i kolejna książka powstanie.

K.M.: A jakie lektury Pani preferuje? Kto jest ulubionym autorem?

Ewa Piątek: Lubię Olgę Tokarczuk, Sylwię Chutnik, Justynę Bargielską, Coetzee, Susan Sontag, Sylwię Plath, Aglaję Veteranyi, Milana Kunderę, Kena Wilbera... ale to tak na dziś, bo mam wędrujące preferencje. Z ludzi teatru uwielbiam czytać Eugenio Barbę i Jerzego Grotowskiego; to są specjaliści, którzy budzą we mnie miłość do warsztatu teatralnego i pozwalają stale na nowo odkrywać jego głęboki sens. Czasem, kiedy mam w głowie zamieszanie, relaksuję np. przy kojącej lekturze Pemy Cziedryn albo np. takim poradniku Joanny Posoch "Lawendowe pole", który podbudowuje marzenie o wyciszeniu na wsi.

K.M.: I na koniec proszę powiedzieć, co jeszcze niezwykłego, oryginalnego czy/i twórczego chciałaby Pani zrobić w życiu? Czego spróbować?

Ewa Piątek: Ciężko powiedzieć o czymś niezwykłym, bo wszystko o czym pomyślę na poważnie staram się stopniowo zmieniać w plan, a plan już niezwykły nie jest, bo jest... na przykład rzetelny :) Ale dwie rzeczy, które mnie kuszą, a na które jeszcze nie mam pomysłu, to śpiewanie (które lubię, ale stosuję bardzo rzadko, przy okazjach teatralnych, a chciałabym systematyczniej i niezależnie) i mieszkanie na Teneryfie połączone z zarabianiem na życie jakąś sztuką uliczną, np. monodramem z akompaniamentem granym na bębnie przez męża :)

K.M.: W takim razie życzę spełnienia marzeń i bardzo dziękuję za tę niezwykłą rozmowę.

Rozmawiała: Kinga Młynarska

Fotografie:
1. A. Maciejewska
2. mat. prasowy
3. M. Dziemitko
4. A. Maciejewska

środa, 18 września 2013

„Szukając Boga” Rozmowa Natalii Świt z o. Leonem Knabitem

"Szukając Boga” to rozmowa z ojcem Leonem Kanbitem autorstwa Natalii Świt. O ile na wstępie mogę powiedzieć, że jest ona przygotowana z sercem i określonym schematem który nadaje książce porządku – nie chciałabym oceniać samych wypowiedzi o. Leona. Trochę się jednak na to pokuszę, bowiem wpływają one na całokształt oceny tej książki. I ile samo przygotowanie a następnie jej zredagowanie mogło być poprawne, jeśli autorka nie otrzymała w wywiadzie odpowiedzi na założone pytania, trudno wyciągnąć z takich wypowiedzi głębszych wniosków.

Sięgając do założeń książki, była to rozmowa osoby poszukującej odpowiedzi na pewne wątpliwości, dylematy związane z zagubieniem się w wierze i roli Kościoła w życiu współczesnego katolika. Odbiorca - mimo nadziei autorki na szersze grono czytelników - jest już tutaj zdefiniowany. Jest ona dla katolików, którzy poszukują, trwają bądź chcą upewnić się, iż „dobrze czynią”.

Książka ta bowiem jest dialogiem człowieka wierzącego, jak najbardziej oczytanego, doświadczonego życiem, niezaprzeczalnie mądrego, lecz mało tolerancyjnego. Wypowiedzi są bardzo stonowane, wręcz PR-owo przemyślane, jednak mimo tego, nie udało się ukryć prawdziwych poglądów o. Leona. Podobnie jak generalizuje się „Kościół”, całą tą wspólnotę którą tworzą ludzie, to w związku z jego demoralizacją poprzez pryzmat złych uczynków małej części przedstawicieli tej wspólnoty (mamy nadzieję, iż jest to mała część), ojciec Leon wrzuca do jednego worka wszystkich ludzi którzy z tego kościoła odeszli. Zapominając iż każdy z nas ma inny bagaż doświadczeń, jest innym człowiekiem i ma prawo inaczej patrzeć na świat.

Jeśli ktoś ma swój rozum, z książki tej przypomni sobie o uniwersalnych prawdach pozwalających być przyzwoitym człowiekiem. O ile o nich zapomniał. W przeciwnym wypadku publikacja ta jako mało obiektywny kult nauki Kościoła, ukierunkowuje swojego odbiorcę. Szerząc pogląd, który przypisuje Kościołowi zasługi przestrzegania zwykłych zasad człowieczeństwa jako tych należących tylko i wyłącznie do niego . Mamy wrażenie jakby tylko chrześcijaństwo miało monopol na dobro. Choć w jednej wypowiedzi ojciec Leon przyznaje, że istnieją też ateiści lepsi od katolików. Nie koniecznie jednak brzmi to jak komplement.

Ojciec Leon w swoich wypowiedziach dotyka uniwersalnych prawd, lecz są one tak oczywiste, że wręcz banalne. Mówi on, iż nie każdy otrzymał dar odczuwania istoty boga która jest możliwa według niego w czasie kontemplacji. Temat braku tego daru nie jest jednak rozwinięty. Nie wiem czy z braku materiału, czy braku takiej potrzeby samej autorki. Uważam, że nie można zapominać iż wegetarianinowi nic nie przyjdzie z przepisu na potrawkę z kurczaka.

Tego właśnie w tej książce mi brakowało. Zrozumienia zagubienia człowieka i pomocy w odnalezieniu tego tytułowego boga. Bądź akceptacji innych wyborów.

Dla kogo jest ta książka? Dla lekko zagubionych katolików, którzy pragną poczuć, że są częścią większej społeczności, która nadal na nich czeka. Oraz uczniami boga w którego wierzą, który nadal oczekuje ich modlitw.

Sylwia Pietryga

środa, 3 lipca 2013

Wywiad z Isabelle Laflèche autorką książki "Kocham Nowy jork"

Isabelle Laflèche – przez wiele lat pracowała jako prawniczka w Nowym Yorku, Toronto i Montrealu. Dziś przede wszystkim pisze książki i pracuje w branży modowej. Na łamach magazynu „Clin d’oeil” publikuje artykuły poświęcone kulturze i modzie. Powieść Kocham Nowy Jork kanadyjskiej pisarki to światowy bestseller. Kontynuacja – Kocham Paryż – już wkrótce.

Wywiad z autorką

Isabelle Laflèche o książce, pracy w kancelariach, modzie…

„Kocham Nowy Jork” przenosi nas do filmowego, wręcz niewiarygodnego świata. Wielkie kancelarie, wyścig szczurów, praca do późna, pokusy wielkiego miasta i zero życia prywatnego – jako prawniczka byłaś tam. Czy to naprawdę tak wygląda?

Dokładnie tak! Pracowałam dla dużej kancelarii prawniczej w Nowym Jorku i później na Wall Street: w biurze spędza się tu wiele godzin, potem czeka noc na mieście z klientami i jeszcze można załapać się na drinka z przyjaciółmi czy kolegami z pracy. To ekscytujące, ale też bardzo wyczerpujące!

Czy mogłabyś przybliżyć główną bohaterkę?

Catherine Lambert to bystra, ambitna, ciekawa wszystkiego dziewczyna, która kocha modę. Za wzór do stworzenia tej, a także wszystkich innych postaci, posłużyli prawnicy, z którymi pracowałam w Nowym Jorku. W kancelarii można spotkać przeróżnych ludzi!

Catherine wpada w sieć intryg. Stara się nie angażować w tego rodzaju sytuacje, ale jest zbyt bezpośrednia i szczera. Czy da się w ogóle uniknąć tego rodzaju dwuznaczności w pracy?
Myślę, że nie da się uniknąć takich sytuacji, zwłaszcza gdy w grę wchodzą pytania dotyczące etyki. Bycie prawnikiem wymaga radzenia sobie z klientami, którzy potrzebują porady w sprawie przestrzegania prawa. Niektórzy decydują się na to, żeby postępować wbrew regułom, lecz ty nie możesz działać w ich imieniu i wbrew ich woli.

„Wielkim wyzwaniem dla mnie jako kobiety było zdobywanie uznania i szacunku ze strony kolegów. Świat kancelarii prawniczych w dużej mierze zdominowany jest przez mężczyzn” – napisałaś przy okazji premiery książki. Czy to nadal aktualne?

Sytuacja odrobinę się poprawiła, zwłaszcza dla młodych kobiet. Ostatnio sprawdziłam statystyki – wynika z nich, że większość studentów kończących prawo to kobiety. Przed nami jednak jeszcze długa droga. Jeśli chodzi o najlepiej płatne prace, na najwyższych stanowiskach, to wciąż istnieje szklany sufit.

Catherine zdobywa wielki świat. Jaką radę udzieliłabyś wszystkim tym, którzy marzą o tym samym?

Determinacja, ciężka praca i dyscyplina. Bycie miłym też nic nie kosztuje.

Praca jest jednym z wiodących tematów w twojej książce. Bohaterowie prawie cały swój czas spędzają w biurze i na biznesowych spotkaniach czy przyjęciach. Gdzie twoim zdaniem jest granica? Nie uważasz, że pracujemy zbyt dużo?

Tak. W Stanach wypruwamy z siebie żyły. A powinniśmy skupić się na jakości, nie na ilości!

Twoja recepta na udany relaks?


YOGA. To najlepsza rzecz, jaką znalazłam!

Drugim wiodącym tematem jest moda. Catherine, wielka fanka światowych marek i projektantów, nie może oprzeć się pokusie, żeby wymknąć się z biura prosto na wielką wyprzedaż Diora. Starannie analizuje swoją garderobę w zależności od planu dnia. Czy myślisz, że ubiór wpływa na jakość naszej pracy?

Nasz ubiór odzwierciedla naszą osobowość: to najlepszy sposób na wyrażenie kreatywności. Jestem przeciwna temu, żeby wprowadzać dress code. Ludzie powinni ubierać to, co najlepiej ukazuje ich osobowość (oczywiście są pewne granice).

Buty na płaskim czy wysokim obcasie – które wybierasz zdecydowanie częściej?

Ostatnio noszę buty na płaskim obcasie. Uwielbiam uczucie wolności, kiedy latem zakładam sandały i baletki. Chociaż przepadam za wysokimi obcasami!

Ciąg dalszy nastąpi. Czy zdradzisz nam, jakie będą dalsze losy przebojowej Catherine?


„Kocham Paryż” zabierze Catherine do zupełnie innego świata. Bohaterka podąży za swoim sercem, namiętnością i rodziną... Nie wspominając o tych wszystkich zdumiewających kreacjach haute couture!



Wywiad udostępniony dzięki Wydawnictwu Literackiemu

środa, 15 maja 2013

Mój Pen Club - recenzja

Seria książek „Na dwa głosy” Wydawnictwa PWN to spotkania nietuzinkowych postaci, zasłużonych dla Polski, ze znakomitymi dziennikarzami. Tym razem rozmowę przeprowadzili Iwona Smolka, wiceprezes Pen Clubu, oraz Adam Pomorski, prezes Pen Clubu od 2010 roku. Rozmówcą był prof. Władysław Bartoszewski, były prezes Pen Clubu w latach 2001-2010, a wcześniej sekretarz w latach 1972-1988, i członek Pen Clubu od 45 lat.

9 maja 2013 r. w siedzibie Pen Clubu w Warszawie, odbyło się spotkanie z prof. Władysławem Bartoszewskim, obecnie prezesem honorowym polskiego PEN Clubu, z okazji wydania książki. Podczas tego spotkania powiedział, że: „to opowieść o tym jak PEN Club oraz należących do niego ludzi postrzegałem, rozumiałem, odczuwałem. Opowieść o moim PEN Clubie".

Czym zatem jest Pen Club, do którego 45 lat temu wstąpił prof. Władysław Bartoszewski?

Jak możemy przeczytać na stronie internetowej P.E.N. Clubu jak również i na stronach książki, to Międzynarodowe Stowarzyszenie Pisarzy z siedzibą w Londynie, które:

„opowiada się za swobodną wymianą twórczości, przeciw antagonizmom narodowym, klasowym, rasowym oraz dyktaturom i cenzurze. Od członków P.E.N., którymi mogą być godni tego pisarze, edytorzy i tłumacze, wymaga się przestrzegania zasad zawartych w deklaracji ideowej Międzynarodowego P.E.N., zwanej Kartą. P.E.N powstał w roku 1921 w Anglii.”

P.E.N. to angielski skrót od słów "poets, essayists, novelists", a także "pen" – pióro. Zatem możemy powiedzieć, że to klub zrzeszający ludzi pióra, których obowiązkiem było przestrzeganie zasad, zapisanych w Międzynarodowej Karcie P.E.N. tj.:

- dbanie o to, aby literatura pozostała wspólną własnością narodów, bez względu na polityczne czy narodowościowe zawirowania,

- żadne okoliczności podczas wojny, nie powinny zagrażać dziełom sztuki i bibliotekom — spuściźnie całej ludzkości,

- członkowie PEN Clubu zobowiązują się uczynić wszystko aby przeciwdziałać rasizmowi, nienawiści klasowej i bronić ideału jednej ludzkości żyjącej w pokoju na świecie,

- członkowie PEN Clubu powinni dbać o nieskrępowany przekaz myśli i walczyć o wolność słowa, zarówno w swoim kraju jak i wszystkich innych narodach,

- opowiadanie się za wolnością prasy i przeciwstawianie się cenzurze w czasach pokoju,

- członkowie zobowiązują się występować przeciwko nadużyciom wolności prasy, typu: kłamliwe publikacje, fałsze, wypaczanie faktów dla celów politycznych i osobistych.

Książka „Mój Pen Club” to bardzo ciekawa historia stowarzyszenia, przedstawiona przez Władysława Bartoszewskiego. Z jego wspomnień dowiadujemy się, jak został członkiem Clubu, kto namówił go do tego, aby wstąpić w jego szeregi i w jakich okolicznościach miało to miejsce. Znajdziemy tu wspomnienia zarówno z czasów II Wojny Światowej jak i lat powojennych, rządów komunistów, czasów „Solidarności” oraz stanu wojennego.

W książce przeczytamy o cenzurze stosowanej wobec ludzi pióra, o odmowach wydania paszportu osobom niewygodnym lub „pyskaczom”, jak o siebie zwykł mawiać profesor Bartoszewski. Do tego dochodziły zakazy publikowania swoich prac, podsłuchy, rewizje, rekwirowanie rękopisów i książek, rzeczy osobistych, aresztowania i wszelkiego rodzaju prześladowania.

„Mój Pen Club” to dla mnie również podróż w czasie i spotkanie z tak wspaniałymi ludźmi pióra jak: Paweł Jasienica, Antoni Słonimski, Jan Parandowski, Czesław Miłosz, Paweł Hertz, Kazimierz Kumaniecki. We wspomnieniach profesora Bartoszewskiego odnajdziemy również obecnego prezydenta - Bronisława Komorowskiego, Jerzego Turowicza – redaktora naczelnego Tygodnika Powszechnego, a także Papieża Polaka – Jana Pawła II.

To książka, w której aż roi się od dat i wielkich nazwisk, która zawiera listy i dokumenty wystawiane przez Pen Club, i przez to zdawać by się mogła nie do przejścia.

Nie obawiajcie się jednak „ciężkości” jej zawartości, gdyż bólu głowy od niej nie dostaniecie, zaręczam! Wręcz przeciwnie – oderwać się od niej nie można! A to za sprawą wspaniałego rozmówcy, jakim jest prof. Władysław Bartoszewski. W sposób szczególny i nie nudny potrafi on omawiać tak ciężkie tematy, wplątując między wiersze zabawne anegdoty.

Czytałam tę książkę jak jedną wielką gawędę, którą żyję przez ostatnie dni. Bo jak tu czuć inaczej, skoro przewodnikiem po historii Pen Clubu jest tak wspaniały gawędziarz!

Recenzję napisała: Beata Dalla Valle

piątek, 25 maja 2012

Wywiad z Aleksandrem Sową, który jako jeden z pierwszych polskich autorów publikuje w Kindle Direct Publishing

Rozmawiam z Aleksandrem Sową - autorem przeszło 20 publikacji i jednocześnie niezależnym wydawcą, który jako jeden z pierwszych polskich autorów publikuje w Kindle Direct Publishing. W drugiej połowie kwietnia pisarz podał do publicznej wiadomości na portalach społecznościowych, jak i na swojej stronie autorskiej (www.wydawca.net), że do odwołania wycofuje się z działalności pisarsko-wydawniczej.


Aleksandra Jakubowska: - Zacznę banalnie.
Dlaczego zawiesiłeś swoją działalność pisarsko - wydawniczą?
Aleksander Sowa: - Bezpośrednim impulsem była negatywna recenzja „Modliszki”, ale myślałem o tym już od jakiegoś czasu. Publikuję mniej lub bardziej na poważnie od 2003 roku i potrzebuję trochę odpoczynku.

A.J. - Odłożyłeś pokazanie światu "Komy"(powieść) i "Pocałunku na do widzenia"(zbiór opowiadań) do szuflady z napisem "bliżej nieokreślone potem". Zdążyłeś już pożałować tej decyzji?
A.S.- Nie żałuję jej.

A.J. - Jesteś skoczkiem spadochronowym i pilotem szybowcowym, jesteś morsem i chodzisz po górach. Pływasz, robisz zdjęcia, piszesz. Skąd w Tobie taki głód życia?
A.S. - Myślę, że mam możliwość realizacji siebie, ponieważ nie mam tego, co mają inni. Czerpię z życia, ile mogę.

A.J. - Co z tego wszystkiego jest Ci najbliższe?
A.S. - To się zmienia zależnie od okresu w moim życiu, ale z pewnością najważniejsze jest pisanie, latanie i skoki.

A.J. - Racjonalizm związany ze skakaniem i pilotowaniem plus sensualność i empiryczność związana z pisaniem zdaje się dawać wybuchową mieszankę osobowości.
Czy tak jest? Jakim jesteś mężczyzną? Jakbyś opisał swój charakter?
A.S. - A ja nie wiem, jaki jestem. O to chyba trzeba zapytać kogoś z moich przyjaciół.

A.J. - Ja samotność szanuję, są chwile, że nawet jej szukam. A Ty?
A.S. - Samotność jest towarzyszką mojego życia, z którą mi dobrze, ale jak z każdą kobietą jest z nią tak, że doprowadza czasem do takiego stanu, że szlag może trafić.

A.J. - Zgodzisz się z tym, że dobra samotność jest lepsza niż złe towarzystwo?
A.S. - Zdecydowanie tak. Tym bardziej dla kogoś kto pisze.

A.J. - Czy pisanie w jakikolwiek sposób Cię rozczarowało?
A.S. - Owszem, nie spodziewałem się, że spotkam się z tak zajadłą krytyką ze strony innych pisarzy. Szczególnie mężczyzn, co ciekawe zresztą.

A.J. - Ważniejszy jest/był dla Ciebie krytyk i jego recenzja czy Twoi czytelnicy?
A.S.- Dla mnie liczy się wyłącznie opinia czytelników. Dla nich przecież piszę, nie dla krytyków. Ich opinia może mnie co najwyżej zaboleć, bo z pewnością uznają, że nie umiem pisać i jestem grafomanem, ponieważ nie wyda mnie WAB albo Prószyński.

A.J.- Sam siebie wydajesz. Książki wydane w WAB czy Prószyński nie mają z automatu przyklejonej etykiety "nie grafoman". Etykietują ludzie a nie miejsca.
A.S. - Niestety "miejsca" mają znaczenie. Ogromna rzesza ludzi myśli tak: „wydał sam siebie, znaczy napisał „gniota” i nikt nie chciał go wydać. Grafoman.” A z drugiej strony: „Aha wydał w wydawnictwie, i to znanym, dużym, z tradycjami: znaczy dobre”. Najgorsze, że w 80% jest to prawda.

A.J. - Są też Ci, którzy pomyślą, że wydał sam siebie, ponieważ chce być niezależny. Co nie znaczy gorszy. I Ci sami sięgną po niego, by przekonać się jak pisze taki nieograniczony niczym autor. Potem go (d)ocenią. W wydawnictwie, tym dobrym, też ocenia człowiek, który podobno sie na tym zna. Jak przystało na człowieka może sie pomylić. Czytelnicy oceniają treść a nie całą otoczkę.
A.S. - Tak, ale to underground. Mniejszość. I ja tę mniejszość wybrałem. Albo to ona wybrała mnie. Choć nie do końca przecież, bo współpracowałem z kilkoma wydawnictwami i to o dość dużej tradycji, jak na przykład Wydawnictwo Komunikacji i Łączności i stąd wiem, że praca pisarza 1.0 jest o wiele łatwiejsza niż pisarza niezależnego. I to pod wieloma aspektami.

A.J. - "Modliszka" to Twoja ostatnia opublikowana powieść. Najmłodsze dziecko. Pisałeś ją kilka lat. Skąd wzięła się potrzeba napisania tej książki? Pamiętasz ten moment?
A.S. - Niestety pamiętam go doskonale. Jest zbyt osobisty, aby o nim mówić. „Modliszkę” pisałem prawie 3 lata. Uważam, że jest moją najlepszą powieścią, choć jak pokazały recenzje czytelników jest oceniania najsłabiej. Ale jestem z niej bardzo zadowolony (poza korektą - to zupełnie inny temat, korektorka odwaliła fuszerkę). Potrzeba napisania tej książki wzięła się stąd, że w wniknąłem w środowisko skoczków Aeroklubu Opolskiego i to co mnie spotkało, było tak ciekawe, że nadawało się na powieść. Trochę szokującą i być może trudną, ale w moim odczuciu bardzo ciekawą.

A.J. - Od czego zacząłeś? Jesteś w stanie przywołać w pamięci pierwszy fragment, pierwsze zdanie?
A.S. - „Wyszedłem na balkon. Mieszkam na 9. piętrze. Chciałem popełnić samobójstwo.” Głupie, co? Ale taka jest prawda.

A.J. - Nie, to nie jest głupie. Czytelnicy często nie wiedzą, jakie zdanie powoduje resztę książki. To powieść, która zostawia ślad po sobie. Masz tego świadomość, prawda?
A.S. - Nie chciałbym, aby czytelnicy wiedzieli, gdzie jest prawda, a gdzie literacka fikcja.

A.J. - A to, że "Modliszka" zostawia ślad? Masz tę świadomość? Ta książka boli.
A.S. - Tak myślisz? Ciekawe kogo bardziej boli. Mnie jako autora, który wypruł flaki przed czytelnikiem, czy czytelnika, który w tych flakach grzebie i sprawia mu to przyjemność albo i nie. Jeśli mu ją sprawia i zostawia ślad, to dla mnie sukces. To znaczy, że rozcięcie jamy brzusznej nie było zbyteczne. Myślę, że „Modliszka” zostawia ślad tylko u niektórych.

A.J. - Czytelnik we flakach nie grzebie. Czytelnik tylko porusza się po ścieżkach, które autor w tych flakach ułożył. Czytelnik, nawet ten z minimalną dawką wrażliwości współodczuje cały ból zawarty w tej książce. Czytasz swoje książki? Już po opublikowaniu, pokazaniu światu, po ich wystygnięciu. Wracasz do nich po jakimś czasie od wydania?
A.S. - Tak. I szlag mnie trafia, że tak beznadziejnie mogłem je napisać. Zwykle są wtedy poprawiane, stąd nie znoszę tego robić. Poprawianie to nudna robota.

A.J. - Chciałbyś napisać książkę uniwersalną?
A.S. - Znaczy się, że dla wszystkich?

A.J. - Znaczy się dla wszystkich.
A.S. - Nie chciałbym.

A.J. - Podobno czasami ludzie stawiają ścianę nie po to, by trzymać innych z daleka, ale po to, by zobaczyć komu wystarczająco zależy, by ją zniszczyć. Zgodzisz się z tym?
A.S. - Możliwe. Ale ja nie należę chyba to takich ludzi.

A.J. - Dotyk, wzrok, słuch, smak czy węch?
A.S. - Węch.

A.J. - Najmocniejszy podobno jest zapach adrenaliny. Ta niepowtarzalna mieszanka złudzeń, marzeń, rozczarowań i nadziei. Opowiedz bardzo proszę, już na koniec, jak pachnie powietrze na wysokości 4 000 m?
A.S. - Na pewno zupełnie inaczej niż gdzieś na dole. Jest przede wszystkim zimne, mniej więcej 25 stopni niż na poziomie gruntu. Faktycznie ten zapach jest mieszanką adrenaliny ze strachem. Sądzę, że ten moment, kiedy otwierają się drzwi samolotu na kilka sekund przed skokiem, jest szokujący. Nic przecież dziwnego, bo po skoku w niespełna minutę przeżywa się więcej emocji niż wielu ludzi nie doświadczy ich przez całe życie. Polecam.:)

A.J. - Serdecznie dziękuję za rozmowę.

wtorek, 31 maja 2011

Wywiad z Patrykiem Danielem Garkowskim

Patryk Daniel Garkowski to pisarz, artysta i działacz naukowy. Urodził się 23 sierpnia w roku 1996. Jego głównymi kierunkami zainteresowań jest historia, filologia polska, a także biologia, chemia, biofizyka i technika. Oprócz tego Patryk Daniel Garkowski interesuje się medycyną, anatomią i ewolucją, prawem oraz funkcjonowaniem społeczeństwa na przestrzeni wieków. Jego teksty są cennym, bogatym materiałem o klarownej, wielobarwnej treści.

Patryka Garkowskiego fascynują ogrody, szczególnie naturalne, ponieważ obfitują w dziką florę i faunę. Zainteresowanie nauką miało silne odkształcenie w Jego poglądach, na przykład opisujących zjawiska przyrodnicze zachodzące na naszej planecie. Oprócz tego Patryk D. Garkowski zaczął pisać wiersze i utwory prozatorskie, szkicować i malować obrazy ekspresjonistyczne. Wówczas działacz naukowy oddalił się od tradycyjnego życia nastolatka i poświęcił swoje życie nauce, sztuce i literaturze.

Oprócz talentu literackiego Twórca rozwija się w sztuce (tworzy obrazy ekspresjonistyczne, stanowiące nowoczesne spojrzenie na zmiany zachodzące we współczesnej kulturze), a także w poznawaniu sekretów astronomii, kosmologii. Duże nadzieje pokłada w terraformowaniu planet jako drodze ku ocaleniu naszego gatunku. Autor kieruje w życiu się łacińskim zdaniem: Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pisma pozostają). Bogate spektrum zainteresowań Patryka Garkowskiego objawia się jego wynikami w nauce. Przez wszystkie lata edukacji Autor zdobywał świadectwa z czerwonym pasem i uznanie wśród środowiska szkolnego.
( źródło informacji: http://nakanapie.pl/autor/patryk-daniel-garkowski)

Książki, które napisał to:

1."Najpiękniejsze stolice w Europie"
2. "Repetytorium z historii ogólnej"
3. "Konsolidacje"
4. "Perłowy konterfekt" - najnowsze dzieło, które można nabyć tutaj: http://www.radwan.pl/index.php?page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&product_id=379&category_id=40&option=com_virtuemart&Itemid=242&vmcchk=1&Itemid=242



WYWIAD:

1. Masz zaledwie 14 lat. Skąd w tak młodym wieku zamiłowanie do poezji?
Poezja to czysty oraz piękny kryształ. Pisanie wierszy sprawia mi ogromną radość, ponieważ mogę podzielić się z innymi swoimi myślami, emocjami i poglądami.

2. Skąd czerpiesz inspiracje do swoich wierszy?
Inspiruję się wszystkim co mnie otacza: środowiskiem naturalnym, chemią, fizyką, historią cywilizacji, sztuką, dziedzictwem naszego gatunku. Ekspansja człowieka, przyroda, materia są dla mnie wspaniałym źródłem inspiracji.

3. W jaki sposób piszesz? Czekasz na wenę i wtedy dopiero siadasz i piszesz czy bierzesz kartkę papieru i zaczynasz tworzyć?
Z pewnością wszystko się koreluje. Rzeźbię słowa analizując moje myśli, emocje… Później proste słowa staram się zastąpić bogatszymi odpowiednikami. Często wracam do moich wierszy i dokonuję ostatecznych poprawek.

4. Młodzi ludzie raczej niechętnie czytają poezję. W jaki sposób zachęciłbyś ich do lektury wierszy?
Obcowanie z poezją to prawdziwa przyjemność. Wydaje mi się, że w czasach współczesnych niektórzy młodzi ludzie zapominają o tym. Wolą słuchać bez przerwy satanistycznej muzyki, bardzo długo grać w gry komputerowe, ciągle oglądać telewizję. Jest mi przykro z tego powodu, że w takim złym kierunku ewoluuje część społeczeństwa.

5.Z Twojego życiorysu wynika, że interesujesz się wieloma rzeczami. Jak godzisz to wszystko z nauką?
Staram się godzić pasje oraz twórczość z obowiązkami szkolnymi. Pomaga mi w tym moja determinacja i chęć studiowania.

6. Czym tak naprawdę chciałbyś się zająć w przyszłości? Czy połączysz te wszystkie dziedziny?
Wkrótce nadejdzie czas wyborów, kiedy to będę musiał wybrać dalszą ścieżkę mojego rozwoju. Nie ma uniwersalnych studiów, które godziłyby wszystkie moje zainteresowania. Zastanawiam się nad kierunkami humanistycznymi lub chemią.

7. Jak zauważyłam założyłeś bloga. Dlaczego? Chciałbyś przez niego kontaktować z innymi ludźmi?
Tak, ponieważ lubię się dzielić z innymi tym co robię. Kontakt z czytelnikami sprawia mi niewyobrażalną radość.

8.Jakie jest Twoje największe marzenie ?
Moje największe marzenie to otrzymać Nagrodę Nobla. To by było najwspanialszym uwieńczeniem mojego życia. Może kiedyś zasłużę na takie wyróżnienie ?

9.Interesujesz się także historią. Wielu młodych ludzi jednak nie chce się jej uczyć. Masz jakiś pomysł by zainteresować młodych przeszłością?
Korzystamy z dziedzictwa naszych przodków, istniejemy dzięki historii. Powinniśmy fascynować się historią naszej planety.

10. Co jest najważniejsze dla Ciebie w życiu?
Moje życie opiera się na nauce, sztuce, literaturze… Bardzo chcę tworzyć i płodzić owoc mojej pracy literackiej, naukowej... Tworzenie dla ludzi zarówno tej epoki jak i przyszłych stuleci wywołuje we mnie deszcz szczęścia.

11. Jakie plany literackie masz w niedalekiej przyszłości?
Aktualnie mam w planach napisanie e-booka o mojej wizji edukacji we współczesnym świecie nauczania.

Dziękuję za rozmowę i poświęcony mi czas.



Wywiad został przeprowadzony przez administratora strony Książki Moja Miłość Monikę Walas.