Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angelika pisula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angelika pisula. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2014

"Ptasi śpiew" - Sebastian Faulks RECENZJA

Za każdym razem, gdy czytam powieść wojenną wydaje mi się, że to już wszystko, co można na temat konfliktów zbrojnych powiedzieć. Jednak wciąż sięgam po kolejne i okazuje się, jak wielką ignorantką wciąż jestem, jak niewiele rozumiem z tych tragicznych wydarzeń, które rozegrały się w historii świata nie raz, nie dwa, a wiele, wiele razy i wciąż na nieszczęście powtarzają się w różnych zakątkach globu. Sebastian Faulks w swojej bestsellerowej powieści "Ptasi śpiew" pokazuje nam wydarzenia I wojny światowej z wielu różnych perspektyw, każda wzruszająca, przemawiająca do głębi.

W roku 1910 Stephen Wraysford przybywa w sprawach zawodowych do Anglii, do domu francuskiego przemysłowca René Azaire'a. Jednak bardziej od fabryki tekstyliów interesuje go jego młoda żona, Isabelle. Historia jej życia u boku męża i jego dwójki dzieci jest pełna cierpień, niespełnionych pragnień i zduszonych ambicji. Romans ze Stephenem przekreśla całe jej dotychczasowe życie, zmusza ją do ucieczki wraz z kochankiem, kiedy wszystko wychodzi na jaw. Pewnego dnia, gdy Isabelle dowiaduje się, że jest w ciąży, znika bez słowa. Tamte dni powracają wielokrotnie do Stephena podczas ciężkich, niebezpiecznych chwil na polu walki podczas I wojny światowej. Pokazują wielki kontrast nie tylko pomiędzy sielanką życia w pokoju a krwawą walką o przetrwanie, ale także ukazują zmiany psychiczne, jakie zaszły w głównym bohaterze. Prawdę o dalszym życiu Stephena odkrywa przed nami także jego wnuczka Elizabeth, która około 40 lat później szuka swoich korzeni w pamiętnikach dziadka.

„Ptasi śpiew” jest powieścią uważaną za genialną i w dużej mierze zgadzam się z tym stwierdzeniem zwłaszcza, jeśli chodzi o sposób pokazania okrucieństwa wojny. Trup ściele się gęsto, brak tu jakichkolwiek ubarwień, a wręcz każda pojedyncza śmierć ukazana jest ze szczegółami budzącymi odrazę i przerażenie. Bardzo ważne jest również ukazanie psychiki żołnierzy, którzy boją się, nie rozumieją sensu swoich działań, cierpią, są samotni i przerażeni zmianami, jakie w nich zachodzą. Stają się nieczuli na śmierć, obojętni prawie niezdolni do zwykłego ludzkiego odczuwania. Każdy z nich radzi sobie na swój sposób, niektórzy nie radzą sobie wcale z samotnością, strachem, okopowym życiem, gdzie brak podstawowych wygód i podstawowych uczuć. Bardzo działające na wyobraźnie są także relacje tzw. szczurów kanałowych, czyli saperów pracujących w głębokich i bardzo wąskich tunelach. Często ich poświęcenie nie jest doceniane, gdyż nie walczyli z bronią w ręku, jednak ich zmagania z brakiem powietrza, klaustrofobią i strachem, że w każdej chwili mogą zostać żywcem pogrzebani na pewno dorównują doświadczeniom żołnierzy piechoty.


Sebastian Faulks miał z góry założony cel: zszokować, wzbudzić mnóstwo emocji, dać świadectwo ludziom, którzy, żyjąc w czasach pokoju, nie są w stanie zrozumieć tamtych krwawych lat. Udało mu się to, choć często odbywało się to kosztem autentyczności. Jak dla mnie zwłaszcza niesamowite historie o tym, jak Stephen unika śmierci od razu przywodziły mi na myśl filmy takie jak „Szklana pułapka” czy „Mission impossible”. Również niezbyt naturalne wydało mi się w zasadzie nieuzasadnione zainteresowanie Elisabeth I wojna światową i dziadkiem, o którym to nie myślała do tej pory wcale i wiele innych zachowań, sytuacji w książce, których opisanie byłoby pewnie spoilerem. Wniosek jest jeden: tę książkę należy czytać sercem, a nie rozumem, ale przeczytać na pewno trzeba. 

Angelika Pisula

Za książkę dziekujemy

piątek, 14 lutego 2014

"Cena ciała" - Marek Weiss RECENZJA

Co robi prostytutka po pracy? A kogo to obchodzi? „Dobrzy” ludzie nie zajmują się TAKIMI sprawami, a „niedobrzy” korzystają z ich usług, a więc życie tych kobiet interesuje ich tylko przez okres od pierwszego drinka do zapłaty. Jednak są ludzie, którzy patrzą zawsze głębiej, a w każdym człowieku szukają po prostu człowieka; z kompleksami, lękami, ranami z przeszłości i strachem o przyszłość. Jednym z nich jest Marek Weiss, autor powieści "Cena ciała" , która daje głos kobicie uznanej za upadłą, wyjętą z ram społeczeństwa, jednak dla siebie wciąż widzącą nadzieję na lepsze życie.

Powieść pisana jest w formie bloga głównej bohaterki, która za namową brata postanawia spisywać swoje przemyślenia. Społeczność internetowa szybko dzieli się na dwa obozy; tych potępiających, agresywnych, skorych do rzucania kamieni i tych, którzy rozumieją, współczują, a nawet podziwiają. Internetowy pamiętnik staje się nie tylko odskocznią od życia pełnego brutalności i przemocy, ale także jest świadkiem, czy nawet motorem do zmian wewnętrznych, jakie zachodzą w prostytutce. Obserwujemy, jak zmienia się jej pogląd na życie, jak zmieniają się jej pragnienia i potrzeby. Do głosu dochodzą wreszcie marzenia o bezpieczeństwie, miłości, byciu potrzebną w inny sposób niż do tej pory. Jednak czy jest to możliwe z bezwzględnym alfonsem deptającym po piętach i grożącym śmiercią? Czy jest to możliwe z tyloma wewnętrznymi demonami przeszłości, które domagają się zapłaty?

Stosunek bohaterki do samej siebie i swojej profesji nie jest jednoznaczny. Z jednej strony wyczuwamy brak szacunku do własnego ciała, kobieta nazywa siebie „kurwą”, „dziwką”, jednak głównie jest to gorzkie powtarzania obelg rzucanych jej w twarz przez społeczeństwo. Sama szuka dla siebie usprawiedliwienia, w jej rozmyślaniach na tematy religii, wiary, moralności wyczuwamy dużą dozę liberalizmu. Ona nie uważa, że to, co robi jest złe, jest zobojętniła, bardzo cyniczna, zgorzkniała. Świat opisuje prosto, z brutalną szczerością, nie stroniąc od naturalnego dla siebie wulgarnego języka.

Czytelnik doświadcza podczas lektury „Ceny ciała” szerokiej gamy uczuć. Odrazę, współczucie, zgorszenie, nadzieję. Czy tak naprawdę może wyglądać czyjś świat? Czy istnieją ludzie tak bezwzględni, okrutni? Każdy, kto ma choć odrobinę empatii i serca musi kibicować głównej bohaterce w jej dążeniu do rozgrzeszenia, do zawrócenia z tej drogi. Obserwowanie jej poczynań, jej tragicznych w skutki decyzji sprawia, że napięcie nie opuszcza ani na chwilę. Język książki jest tak naturalny i autentyczny, że trudno uwierzyć, że napisał to zwyczajny mężczyzna, reżyser. Marek Weiss stworzył historię niemożliwą do jednoznacznej oceny. Kontrowersyjne stwierdzenia, spojrzenie na świat, poglądy na temat wymierzania kary przez ludzi, na temat Boga i jego miłosierdzia; wszystko we mnie buntowało się przeciwko nim, ale… nie mogę, nie potrafię pozbyć się pragnienia, aby dziewczyna na okładce książki odwróciła się do mnie, abym mogła spojrzeć jej w oczy i powiedzieć „rozumiem cię”, mimo że na pewno by mi nie uwierzyła.

Angelika Pisula


Za książkę dziękujemy

czwartek, 31 października 2013

Edward Stachura „Dzienniki. Zeszyty podróżne 2”

Edward Stachura to człowiek, który istnieje w moim życiu od dawna. Jego poezja, proza, życie powracały do mnie jak bumerang, fragmentarycznie, nieregularnie, ale za każdym razem budziły we mnie wiele emocji, porozrzucanych kawałków myśli, które wciąż domagały się jakiegoś usystematyzowania. Najpierw śpiewałam piosenki w wykonaniu zespołu Stare Dobre Małżeństwo „Nie rozdziobią nas kruki”, „Opadły mgły”, „Jest już za późno”, później przemawiać do mnie zaczął Człowiek-Nikt i Się, aż w końcu sam Stachura w swoich dziennikach.

„Dzienniki. Zeszyty podróżne 2” obejmują sześć ostatnich lat życia tego poety wyklętego, a więc 1973-1979. Jest to okres jego podróży do Ameryki, podczas której Stachura dużo pisał, tracąc wiele okazji do zwiedzania tego odległego kraju, gdyż tak bardzo pochłaniała go twórczość. Jednak przede wszystkim, zwłaszcza końcowa część publikacji, jest wzruszającym portretem człowieka złamanego przez życie, który coraz bardziej popada w chorobę psychiczną, w depresję. Poznajemy najbardziej intymne myśli Steda oraz powody, które popchnęły go do samobójstwa.

Przyznaję szczerze, nie jest to pasjonująca lektura o wartkiej akcji, wręcz przeciwnie, zdarza się, że przez kilka stron wertujemy jedynie listę zakupów oraz spraw do załatwienia. Wydaje mi się, że osoby, nieznające bliżej Stachury bardzo szybko się znudzą i zniechęcą. Jednak dla mnie nawet te pozornie nieciekawe fragmenty stanowiły kompendium wiedzy o poecie. Dziwne to uczucie, ale także pasjonujące, uświadomić sobie, że osoba-legenda to taki sam człowiek, jak każdy z nas, piorący sobie skarpetki, kupujący masło, grający w szachy czy chodzący do dentysty.

Życie Steda było bardzo nieregularne i spontaniczne. Podróże, często przypadkowe miejsca docelowe, wielu poznanych ludzi, rozmów poważnych i niepoważnych, dużo alkoholu, hazardu, mnóstwo sztuki i poezji… i oczywiście miłość. Niestety „(…) Zeszyty podróżne 2” nie obejmują burzliwego małżeństwa Stachury z Zytą Orszyn, któro odcisnęło niewątpliwie trwały ślad na psychice poety. Nawet po tylu latach mężczyzna wciąż wspomina swoją „Gałązkę Jabłoni”, a w kolejnym romansie doszukuje się próby zapomnienia o eks-małżonce.

Zeszyty Edwarda towarzyszyły mu wszędzie, a więc były także miejscem, gdzie poeta zapisywał swoje pomysły na nowe utwory. Często także właśnie na tych stronach przeczytać możemy pierwowzory znanych nam dziś dzieł. Jest to niesamowite, śledzić, jakie zmiany zostały wprowadzone, jak ewaluowały teksty i wiersze, a także, jak wiele pomysłów nigdy nie zostało zrealizowanych. Ta książka to kopalnia cudownych cytatów, przemyśleń, które nigdy nie stracą na znaczeniu, które trafiają w serca. Biografia Stachury budzi jednak strach, że ktoś, kto myślał jak my, kto pisał w taki sposób o życiu, swoje własne zakończył tak drastycznie. Co będzie z nami? Dajmy czasowi czas…

Angelika Pisula

Za książkę dziękujemy:



czwartek, 10 października 2013

Gertrud Höhler „Matka chrzestna. Jak Angela Merkel przebudowuje Niemcy”

22 września 2013 r. w Niemczech odbyły się wybory do Bundestagu, w wyniku których Angela Merkel rozpoczęła trzecią kadencję jako kanclerz Niemiec. Poparcie dla jej partii to prawie 42 %, nic więc dziwnego, że zaraz po głoszeniu wyników na jej twarzy zawitał szeroki uśmiech, który jeszcze tego samego dnia mogliśmy podziwiać w większości gazet w Niemczech i innych krajach Europy. Co jednak z pozostałymi 58% wyborców? Co myślą, dlaczego nie dołączą do grupy wspierającej Merkel? Wśród nich jest znana publicystka, eseistka i ekspert w sprawach gospodarki i polityki przez wiele lat związana ze sprawami Helmuta Kohla Gertrud Höhler, która nie boi się odpowiadać na te pytania, czego dowodem jest między innymi jej najnowsza książka „Matka chrzestna. Jak Angela Merkel przebudowuje Niemcy”.

Już okładka polskiego wydania książki budzi duże kontrowersje i dość skrajne uczucia w czytelniku, które w miarę czytania są wciąż podsycane i wzmacniane. Oto premier Polski Donald Tusk całuje służebnie Angelę Merkel w rękę. Wydaje się znajome? Nic dziwnego, w końcu, jak zostaje nam wyjaśnione na obwolucie, scena ta łudząca podobna jest do kadru z filmu „Ojciec chrzestny”, kiedy w podobny sposób jeden z mafiosów składał hołd Don Corleone. Sugestia dość jednoznaczna. Ciekawość wzbudzona, pora zerknąć do treści.

Gertrud Höhler jest kobietą bardzo odważną, nie zwraca uwagi na polityczne konwenanse, nie boi się kontrowersji i krytyki. Ma jasno wyznaczony cel, którym jest pokazanie takiej Merkel, jakiej nie znajdziemy w telewizji czy innych publicznych źródłach. Ukazuje nam przywódczynię Niemiec jako bardzo sprytną manipulantkę, która czai się, obserwuje, unika niewygodnych odpowiedzi i wciąż tylko szuka okazji i sposobów do tego, aby wspiąć się coraz wyżej po szczeblach kariery. Najlepiej po trupach. To właśnie ma być jej celem, nie dobro narodu ani Europy, tylko władza. Aby ją uzyskać „królowa olch”, bo tak jest nazywana, w zależności od sytuacji przyjmuje programy polityczne innych partii, likwiduje przeciwników lub tych, którzy jako sojusznicy na nic się jej już nie przydadzą. Co taki sposób sprawowania władzy oznacza dla Niemiec? Jaka jest przyszłość Europy? Na te pytania Gertrud Höhler stara się znaleźć odpowiedzi. Czy jej się udało? I co najważniejsze, na ile można wierzyć jej ocenie?

Nie da się ukryć, że „Matka chrzestna” wydaje się być bardzo rzetelną, szczegółową i dopracowaną próbą przedstawienia biografii i charakterologii żelaznej damy Europy. Wiadomo, że różnie można odbierać każdego człowieka, jednak portret Angeli Merkel wyłaniający się z opisu pani Höhler tak bardzo różni się od tego, który miałam do tej pory, że wydaje się aż niewiarygodny. Jednak zdolności analityczne autorki, jej sposób przedstawiania faktów, zestawiania ich i umiejętność odnajdywania powiązań sprawił, że i ja dałam się uwikłać w ten proces oskarżania Merkel o różne niecne zamiary. Jednak nie daje mi spokoju zbytnia jednostronność oceny, jaką prezentuje autorka tej publikacji. Nigdy nie wydaję tak kategorycznych osądów, ponieważ dla mnie żadna osoba nie jest w stu procentach czarna, ani w stu procentach biała. Angeli Merkel ufa prawie połowa obywateli Niemiec i pewnie wielu obywateli Europy. Czy mogą mylić się aż tak bardzo?

Podsumowując ,„Matka chrzestna” jest bardzo obszernym i ciekawym materiałem, uważam jednak, że nie powinien być jedynym źródłem, na którego podstawie wypracowywać będziemy swoje własne zdanie na temat Angeli Merkel i współczesnych Niemiec.

Angelika Pisula
                                                      Za książkę dziękujemy

Brian Draper „Mniej znaczy więcej”

Każdy chce poznać tajemnicę życia, prawda? Jakby to było wiedzieć, jak postępować, aby być szczęśliwym i spokojnym? Cudownie. Tylko jest jeden mały problem… aby znaleźć, trzeba zacząć szukać. A kto ma na to czas? Przecież trzeba pracować, sprzątać, gotować, biegać na spotkania, uczyć się, obierać telefony, wysyłać e-maile, sprawdzać facebooka, robić zdjęcia obiadów na instagram itd.… „Duchowość dla zabieganych” – to podtytuł książki Briana Drapera „Mniej znaczy więcej”, moim zdaniem jest to jednoznaczne z tym, że jest to książka uniwersalna.

Trzymanie w ręce tej pozycji oznacza dla czytelnika rozpoczęcie bardzo specjalnej podróży do własnego wnętrza. Trzeba być na to gotowym, żeby nie uronić żadnej ważnej wiadomości zakodowanej dla nas przez Briana w gąszczu metafor, anegdot i ludzkich historii. Obowiązkowo trzeba wyłączyć telewizję, radio, telefon, zamknąć drzwi, a otworzyć serca i umysły. Mi najlepiej czytało się wieczorem, przy lampce, gdy wszyscy już spali. To był moment, kiedy mogłam się zatrzymać, rozejrzeć, posłuchać, bo do tego właśnie nakładania nas autor tej książki. Aby przestać biec, przestać bezsensownie kupować, niesprawiedliwie oceniać, a zapoznać się z tym, co się już posiada i nauczyć się wykorzystywać to jak najpełniej w każdej sekundzie.

Nie mogę powiedzieć, że przyjęłam każde zdanie tej książki bez zastrzeżeń, jestem z natury bardzo sceptyczna. Czasami to, co było opisywane wydawało mi się zbyt utopijne, naiwne nawet, zdania zbyt „uduchowione”. Jakoś nie mogłam znaleźć w sobie entuzjazmu do „dostrzegania kwiatów na betonowym chodniku duszy”. Jednak i ja znalazłam tu wiele fragmentów, które naprawdę mnie poruszyły, które potrafiłam odnieść do własnego życia. Autor w swoich rozważaniach odwołuje się do różnych sposobów życia i myślenia, dzięki czemu trafi zarówno do osoby religijnej, jak i do ateisty. Dlatego też jedne fragmenty do mnie przemówiły, a inne nie, ale nawet te miały swoją rolę w funkcji terapeutycznej, jaką posiada ta książka. Gdy czytałam, odczuwałam spokój w duszy, wyciszałam się, otwierałam na słowa, na przekaz, jakbym nastawiał się na odbiór jakiś innych, wyższych fal.

Brian Draper bardzo mi pomógł uporządkować myśli, które od jakiegoś czasu kłębiły się mojej głowie i nie byłam w stanie ich uporządkować. „Mniej znaczy więcej” to dla mnie plan, który wypełniałam punkt po punkcie, po kolei otrzymywałam tematy, które układałam sobie w głowie. Ta książka to materiał, podpowiedź, historię natomiast piszemy my sami. Możemy w tym celu korzystać z manifestów, jakie po każdym rozdziale podaje nam autor. Mamy w nich zawarte różne zadania, które starałam się wypełniać w swojej codzienności. To takie proste gesty, jak zamknięcie oczu, rozejrzenie się wokół siebie, posadzenie słonecznika, które pokazują nam, jak ważne w życiu są małe rzeczy, gesty, krótkie ulotne chwile.

Tak, jak napisałam na wstępie, polecam tę książkę każdemu, ponieważ każdy z nas, niezależnie od tego, czy sobie to uświadamia czy nie, potrzebuje chwili oddechu, odpoczynku w tym szalonym biegu, w jaki zamieniło się nasze życie. Nawet drobna zmiana, którą możemy wprowadzić może być dobrym początkiem, aby żyć pełniej i lepiej.

Angelika Pisula

Za książkę dziękujemy:

wtorek, 24 września 2013

Ziemia kłamstw - recenzja

Przy okazji recenzowania tej powieści zastanawiałam się po raz kolejny, czy mogę oceniać książki przez pryzmat tego, czego się po niej spodziewałam na podstawie opinii innych, okładki czy opisu na niej. Znaczy, móc pewnie mogę, bo kto mi zabroni, tak? Ale czy taka ocena jest sprawiedliwa? Co w końcu autor ma do tego, co się akurat w mojej główce zalęgło w dodatku pod wpływem osób, które z nim samym i z jego procesem twórczym nie mają właściwie nic wspólnego? Zainspirowana takimi rozważaniami, piszę tę recenzję nie zważając wcale na oczekiwania, jakie miałam zanim przeczytałam pierwsze zdanie.

Cała historia toczy się w obrębie jednej norweskiej rodziny, a raczej grupy osób, które łączą więzy krwi, gdyż z prawdziwą zażyłością rodzinną stosunki między matką, ojcem, ich trzema synami Torem, Erlendem i Margido, oraz córki jednego z nich Torrun, w każdej właściwie możliwej kombinacji, mają niewiele wspólnego. Erlend, homoseksualista, nieakceptowany przez bliskich ze względu na swoją orientację seksualną, wyjeżdża do Danii i przez dwadzieścia lat nie daje znaku życia. Skupia się na karierze dekoratora wystawowego i swojej miłości do mężczyzny o imieniu Carl.

Margido również nie odwiedza rodzinnego gospodarstwa, mimo że prowadzi zakład pogrzebowy w okolicy. Jedynie najstarszy syn Tor całe swoje życie poświęcił dbaniu o rodzinne interesy, którymi na początku była hodowla krów, a później świń. Zwierzęta i wiekowa już matka są całym jego życiem, do którego sporadycznie i jedynie telefonicznie dołącza jego córka Torrun. Ojciec… ojciec to w zasadzie jednie stary człowiek szwendający się bez celu po domu i wykonujący dane mu polecenia. Od zawsze, na zawsze.

Nagle z powodu nieoczekiwanej choroby matki wszyscy ci, praktycznie obcy sobie ludzie, spotykają się nad jej łożem śmierci. Muszą zmagać się ze wspomnieniami, własnym uczuciami, a także straszną rodzinną tajemnicą, która nigdy nie miała zostać ujawniona…

„Ziemia kłamstw” to książka… zimna, choć to być może dziwne słowo na określenie powieści. Nasunęło mi się pewnie ze względu na okładkę, kraj, w jakim rozgrywa się akcja lub chłodne stosunków międzyludzkie, jakie tu obserwujemy. Ta niska temperatura pozwala jednak w pełni docenić chwile ciepła, które pojawiają się i znikają, gdy poszczególni bohaterowie, choć na chwilę pokazują nam ten lepszy fragment swojej duszy. Autorka pokazuje nam świat wprost, bez zbędnych „ulepszaczy”, bez zakrywania nam oczu i uszu na „brzydkie” (nie chodzi o erotyczne) sceny. Jak śmierć to z każdym jej aspektem biologicznym, jak trup to trup, a nie człowiek, który zasnął snem wiecznym, jak kac to z porannymi wymiotami itd. Autentyczna do bólu, bez sztucznych dialogów, uśmiechów i gestów, które istnieją tylko w książkach. Czujemy wręcz nerwową atmosferę, jaka panuje w rozmowach, wstyd bohaterów ich zażenowanie czy rozbawienie. Miejscami zauważałam nawet, że autorka manipuluje moimi emocjami i ocenami. Przykład: wspomniany już ojciec. Raz się nim brzydziłam, raz go żałowałam, zależnie od tego, kto i jak właśnie o nim mówił w powieści…

Doceniam więc w stu procentach kunszt autorki i jej zdolności psychologiczne, mimo że wyjęta ze scenariusza serialu brazylijskiego końcówka nieco mnie rozczarowała. „Ziemia kłamstw” jest przykładem na to, że szczerością i autentyzmem można wzbudzić najprawdziwsze emocje, które zapadają w pamięć lepiej niż niejedna upiększona historia.

Angelika Pisula

Za książkę dziękujemy

środa, 18 września 2013

Maciej Sadowski „Janusz Korczak. Fotobiografia”

Tylko ludzie mogą sprawić, że stracimy wiarę w nasz gatunek. I tylko ludzie nam ją przywracają. Ludzie tacy, jak Janusz Korczak. Mam nadzieję, że nie muszę przedstawiać tego człowieka, ale aby obowiązkowi stało się zadość przypomnę krótko historię jego życia, a tym samym tematykę przepięknego albumu „Janusz Korczak. Fotobiografia”.

Jego prawdziwe imię to Henryk Goldschmit, pseudonim Stary Doktor lub Pan Doktor. Był wybitnym pedagogiem i praktykiem wychowania, człowiekiem, który kochał i rozumiał dzieci, pisał dla nich ( m.in. „Król Maciuś Pierwszy”, „Kajtuś Czarodziej”) i o nich ( m.in. „Prawo dziecka do szacunku”) i dla nich żył. Podczas II wojny światowej bezskutecznie walczył o nieprzenoszenie dzieci z Domu Sierot do getta. Przebywał tam wraz z nimi stale podnosząc je na duchu, zdobywając dla nich wszelkie środki do życia i nie przestając uczyć i wychowywać. W 1942 r. pomimo tego, iż dzięki papierom mógł opuścić bezpiecznie getto, wraz ze swoimi podopiecznymi został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Treblince, gdzie wszyscy zginęli. We wspomnieniach wielu ludzi żywy pozostał obraz orszaku dzieci na czele z Korczakiem, idących przez ulice ze śpiewem na ustach prosto w objęcia śmierci…

Książka, którą miałam przyjemność trzymać w rękach sprawia, że czułam się, jakbym siedziała wygodnie w domu Korczaka, popijała herbatę i oglądała jego prywatny album, a on stałby nade mną i komentował poszczególne zdjęcia, przypominał sobie fakty, a jego opowieść uzupełniana była wtrąceniami najbliższych mu ludzi. Możemy tu obejrzeć wiele archiwalnych zdjęć Janusza, jego podopiecznych i przyjaciół, a także ryciny dokumentów, maszynopisów, starych okładek jego książek. Niektóre fotografie są naładowane tak wielkim ładunkiem emocjonalnym, że nie mogłam oderwać od nich wzroku i zmusić się do przewrócenia kartki. Całość okraszona jest wieloma pięknymi cytatami, jak na przykład jeden z moich ulubionych: „Tylko to piękne, co ponad siły.”

„Janusz Korczak. Fotobiografia” jest swoistym pomnikiem tego wielkiego człowieka i pedagoga, niedoścignionego wzoru odwagi, współczucia, empatii i mądrości. Uzupełnia ona całą moją wiedzę o jego osobie. Czytania może nie ma tu zbyt wiele i sporo spraw mamy wyjętych z kontekstu, ale chodzi o coś innego; o pamięć, o ten wzrok patrzący na nas ze zdjęć, o te kilka zdań, które zdążył na szczęście wypowiedzieć do nas i do dzieci zanim wyruszył z nimi na Umschlagplatz.

Angelika Pisula

Za książkę dziękujemy


wtorek, 17 września 2013

Elżbieta Cherezińska „Legion” - recenzja

„Wciąż, do natręctwa powtarzam: cieszmy się naszą historią. Poznawajmy ją z ciekawością i radością. Pomniki zamieniają bohaterów w kamień, a historie czynią twardą i nieprzystępną. Opowieści mogą otwiera przeszłość i oddawać ludziom/historii życie. Bierzmy je takim, jakie było.”

Nie udałoby mi się lepiej spuentować mojej przygody z powieścią Elżbieta Cherezińskiej „Legion” niż zrobiła to sama autorka w zdaniu, które przytoczyłam. Mam nadzieję, że takie postawienie sprawy zachęci Was do zapoznania się w moją recenzją powieści „Legion”.

Autorka zmierza się tu z trudnym tematem niemal zapomnianej Brygady Świętokrzyskiej uformowanej z żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych podczas II wojny światowej, którzy nie podporządkowali się rozkazom rządu londyńskiego; nigdy nie chcieli popierać Sowietów, jakby przeczuwając, że z takiej współpracy nic dobrego wyniknąć nie może. Historia pokazała, że mieli rację, co więcej, jako jedyna jednostka polska przedarli się przez linię frontu i połączyli się z armią generała Pattona. Powieść pokazuje, jak bardzo różniło się w czasach wojny życie na tzw. ”górze” i „dole”.

Byli więc ludzie, uważający się za przywódców, dla których liczyła się jednie przynależność polityczna, którzy czas spędzali przy stołach na czczych kłótniach o to, czyich rozkazów słuchać. Byli także i żołnierze wychowani, wyszkoleni w lesie, werbowani przypadkowo, niekiedy bardzo młodzi lub tacy, którzy przez wojnę stracili cale rodziny. Zdeterminowani, zdyscyplinowani, nieuznający kompromisów, gotowi zabijać nawet własnych braci, jeśli ci działali na szkodę ojczyzny. Musieli zmagać się nie tylko z trudnymi warunkami życiowymi, ale także z takimi wyborami, jak: zabić czy puścić wolno? W końcu każdy zaniechany strzał się mści. Bronili swoich rodaków przed bandytami, wspierali Polskę i tylko Polskę zarówno przez Niemcami, Sowietami jak i polskimi komunistami. Przez propagandę Armii Ludowej okrzyknięci polskimi faszystami, a jednak nie ugięli kolan i udało im się dokonać niemożliwego.

Uwielbiam się rozczarowywać i udowadniać sobie samej, że się myliłam. Przecież nigdy nie lubiłam uczyć się historii, nie potrafiłam zapamiętywać faktów, nazwisk na dłużej niż do pięciu minut po sprawdzianie. Wszystko to, o czym mówił nauczyciel czy podręcznik było dla mnie suche, martwe. Tak naprawdę nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że to, o czym się uczę zdarzyło się naprawdę, że ci ludzie naprawdę istnieli, że te, często bardzo okrutne historie to czyjeś łzy, tęsknoty, uczucia… Cherezińska sprawiła, że poczułam historię! Wzruszyłam się nią, pokochałam żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej, ich los stał się dla mnie ważny, ich śmierć, choć minęło od niej parę lub paręnaście lat sprawiła, że poczułam ucisk w sercu. Dzięki temu, że poprzez karty „Legionu” wędrowałam razem z żołnierzami partyzantki po lasach zrozumiałam i zapamiętałam fakty historyczne, których w szkole uczyłam się z mozołem przez parę godzin. Jak ja żałuję, że nie mogę juro pójść na lekcję i pochwalać się wiedzą, którą posiadłam tak łatwo i z przyjemnością.

Kolejnym moim błędem (i wiem, że wielu z Was też go popełnia) jest to, że do tej pory książki historyczne zostawiałam dla ludzi naprawdę zainteresowanych przeszłością. Teraz wiem, że każdy z nas może sięgnąć po taką powieść, zachwycić się nią, wyciągnąć z niej korzyści i czerpać z tego przyjemność. Przyznaje, że grubość książki (800 stron!) przeraziła mnie na początku, mnogość faktów i osób przyprawiała o ból głowy, ale wtedy na pomoc przyszła mi sama autorka. Po każdym wspomnieniu jakiejś osoby od razu otrzymujemy krótką notkę o niej, aby szybko skojarzyć ją z konkretna sytuacją. Również lekki język i poczucie humoru autorki sprawiało, że nawet ciężkie opisy walk, taktyk i innych typowo wojennych scen czytało się lekko.

„Legion” to autentyczna opowieść o bohaterach, którzy jednak nie przestali być zwykłymi ludźmi, ze swoimi wadami i lękami. Nie zaleje nas tu fala patosu, nie zostaniemy zarzuceni martyrologicznymi hasłami, a Polska z cierniem na głowie nie będzie wyskakiwać z każdej strony. Sami, bez odgórnego przymusu, pochylimy głowy przed bohaterami Brygady Świętokrzyskiej i przed ich czynami, których dokonać nikt inny nie zdołał.

Angelika Pisula

Książkę do recenzji otrzymaliśmy od

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Shirlee Busbee „Waleczna i krucha”

W życiu książkowego mola nie brak rozczarowań, niestety. Czasami jakaś książka zawoła do nas, puści oczko, zatrzepocze okładką i już nas ma. Porywamy ją w swoje objęcia, czytamy opis i coraz bardziej oczy nas swędzą od przemożnej chęci czytania. A później jest już tylko gorzej. Tak mniej więcej rozpoczął się mój krótki romans z powieścią Shirlee Busbee „Waleczna i krucha”.

Po śmierci ojca, niepokorna główna bohaterka Emily w męskim przebraniu musi stawić czoła nieporadnemu i tchórzliwemu kuzynowi, który jako prawowity dziedzic i głowa rodziny korzysta z życia i z pieniędzy, nie znając umiaru. Aby uchronić cioteczną babkę Cornelię i młodziutką macochę Amy od bankructwa, Emily musi podjąć się działalności, która nie jest zgodna z prawem.

Dodatkowo w jej życiu pojawia się Amerykanin Barnaby, lord Joslyn, a wraz z nim kolejna fala kłopotów. Ktoś bowiem depcze przystojnemu obcokrajowcowi po piętach i usiłuje go zabić, a głównym podejrzanym jest kuzyn Barnabiego, Mathew. Ma on motyw, gdyż gdyby nie pojawienie się Amerykanina, to właśnie on przejąłby cały majątek. W centrum wszystkich zdarzeń znajduje się oczywiście wątek miłości, jaka rodzi się pomiędzy Emily i Barnabym.

Niby wszystko jest jak lubię; czasy gorsetów, pięknych zamków, mdlejących niewiast i dostojnych mężczyzn, ognisty romans i szczęśliwe zakończenie, ale… całość nie zachwyca. Akcja rozwija się bardzo powoli, wciąż powtarzane spostrzeżenia, a nawet zdania nudziły mnie i sprawiały, że odpływałam myślami w ciekawsze miejsca.

Mimo, że autorka próbuje zmylić czytelnika, odrobinę zawikłać sprawę tajemniczego napastnika, rozwiązanie całej zagadki nie jest zbyt zaskakujące. W zasadzie nie doszukałam się żadnej z zalet wymienionych na okładce; ani wartkiej akcji, ani nieoczekiwanych zwrotów, ani wyjątkowego poczucia humoru. Jedyne, co naprawdę mi się podobało to sceny erotycznie, niezbyt liczne, ale naprawdę dobre. Pikantne, ale nie wulgarne.

Podsumowując, mamy w tej powieści zadziwiające zjawisko. Pełno morderstw, ran postrzałowych, próba gwałtu, porwanie i ucieczki, a jednak… wieje nudą. Może jest to po prostu powieść dla ludzi ze spokojniejszym temperamentem niż mój.

Recenzję napisała: Angelika Pisula

Fragment książki: dostępny na stronie wydawnictwa

Za książkę dziękujemy:

czwartek, 8 sierpnia 2013

Kristyn Kusek Lewis „Szczęściara” - recenzja

Kristyn Kusek Lewis „Szczęściara”

„Dlaczego tak często wydaje się nam, że życie innych jest lepsze i prostsze?”

Takie pytanie widnieje na okładce książki „Szczęściara” Kristyn Kusek Lewis. „No właśnie, dlaczego?” myślę i z ciekawością wchodzę do pozorne poukładanego świata trzech przyjaciółek Waverly, Amy i Katie. Czy znalazłam odpowiedź? Przekonajcie się…

Zacznę jednak od samej autorki, której biografia zainteresowała mnie nie ze względu na wybitne osiągnięcia w zawodzie dziennikarza ( współpracuje m.in. z New York Times i Glamour), także nie ze względu na to, że jej redaktorką jest Emily Griffin, amerykańska autorka wielu bestsellerów m.in. „Coś pożyczonego” i „Coś niebieskiego”, najciekawsze było dla mnie to, że tak jak główna bohaterka „Szczęściary” Kristyn jest w połowie Polką. Na pewno znacie to miłe uczucie, gdy w jakimś zagranicznym filmie czy książce pojawia się wzmianka o kraju nad Wisłą, jakieś słowo w naszym ojczystym języku czy chociażby cień biało-czerwonej flagi w tle. Nie wiem ile ma to wspólnego ze szczerym patriotyzmem, a ile ze zwykłą ludzką potrzebą poczucia wspólnoty i bezpieczeństwa, jakie daje identyfikacja z większą grupą ludzi.

Kusek Lewis nie kryje się z tym, że jest dumna ze swojego pochodzenia i często to podkreśla na swojej stronie internetowej i w wywiadach. „Szczęściara” jest jej debiutancką powieścią, ale już „pisze się” kolejna, którą, mam nadzieję, będzie mi dane przeczytać.

Kim jest tytułowa „szczęściara”? Typ numer jeden: oczywiście główna bohaterka Waverly Brown; trzydziestopięciolatka, odpowiedzialna, zrównoważona. Spotkać ją można najczęściej w dżinsach i mąką we włosach, ponieważ prowadzi małą piekarnio-cukiernię. Miłością jej życia jest Larry, z którym mieszka od dziesięciu lat w domu odziedziczonym po babci (POLCE!). Para tkwi w martwym punkcie, który nazywa się „jest dobrze tak jak jest, nie potrzebujemy papierka, żeby żyć szczęśliwie”. W praktyce oznacza to brak ślubu i brak dzieci, za to stale pogłębiającą się frustrację Wave. Do tego dochodzą coraz większe problemy finansowe i powiększająca się z dnia na dzień siatka tajemnic, jakie bohaterka ma przed swoim chłopakiem. Jak, będąc w takiej sytuacji, nie zazdrościć o wiele bardzie poukładanym przyjaciółkom?

Amy to chodzący ideał. Idealny mąż, idealna córeczka, idealny dom, idealny trawnik i idealne relacje z ludźmi. Wszystko za sprawą magicznego uśmiechu Amy i magicznych słów „U mnie wszystko w porządku”, które stale powtarza. W końcu jednak wychodzi na jaw mroczna tajemnica tej „idealnej” rodziny i sprawia, że Waverly musi na nowo przemyśleć wiele spraw związanych z własnym życiem, zazdrością, pozorami i lojalnością.

Katie to bogata od urodzenia, nieco zapatrzona w siebie maniaczka spa i drogich ciuchów. Dla swojego męża porzuca marzenia o podróżach i pozwala wepchnąć się w rolę „żony wspierającej”, choć od dziecka właśnie takiego życia chciała uniknąć. Jej mąż Brendan to przyszły gubernator Waszyngtonu, ale na swoim koncie ma też inne „sukcesy”, które sprawią, że także Katie zakwestionuje swoje życiowe decyzje.

Jak widać „Szczęściara” to nie idylliczna opowiastka o trzech wyperfumowanych kobietach po trzydziestce, które spotykają się co tydzień, aby przy drinkach opowiadać sobie o sukcesach mężów i dzieci. To coś znacznie więcej. Choć nie da się ukryć, że jest to literatura prosta; wszystkie cytaty, jakie moglibyśmy z niej wyłuskać to nic innego, jak znane mądrości życiowe i proste porady, które czasami słyszymy bądź wypowiadamy w stosunku do innych. Przykrości i problemy, jakie spotykają wszystkie bohaterki też nie zaskakują (przynajmniej nas, czytelników), ale jednak obudziły we mnie takie emocje, jakby to moi bliscy przeżywali trudne chwile i jakbym to ja bezskutecznie szukałabym sposobu, aby im pomóc.

Kristyn nie daje gotowych rozwiązań, wręcz przeciwnie, pokazuje błędy, jakie popełniamy, kiedy na siłę staramy się żyć w idealnym świecie z naszych marzeń, kiedy nie akceptujemy słabości swojej i tych, z którymi przyszło nam żyć, gdy kochamy zbyt mocno, gdy boimy się mówić, a także wtedy, gdy postanawiamy milczeć… Być może właśnie pokazanie nam konsekwencji pewnych decyzji jest najlepszą wskazówką, najlepszą odpowiedzią.

Mimo że mam dopiero dwadzieścia lat potrafiłam utożsamić się z bohaterkami tej książki, z każdą w jakiejś mierze. Przyglądałam się im jak zwierciadłu ukazującemu przyszłość i różne drogi, które mogę wybrać.

Jestem trochę Waverly, bo też marzę o własnej cukierni. Mam też podobny stosunek do moich przyjaciół (choć ja nie wyobrażam sobie bać się pojechać do nich bez zapowiedzi, zwłaszcza, gdy nie odbierają telefonu przez tydzień!).

Jestem trochę Amy, bo tak jak ona marzę o małym domku z ogrodem i o rodzinnych wieczorach przy grze w Monopol.

Jestem trochę Katie, bo boję się wpaść w sidła życia, jakiego chcą dla mnie inni i tak jak ona marzę o podróżach.

Może teraz zrozumiecie, dlaczego z wypiekami na twarzy śledziłam akcję tej książki, choć nie ma w niej wybuchów, tajemniczego mordercy ani nawet brodatego filozofa z torbą pełną złotych myśli. Kristyn Kusek Lewis otwiera nasze serca, opisuje szczegóły, które mają znaczenie, a także wielkie dylematy, rozgrywające się w duszy każdego z nas. Pokazuje, że nie należy zazdrościć, bo szczęściarzem jest każdy, kto potrafi docenić, to co posiada i żyć własnym, cudownym życiem.

Recenzję napisała:Angelika Pisula

Za książkę dziękujemy:

Życie jest za krótkie na siekanie cebuli - recenzja

Życie kobiety jest trudne - wie to każda z nas. Szczególnie jednak ta, która jest gospodynią domową, w dodatku czynną zawodowo, „mężatą” i „dzieciatą”. Czasu jak na lekarstwo, a obowiązków nie ubywa, nawet jeśli poślubiony mężczyzna łaskawie zechce przełożyć coś na swoje barki. Nic się samo nie robi, ani bałagan, ani porządek tym bardziej. Trzydaniowe danie też samo się nie ugotuje …a jednak autorka książki „Życie jest za krótkie na siekanie cebuli” Kitty Greenwald próbuje już na wstępie przekonać nas, że wystarczy kilka jej porad i prawie bez wysiłku wyczarujemy w kuchni coś wspaniałego.

Kitty Greenwald jest byłym szefem kuchni i autorką książek kucharskich, prowadzi też program kulinarny „Slow food fast with Kitty Greenwald”, który można pooglądać m.in. na youtube.com. Jednak „Życie jest za krótkie…” nie jest typową książką kucharską. Sposób pisania Greenwald przypomina poradnik motywacyjny – zawiera mnóstwo wykrzyknień typu „Dawaj! Dalej! Żwawo!”. Później mamy więcej konkretów m.in. „Żelazne zapasy”, czyli to, co każda z nas powinna w lodówce/spiżarni mieć i najprawdopodobniej ma, nawet jeśli jest kompletną nogą w gotowaniu.

A do takich kobiet właśnie zwraca się autorka, tym samym nieco zamykając sobie grono odbiorców. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie, ponieważ książka miejscami bardziej przydatna jest dla tych wprawionych już w gotowaniu. Wspomniane w podtytule 99 przepisów podzielone jest na pięć rozdziałów: dania bez gotowania, dania do piekarnika, jednogarnkowe, desery i potrawy na domowe przyjęcia. Nie ma jednak żadnej listy przepisów, jedynie indeks na końcu książki napisany drobną czcionką, trudno jest więc bez pomocy zakładek odnaleźć interesujący nas, konkretny przepis.

Jako studentka pomyślałam na początku, że oto coś dla mnie, dziewczyny która na „obczyźnie” nie ma czasu ani ochoty niczego gotować, a do tego pieniędzy szkoda;) Jednak po przejrzeniu kilku pierwszych receptur zauważyłam pewną niekonsekwencję u pani Greenwald. Mianowicie, skoro książka ta jest przeznaczona dla osób, które nie potrafią i nie lubią gotować, to skąd takie osoby mają wiedzieć, co to takiego oliwki kalamata czy ser gruyere? Z tego powodu na wstępie część przepisów została przeze mnie wykluczona ze względu na obce, albo po prostu drogie składniki.

Oczywiście Kitty zaznacza, że można dowolnie modyfikować przepisy, ale skąd mam wiedzieć, czy jak ominę np. śmietanę, to całe danie będzie nadal do zjedzenia? Myślałam, że ta książka raczej oszczędzi mi tego typu dylematów. Dużym minusem książki jest brak zdjęć. Osobiście mam skłonność „jedzenia oczami” i wiem, że wiele osób ma podobnie, dlatego mimo ciekawych czcionek i kolorów brak fotografii zdecydowanie daje mi się we znaki.

Nie jest jednak tak, że książka jest kompletnie bezużyteczna. Wśród wspomnianych 99 przepisów znalazłam wiele takich, które z chęcią przygotuję i nawet w ramach testu, przygotowałam i zjadłam;) Podobają mi się pomysły na sałatki i dodatki do obiadów, a także różnorodne sposoby podawania mięsa, inaczej niż w towarzystwie ziemniaków i surówki. Makarony i zapiekanki też są mocną stroną. Najlepsze natomiast i najprostsze są desery. Polecam szczególnie „Ciasteczka na dobry humor”.

Bardzo przydatne są też propozycje gotowych menu, gdzie wszystkie potrawy łączy jakiś wspólny przymiotnik np. „lekkie” lub „wegetariańskie” oraz przydatne porady podawane na marginesach.

Ze sprawdzonych przeze mnie przepisów wynika, że dania proponowane przez Kitty Greenwald nie są trudne do przygotowania, a przybliżony czas podany przez autorkę zgadza się z rzeczywistością. Apeluję zatem do potencjalnych nabywców książki: nie ważne czy jesteście kobietami, mężczyznami, żonami, gotującymi, czy raczej unikającymi kuchni, przy odrobinie cierpliwości znajdziecie tu coś dla siebie.

Recenzję napisała: Angelika Pisula

Za książkę dziękujemy: