Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo iskry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo iskry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2015

„Mroki” – Jarosław Borszewicz RECENZJA

nie ma śmierci
gdy czytam taką książkę
która mi wystarcza
za wszystkie książki świata

[***nie ma śmierci – fragm., „Zezowaty duet”]

„Mroki” to powieść, a raczej poezjowieść (jak określa ją autor) dość specyficzna. Nie potrzebuje recenzji czy rekomendacji. To książka-towarzysz, to odbicie naszych myśli, lęków, pragnień. To pogawędka z dziwnym kumplem, skrywanym gdzieś bardzo głęboko w nas samych.

Od początku Jarosław Borszewicz wciąga nas w mroczne rozważania o śmierci i jej wszechobecności. W takim klimacie buduje swoje opisy (np. „Trupy sosen. Wraki lip”). W tym (bądź co bądź poetyckim) świecie „Mroków” wyraźny nacisk położono na to, co smutne, brzydkie, bliskie śmierci lub już umarłe. Piękna, harmonii i pozytywnych emocji należy szukać, domyślać się, niemal je wyławiać. Bohater/podmiot kroczy przez to życie, które uwypukla przed nim to, co umiera lub jest w opłakanym stanie (drzewa wymordowane, spleśniałe serca jagniąt itp.). Nie dziwi zatem, że Duet odczuwa życiowstręt. Ale on ma jeszcze obsesję samego siebie, cierpi także na amore melancholica.

Autor ma niezwykłą zdolność do widzenia „w głębi”, dociera niemal do trzewi danego zjawiska. Świadomie operuje emocjami, intensyfikuje odczucia (np. przez personifikację), wzmacnia relację bohater-czytelnik (i prowadzi ją na swoich warunkach, na które automatycznie, od pierwszych słów, się zgadzamy). To twórczość zwrócona do wewnątrz „ja” literackiego, ale oddziałująca na otoczenie. Naturalnie, jest to także układ odwrotny – to, co wokół bohatera tworzy go, reżyseruje jego emocje, wybory, poglądy.

W „Mrokach” wiele się wspomina, wiele też kreuje i obserwuje. Obok Thanatosa pojawia się Eros. Miłość jednak nie jest tu wybawieniem (choć może być), ale częściej sprawcą bólu. Bohater w kwestiach sercowych daje się poznać również jako ten sentymentalny, czuły, romantyczny, a z drugiej strony potrafi ranić, ignorować, być katem uczuć. Miłość i seksualność częściej niż przyjemność, zadowolenie, spełnienie dają poczucie zdrady, zawodu, przygnębienia.

Powieść Borszewicza to dla mnie taki swoisty dziennik duszy zagubionej, poszukującej, przede wszystkim siebie prawdziwego. Są tu myśli, fobie, sytuacje, postacie, sceny powracające w pamięci, zapis codzienności, skojarzenia, wyobrażenia, wilki wspomnień, zwierzenia własne i cudze, zasłyszane dialogi, „życiowe prawdy” czy po prostu zmyślenia. Co najważniejsze, to nie są tylko doświadczenia bohatera czy nawet autora, ale bywają też przeżyciami czytelnika. Czynnikami, które decydują o przywłaszczeniu sobie przez odbiorcę „Mroków” jako książki osobistej i jednej z najważniejszych, są humor i ta zadziwiająca umiejętność trafiania w sedno jakiejś kwestii za pomocą kilku zaledwie słów. Na sukces książki niewątpliwie wpłynęło także „życiopisanie” (lub jego kreacja) Borszewicza, naturalność przekazu, być może z lekką manierą (czasem wprawiającą czytelnika w konsternację), ale należy ją złożyć na karb młodości studenta, który „Mroki” popełnił.

Powieść najlepiej czytać razem z „Zezowatym duetem”, oba utwory przenikają się, z siebie wypływają. Czytelnicy, którzy mieli już przyjemność z pierwszą wersją mogą czuć małe rozczarowanie powtórną ingerencją autora w dzieło. Czy uwspółcześnienie tekstu dodaje czy ujmuje utworowi – niech każdy rozstrzygnie indywidualnie. Jedno jest pewne – „Mroki” pozostają (choćby z pierwotnego wydania) książką, którą wszyscy chcieliby przeczytać i pewnie każdy (w swojej wersji) chciałby napisać. Ale tylko Borszewicz miał odwagę ją wydać. I to dwa razy!

Kinga Młynarska


Za książkę dziękujmy:

czwartek, 18 grudnia 2014

„Buty Ikara. Biografia Edwarda Stachury” – Marian Buchowski RECENZJA

Edward Stachura to jedna z poetyckich ikon. Pisał prozą, wierszem, choć najbardziej zasłynął piosenkami. „Życie to nie teatr” czy „Jest już za późno, nie jest za późno” to utwory, które słyszał (być może także nucił czy śpiewał) niemal każdy z nas. Stawiany m.in. obok Wojaczka, wygrywa wszelkie rankingi popularności wśród młodych czytelników. Marian Buchowski w swojej najnowszej publikacji właśnie na ten aspekt zwrócił szczególną uwagę: uwielbiany przez młodzież, która jest pod wrażeniem talentu (piosenki, które stają się hymnami) oraz sposobu bycia: wewnętrzny bunt poety, jego włóczęgostwo rozumiane jako wolność (różne jej aspekty).

Autor „Butów Ikara” skupia się na fenomenie Stachury, na jego kulcie wśród młodzieży, ale pole widzenia badacza jest ogromne i obejmuje wszystkie bodaj kwestie związane z poetą. Buchowski bada, co składa się na tak wielka popularność Steda, ale i nie obawia się mówić o rzeczach trudnych, tych, przez które fanów tracił.

Przy takiej osobowości nie trudno o tematy kontrowersyjne, stawianie zarzutów. Marian Buchowski usiłuje odpowiadać na te wątpliwości i czyni to słowami samego poety, cytatami z jego dzienników i twórczości. Nie ma w tej biografii tematów tabu, z takim samym zaangażowaniem autor pisze o blaskach, co i mrokach w życiorysie poety. Autor bada wszelkie tropy, szuka odpowiedzi, rozważa różne możliwości. Rozjaśnia wiele kwestii do tej pory pozostających w półmroku.

Buchowski zdradza m.in. pasje Steda, wpływ ojca na jego twórczość, studenckie przygody, problem z długami, przyjaźnie, miłości. Autor wielokrotnie podkreśla indywidualność Stachury oraz jego nadwrażliwość wręcz na temat własnej poezji. Poza głównym bohaterem znajdziemy tu także charakterystykę (choćby w zarysie) np. grup, klubów poetyckich, większość pojawiających się na kartach biografii literatów ma tu swoje miejsce i krótką informację o sobie. „Buty Ikara” to również panorama ówczesnej Polski, szeroki kontekst kulturowy, w którego centrum znajdował się poeta.

Naturalnie, swoje miejsce zajęła w książce również literatura oraz tzw. „życiopisanie” Stachury. Osobne rozdziały poświęcone zostały piosenkom, współpracy m.in. z Janem Satanowskim czy T. Woźniakiem, mówi się tu także o epizodach telewizyjnych. Buchowski analizuje m.in. związek między bohaterami dzieł Steda a ich pierwowzorami. Śledzi „okres mistyczny” oraz metamorfozę Stachury w „człowieka-nikt”.

„Buty Ikara” to pozycja posiadająca wyłącznie mocne strony – świetny styl autora, umiejętność zaciekawienia czytelnika i utrzymania poziomu zainteresowania od początku do końca, humor, szeroki ogląd tematu, dotarcie do wszystkich możliwych źródeł, wniknięcie w twórczość poety, przywołanie opinii jego znajomych, teorii literaturoznawców, wzbogacenie publikacji o interesujące dygresje dopełniające wizerunek Stachury i jego otoczenia, inspiracji itp. Najważniejszą cechą jednak pozostaje obiektywizm Buchowskiego oraz udostępnienie miejsca czytelnikom, który ma możliwość samodzielnej opinii i oceny omawianych kwestii oraz sylwetki samego poety.

Kinga Młynarska


Za książkę dziękujemy:

piątek, 31 października 2014

"Jasnowidz w salonie, czyli spirytyzm i paranormalność w Polsce międzywojennej" - Paulina Sołowianiuk RECENZJA



Paulina Sołowianiuk jest absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, obecnie swoje życie związała z Norwegią, gdzie mieszka i pracuje. W 2011r. nakładem wydawnictwa Iskry opublikowała „Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz”. "Jasnowidz w salonie, czyli spirytyzm i paranormalność w Polsce międzywojennej" jest jej drugą publikacją tego typu. Jak wynika z doboru tematów, autorkę żywo interesuje wielobarwny okres polskiego międzywojnia.

Przedmiotem książki Pauliny Sołowianiuk stała się szeroko pojęta sztuka tajemna. Paranormalność, szczególnie seanse spirytystyczne, a zasadniczo zainteresowanie, jakie wzbudzały w okresie międzywojennym stanowią główne zagadnienia tej publikacji. To właśnie fascynacja zjawiskiem jest kluczowym tematem, zresztą doskonale zasygnalizowanym już w tytule, książki. Autorka swoje rozważania rozpoczyna od genezy spirytyzmu, pokazuje jego narodziny na salonach. W tym celu sięga aż do połowy XIX wieku, by pokazać wielki rozkwit mody na duchy. Spirytyzm w XX-leciu i latach bezpośrednio go poprzedzających to styl życia towarzyskiego – przy wirujących stolikach bowiem zbierała się ówczesna śmietanka. To tam wymieniano poglądy, załatwiano interesy, zawierano znajomości itp.

Próżno szukać w „Jasnowidzu…” szczegółów dotyczących seansów, ukazywania się istot z zaświatów, rozmów itp. Co prawda, Sołowianiuk mówi i o funkcjach spirytyzmu, wykłada sposoby wywoływania duchów, analizuje etapy spotkań przy magicznych stolikach, ale skupia się w tym wszystkim na ludziach i ich stanowiskach wobec tematu. Książka autorki „Tej pięknej mitomanki” to opowieść o modzie na spirytyzm, a nie o nim samym. Zamiast wyjaśniać związane ze zjawiskiem kwestie, podawać definicje, badać, pisarka woli opowiadać anegdoty, cytować ówczesną prasę, przywoływać rozmowy uczestników. I to chyba jest trafiony sposób, przynajmniej dla czytelników, którzy tę publikację traktują jako rozrywkę, a nie źródło wiedzy o spirytyzmie.

Sołowianiuk zdradza np. czyje duchy cieszyły się największą popularnością w wybranych miastach, portretuje najpopularniejsze media (nie zabraknie też oszustów) z „naczelnym jasnowidzem stolicy” – Ossowieckim – na czele, pokazuje metody ich pracy, opowiada o klientach. Opisuje skalę tego zjawiska – otóż spirytyzm nie pozostał w prywatnych salonach, za grubymi, spuszczonymi zasłonami. Tą sztuką zaczęli zajmować się naukowcy. Pierwszą teorię wyłożył Allan Kardec w „Księdze duchów”, w Ameryce założono Towarzystwo Badań Psychicznych, a instytucje o podobnym charakterze otwierano również na starym kontynencie.

Publikację uprzyjemniają liczne fotografie, głód nowinek zaspokajają anegdotki, cytaty z prasy, wypowiedzi uczestników (zapisy rozmów, listy, artykuły), wyimki z literatury oraz wypisy z seansów. Nawet dla żądnych plotek coś się znajdzie – autorka nie pomija także skandali, oszustw związanych z praktyką mediumistyczną. Przede wszystkim zaś znajduje się tu bogaty wachlarz osobowości XX-lecia, od polityków do literatów oraz ich stosunek do spirytyzmu i jemu pochodnych.

Dla czytelników pragnących zgłębić wiedzę tajemną, książka Sołowianiuk może stanowić wstęp do poszukiwań, a bogata bibliografia z pewnością będzie zadowalającym młodego adepta źródłem. Książkę tę polecam przede wszystkim miłośnikom epoki, fanom ciekawych osobowości międzywojnia oraz wszystkim tym, którzy lubią książki mądre i przyjemne.


Kinga Młynarska

Za książkę dziękujemy:

wtorek, 3 czerwca 2014

Goj patrzy na Żyda - recenzja

Dzieje stosunków polsko - żydowskich to jeden z najtrudniejszych tematów w obecnej historiografii. Relacje narodu wybranego z mieszkańcami znad Wisły są chyba najbardziej zakłamywanym wycinkiem historii. Co jakiś czas pojawiają się rewelacje zachodnich mediów na temat "polskich obozów koncentracyjnych" czy rzekomym udziale Polaków w hekatombie podczas II wojny światowej. Prawdziwi mordercy są zaś zepchnięci na dalszy plan. Cóż, taka już rola przegranych. Historię piszą zwycięzcy... Nie pomaga także polska polityka historyczna, choć nie wiem, czy w ogóle o czymś takim można mówić w roku 2014... Z dużym zainteresowaniem przyjąłem więc wiadomość o wznowieniu książki "Goj patrzy na Żyda". Niestety zawiodłem się.

Piotr Kuncewicz nie ograniczył się do przedstawienia relacji Żydów z Polakami. Jest to oczywiście ważny motyw powtarzający się w "Goju patrzącym na Żyda", ale nie jedyny. Autor wychodzi od początków Izraela. Rzecz jasna główne źródło, które poddaje analizie to Pismo Święte. Publicysta dość wnikliwie przedstawia dzieje ojca ojców, czyli Abrahama. Po czym przechodzi do jego potomków. W kolejnych rozdziałach zajmuje się historią Żydów w imperium rzymskim, przegranymi powstaniami oraz szeroko pojętą diasporą.


Pewne stwierdzenia raziły w pierwszych latach od opublikowania pierwszego wydania i rażą nadal. Piotr Kuncewicz dość swobodnie traktuje Biblię. Taką opinię wyraża o jednej z historii opisanych na kartach Pisma Świętego: A Lot podobno nic nie zauważył... Nie wiem, kto pisał te słowa, kobieta czy może eunuch, czy zdeklarowany alkoholik, ale zaręczam, że rzecz jest niezwykle mało prawdopodobna. Równie swobodnie autor podchodzi do opieki Boga nad narodem wybranym w czasie wędrówki z Egiptu do Ziemi Obiecanej: Ale Bóg osobiście, na prośbę Mojżesza, dbał o zaopatrzenie i niczym dobry Edward Gierek rzucał na święta drób, i to nawet nie do sklepów, ale właśnie za darmo. O ile taki sposób wypowiedzi można zrozumieć, to w książce są poruszone kwestie, w których autor ewidentnie mija się z prawdą. Już nawet chrześcijaństwo instytucjonalne ze swoim piekłem, karami i grzesznikami zaczyna odsuwać się w przeszłość. Z tego, co wiem to Kościół katolicki zaliczany jest do wyznań chrześcijańskich, a nic mi nie wiadomo, żeby zrezygnował ze swojej nauki o karze za grzechy, samym grzechu czy dwóch sądach: szczegółowym i Ostatecznym, na których zostaniemy rozliczeni z naszych czynów. Wrzucanie wszystkich wyznań chrześcijańskich do jednego worka jest nieprofesjonalne. Między luteranami i katolikami istnieje ogromna przepaść.

Niektóre wnioski Piotra Kuncewicza przyprawiają o zawrót głowy. Exemplum? Polska jest krajem katolickim, to zaś oznaczało prawie zupełną nieznajomość Pisma Świętego. Z informacji, że w jakimś kraju dominują katolicy wynika, że znajomość Biblii nie zachwyca? Idąc tym tokiem rozumowania, gdyby większość stanowili u nas muzułmanie to nagle lektura Pisma Świętego stałaby się czymś powszechnym. Zadziwiające wnioskowanie...

Czytając kolejne rozdziały zastanawiałem się, czy autor nie cierpi na antykatolicką fobię. Jego życiorys dostarczył mi odpowiedzi. Otóż od 2004 roku do śmierci pełnił funkcję wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Polski (masońska organizacja rytu francuskiego). Teraz już rozumiem kłamliwe wtrącenia na temat Kościoła. (...) sam Bóg nie zrobił zastrzeżenie, że trzeba chronić życie "od chwili poczęcia", czego się Kościół katolicki tak domaga... - wcześniej wydawało mi się, że to wyraz wyjątkowo nieudolnego wnioskowania autora. Po zasięgnięciu informacji o nim wiem, że to celowe działanie. Piotr Kuncewicz nie stroni także o krytyki dogmatów, na których opiera się teologia katolicka. W krzywym zwierciadle przedstawia choćby grzech pierworodny: Nie wnikano w absurd takiej odpowiedzialności zbiorowej, skoro uznawano coś wspólnego dla wszystkich, a mianowicie grzech pierworodny, czyli odpowiedzialność wszystkich potomnych za grzech pramatki. Co więcej, autor zachęca także do rozwiązłości seksualnej: Zresztą jeśli macierzyństwo jest "rzeczą świętą", to dlaczego poprzedzające zbliżenie erotyczne ma być sprawą naganną? Oto i pokłosie walki cywilizacji śmierci z cywilizacją życia, rewolucji z kontrrewolucją, moderny z Tradycją... Autor zresztą nie kryje swojego stosunku do wartości wywodzących się z kultury judeo-chrześcijańskiej. Zaczyna się rozumieć, że i judaizm, i wyrastające z niego religie muszą być jednym niekończącym się złorzeczeniem pod adresem człowieka, jego postępków i doli.

Niewątpliwie ciekawy temat, jakim jest historia narodu wybranego i relacje jego członków z innymi grupami religijnymi i narodowymi, został potraktowany po macoszemu. Publikacji nie dość że nie opatrzono przypisami (to jeszcze można wybaczyć) to nie podano bibliografii. Poza tym narracja odpycha, a jedyne co przykuwa uwagę to chwytliwe tytuły rozdziałów. Pozostaje mi poszukiwanie bardziej rzetelnych źródeł i ciekawszych opracowań, autorstwa historyków obdarzonych lżejszym piórem.

Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wiktor Osiatyński "Alkoholizm. Grzech czy choroba?"

Książka Wiktora Osiatyńskiego "Alkoholizm. Grzech czy choroba?" trafiła w moje ręce zupełnie przypadkowo. To nie jest ani lektura, po którą sięgnęłabym w wolnej chwili, ani książka zachęcająca do zapoznania się z treścią łatwą, lekką i przyjemną, ale obiecałam, że w wolnej chwili zapoznam się z problemem, który porusza i napiszę o swoich wrażeniach.

Cóż, po pierwsze jestem zdumiona, że problem alkoholizmu został opisany w tak interesujący sposób. Mam poczucie, że autor posługując się ciekawymi przykładami, zbudował interesujący traktat o tym, jak rozumieć alkoholizm. Nie mamy tu do czynienia z naukowym nagromadzeniem niejasnych sformułowań. Poznajemy specyfikę ludzi, którzy mają problem z piciem i poznajemy osobliwą specyfikę tej choroby.

Wydawać by się mogło, że bycie alkoholikiem jest drogą na skróty w życiu. Nie ma chyba nic łatwiejszego od 'zapijania problemów'. Okazuje się jednak, że to cały proces, że ma na tę chorobę wpływ zarówno aspekt psychologiczny, jaki i fizjologiczny, a nawet emocjonalny i że w zasadzie to nie jest wcale takie proste, bo pić może wielu, ale alkoholizm to jednak coś innego.

Sama definicja alkoholizmu na przestrzeni dziejów ewoluuje. Zmienia się pogląd na temat choroby. Dawniej uważano, że ludzie chorzy to wyłącznie brudni i biedni i pijący wszystko, co mocniejsze nieudacznicy. Dziś wiadomo, że ta choroba charakteryzuje tych, którzy spróbowali zaledwie kilka razy i mają problem, by nie stało się to chorobliwym nałogiem. Co więcej, status społeczny nie ma żadnego wpływu na statystykę uzależnienia. Najważniejszym wnioskiem, który według mnie wypływa z tej lektury to fakt, że pomoc w leczeniu choroby alkoholowej jest dziś dopracowana, a lekarze i psychologowie chcą pomagać i robią to z
entuzjazmem, nie negując potrzeby pomocy.

Ważne też dla mnie jest stwierdzenie, że człowiek może dać drugiemu to, co sam posiada. Właśnie dlatego to alkoholicy często podejmują pracę z uzależnionymi. Uczą sami tego, czego ich nauczono i co im przekazano.

Książka buduje osobom postronnym pojęcie na temat sensu chodzenia na terapię. Jest to elementarz, który pozwala zrozumieć pracę, jaką należy wykonać, by człowiek uzależniony otworzył się i przyznał się do uzależnienia.

Uważam, że to lektura godna polecenia. Szczególnie dla tych, którzy chcieliby poznać problem alkoholizmu w sposób przystępny. Mam wrażenie, że ta pozycja spełnia właśnie to kryterium.

Olga Kowalczyk

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:

"Christiane F. Życie mimo wszystko" Christiane V. Felsherinow i Sonja Vukovic - recenzja

Christiane F. stała się popularna, gdy świat obiegła książka ,,My, dzieci z dworca ZOO’’ oparta na jej historii. Młoda narkomanka stała się osobą publiczną, wzbudzającą zainteresowanie mediów. I przez wielu spisaną na straty. Po trzydziestu pięciu latach, z pomocą Sonji Vukovic, w ,,Christiane F. Życie mimo wszystko'' Christiane Felscherinow opowiada o swoim życiu po wydaniu ,,My, dzieci z dworca ZOO’’ .

Chistiane Felsherinow ma teraz pięćdziesiąt dwa lata. Jest dorosłą kobietą, która przeżyła swoje wzloty i upadki. Od wielu lat przyjmuje substytuty. Metadon zastępuje jej heroinę. Jej zdrowie po wyniszczającym trybie życia jest w opłakanym stanie. Wątroba od dawna nie funkcjonuje tak jak trzeba, cierpi z powodu febry, ale Christiane nie przejmuje się zanadto leczeniem. Dla niej już wystarczającym sukcesem jest to, że dożyła pięćdziesiątki. A śmierć? Kiedyś przyjdzie, ma tylko nadzieję, że nie będzie zbyt bolesna.

Zyskana nagle sława otworzyła młodej Christiane wiele drzwi. Obracała się w towarzystwie największych sław, poznała samego Davida Bowie, mieszkała w drogich hotelach, mogła sobie pozwolić na wszystko. Przez wiele lat pomieszkiwała to tu, to tam. Ameryka, Szwajcaria, Grecja… Po drodze wylądowała też w więzieniu za posiadanie narkotyków. I przetrwała. Wikłała się w różne związki z mężczyznami, niektóre bardziej szczęśliwe, inne mniej. Urodziła syna i ze wszystkich sił starała się zapewnić Phillipe’owi dom i dzieciństwo, którego sama nie miała. Jej świat zaczął się kręcić wokół dziecka, nawet jeśli w pewnym momencie popełniła błędy i nie wszystko wyszło tak, jak powinno.

Wydawałoby się, że książka i film zapewniły jej tyle wspaniałych perspektyw i powinny zapewnić szczęście. Ale czy pieniądze zarobione utratą prywatności były tego wszystkiego warte? Christiane podchodzi do tego wszystkiego sceptycznie. Fakt, sława i pieniądze dały jej szansę na przeżycie wielu przygód, które zapewne nie miałyby bez nich miejsca. Zdrada ze strony bliskich, którzy chcą zarobić na jej życiu bywa jednak bolesna. Krzywdy ze strony tych, którzy powinni nas wspierać, bolą zawsze najbardziej. Dziennikarze śledzący każdy jej ruch, szukający sensacji i wymyślający niestworzone historie na jej temat są jednym z tych nieprzyjemnych aspektów sławy. Szczególnie dotkliwe były ich komentarze wtedy, gdy ponosiła klęski.

,,Christiane F. Życie mimo wszystko’’ to opowieść o błędach, o staczaniu się na dno i szukaniu równowagi, jakiegoś celu, który będzie utrzymywał nas na powierzchni. Christiane Felsherinow nie miała życia usłanego różami, ale mimo wszystko to wciąż życie. Życie mimo wszystko. A to wszystko to porażki, nałogi, złamane serce, cierpienia i chwile szczęścia, które czyniły rzeczywistość lepszą. Książka ,,My, dzieci z dworca ZOO’’ wywarła na mnie ogromne wrażenie, ta także. ,,Christiane F. Życie mimo wszystko’’ to pozycja zdecydowanie warta przeczytania.

Anna Bellon

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:

czwartek, 24 kwietnia 2014

Julian Tuwim – „Moja miłość” RECENZJA


MIŁOŚĆ. Ach, przedziwne uczucie! Każda z kobiet czuje się szczęśliwa, gdy jest kochana i adorowana. Mężczyźni, z definicji mniej ekspresyjni, powściągają swoje emocje. Ale kiedy zaczynają je już okazywać, wybuchając żarem, są w tym niezrównani. A któż kocha piękniej niż poeta? JulianTuwim, Książę Poetów, swoje serce oddał właściwie tylko jednej kobiecie, która nie dość, że przyjęła jego amory, ale i odwzajemniła głęboką miłość, wierność i lojalność.

„Moja miłość” to podarowany damie serca pamiętnik uczuć, które zawsze mają jedno źródło: miłość. Tuwim, początkowo dość nieśmiały w swoich zalotach, potrafił latami wodzić wzrokiem za obiektem swego pożądania, by wreszcie (!) odważyć się na rozmowę, komplement, bliskość. Okoliczności poznania Juliana i Stefanii, charakterystyka ich związki „z zewnątrz”, a także portrety małżonków świetnie nakreślił w swojej przemowie Tadeusz Januszewski. Natomiast sam obraz wielkich emocji i codziennego życia, które jest tu jedynie tłem, oddaje już twórczość mistrza. Listy, wiersze młodzieńcze, fragmenty prozy poetyckiej „Legenda aurea” oraz dojrzała liryka składają się na wspaniały album – studium miłości mężczyzny.

Wszystko zaczęło się w 1912. Wtedy Julian dopiero zaczynał. Jako poeta i jako mężczyzna. Stefania Marchwiówna, początkowo zupełnie nieświadoma, iż stała się obiektem czyichś westchnieniem, miała na tę wiedzę poczekać około dwóch lat. W tym czasie Tuwim prowadził już ożywioną korespondencję z ukochaną. Niestety, jednostronną i tylko do szuflady. O sile jego niepewności świadczyć może choćby fakt, że swoich pierwszych listów nawet nie wysłał. Wydaje się, że gdy tylko poeta zrobił już pierwszy krok, wszystkie jego opory znikały, granica została przekroczona. Dowodzi tego w swoich listach, skąd z niewinnego, wstydliwego chłopca przeobraża się w mężczyznę-łowcę, który staje się pewny swoich uczuć, walczy o zdobycz, ale tym samym można odnieść wrażenie, że przytłacza ją nieco siłą tych emocji oraz własnej ekspresji, a właściwie jej niekontrolowanych wybuchów. W listach po 1914 Tuwim już całkiem śmiało wyznaje Stefanii miłość, w swoich wierszach zaś widać już zapowiedź znaczenia, jakie będzie dla niego miała przyszła żona. Największą bolączką Juliana był strach przed odrzuceniem czy brakiem wzajemności ze stron wybranki. Ale która kobieta zachowałaby obojętność wobec takich wyznań:

„Moja Stefa będzie zawsze drogowskazem przez całe życie” [s. 26] czy „Bo Ty jesteś Radość” [s.34]?

Korespondencja Tuwima nie kończy się jednak wraz ze zdobyciem ręki Stefanii. Jako mąż także pisywał do niej listy pełne namiętności, obsesyjnej wręcz miłości, w których nierzadko można wyczuć strach przez zobojętnieniem (który chyba będzie go męczył aż do końca) oraz lekką nutę zazdrości.

Ale swoje uczucia, tę głęboką miłość, najpełniej Tuwim wyraził oczywiście w liryce. Nie ma chyba piękniejszych wyznań niż te u niego rymowane, jak czule on tęskni w tych strofach, on nawet w poetycki sposób jest zazdrosny. W „Juweniliach” widać jeszcze tego Juliana-uczniaka, chłopca w okresie inicjacji, tej życiowej, uczuciowej i poetyckiej. Natomiast w późniejszej twórczości Tuwim objawił cały swój kunszt, a jego liryka miłosna stała się jedną z najpiękniejszych w historii polskiej poezji. Znajdziemy tu utwory, które na stałe weszły nie tylko do literatury, ale i do muzyki, teatru czy filmu, jak np. „Wspomnienie”, „Tomaszów” czy „Grand Valse Brillante”.

„Moja Miłość” to kolejny dowód miłości poety, kolejna obowiązkowa pozycja nie tylko dla fanów Księcia Poetów, nie tylko dla miłośników poezji, ale dla wszystkich wrażliwych, otwartych na wielkie emocje, niebanalną twórczość oraz romantyczną aurę wokół. Wydawnictwo Iskry dokonało świetnego wyboru utworów i listów poety, z których wyczytać można nie tylko uczucia, ale i charakter zainteresowanych osób, atmosferę oraz obyczajowość tamtych lat.

Kinga Młynarska

Za książkę dziękujemy:




piątek, 28 marca 2014

Antoni Słonimski, Julian Tuwim „W oparach absurdu” – recenzja


Utwory Słonimskiego jak i Tuwima cieszą się nieustającą popularnością. Ci dwaj wspaniali Skamandryci byli nieustającymi obserwatorami tego, co działo się wokół nich. Przede wszystkim absurdu, który ich otaczał, czy to w przepisach, czy sytuacjach dnia codziennego. Śmieszyło ich to na tyle, że zaczęli je spisywać. I jak napisał sam Antoni Słonimski: „Istota rzeczy polegała na tym prostym fakcie, że nas pisanie absurdów bawiło i dawało radość nie mniejszą od pisania wierszy, artykułów czy sztuk teatralnych. Śmieszyliśmy nie tylko siebie, ale i czytelników.” Jak widać z niezłym skutkiem, gdyż trwa to do dziś.

Autorzy „W oparach absurdu” mają na swoim koncie wiele publikacji, zarówno poezję jak i prozę, oraz niezliczoną ilość artykułów, jednak ten zbiorek jest mi najbliższy, gdyż nie dość, że poprawia mi humor, to jeszcze odnajduję w nim sytuacje, które obserwuję i dziś, a przecież utwory te powstały w latach 1920-1936! Są naprawdę ponadczasowe.

Nigdy nie przypuszczałam, że w tak małej, niepozornej książeczce mieści się tyle dobrego humoru i pozytywnej energii. Jednakże jest to zazwyczaj „czarny humor”, który nie wszystkim może przypaść do gustu. Mam jednak wrażenie, że każda osoba, która sięgnie po ten „zbiorek szaleństw” Słonimskiego i Tuwima, znajdzie coś dla siebie.

Z całego tego kogla-mogla absurdalnych informacji, anonsów, kalendarzy, przepisów kulinarnych, recenzji, oraz innych materiałów zawartych w „Oparach absurdu”, najbardziej utkwiła mi w pamięci jedna z porad, która w moim odczuciu oddaje charakter całej tej publikacji:
„Jak zmierzyć odległość między nami a nieprzyjaciółmi?

Mogą zajść cztery przypadki: 

1) my nacieramy, a nieprzyjaciel uchodzi;

2) nieprzyjaciel naciera, a my uchodzimy;

3) my nacieramy i nieprzyjaciel naciera;

4) nieprzyjaciel uchodzi i my uchodzimy.

Problematy te rozwiązać można niezmiernie prosto: gdy wróg uchodzi, należy go ścigać, a nie bawić się w skomplikowane telemetry. No, a jak my uchodzimy, to tym bardziej nikomu nie strzeli do głowy urządzać „pomiary
”.”

Ciekawymi też są m.in. opisy ceremonii przyjmowania nowych członków do grupy „Pikadora” czy „Skamandra”, definicja dnia 1 kwietnia, treść drobnych ogłoszeń, ale też wiele, wiele innych.

Zbiorek Słonimskiego i Tuwima to jedna wielka satyra na głupotę, lekarstwo na samotność i gwarant Waszego zdrowia! Bo przecież śmiech to zdrowie, a tego, zaręczam, nie zabraknie podczas lektury. Polecam wszystkim, którym nie jest obojętne zdrowie i dobre samopoczucie.


Beata Dalla Valle

Za książkę dziekujemy Wydawnictwu:



wtorek, 18 marca 2014

Andrzej Luter "Ekspostkatolik" - recenzja


Czy słyszeliście kiedyś o księdzu, który w filmach takich reżyserów jak: Ingmar Bergman czy Michelangelo Antonio, widział samego siebie? Jeśli nie, to zachęcam do lektury książki wydanej w 2013 roku przez Wydawnictwo Iskry, której autorem jest ksiądz Andrzej Luter.

Zanim stał się kapłanem, był zwykłym nastolatkiem wychowywanym w czasach PRL-u, studentem prawa na Uniwersytecie Łódzkim, fanem Doorsów, Pink Floydów, Janis Joplin, Jimiego Hendrixa. Zaczytywał się w „Miesiącach” Kazimierza Brandysa, „Małej apokalipsie” Konwickiego, wierszach Herberta i Barańczaka. Był wielbicielem kina, na ekranach których królowały takie tytuły jak: „Człowiek z marmuru”, „Barwy ochronne”. Po obejrzeniu „Rejsu” tak zakochał się w scenariuszu filmu, że jakiś czas czytał wszystko, co pisał jego autor, Janusz Głowacki. Kiedy po obejrzeniu „Iluminacji” Zanussiego, wszyscy rozmawiali tylko o Bogu , transcendencji i zmartwychwstaniu, postanowił sięgnąć po Pismo Święte. Następne wydarzenia, tj. wybór kardynała Wojtyły na Papieża, rok 1980, wstąpienie do Niezależnego Zrzeszenia Studentów sprawiły, że pojawiła się myśl o posłudze kapłańskiej.

„Jaką miałem wtedy wizję kapłaństwa? Jak to określał kardynał Jean-Marie Lustiger: opuścić znajome wybrzeże i wyruszyć ku ziemiom niechrześcijańskim, które są wokół nas, również tu, w Polsce. Dziś, po dwudziestu trzech latach kapłaństwa, utwierdza mnie w tej postawie papież Franciszek, który w Wielki Czwartek mówił do księży, że iść za Jezusem to znaczy uczyć się „wychodzenia z ograniczeń samego siebie (…), aby wyjść na spotkanie innych, aby wyjść na peryferie ludzkiego życia. Wyruszyć musimy my sami jako pierwsi, ku naszym braciom i siostrom, zwłaszcza ty najbardziej oddalonym, tym, o których zapomniano, tym, którzy najbardziej potrzebują zrozumienia, pocieszenia i pomocy”.

„Ekspostkatolik” to książka, która ukazuje nam obecnego duszpasterza w środowiskach dziennikarskich, publicystę, członka redakcji Więzi, współpracownika Tygodnika Powszechnego, dla którego najważniejszy jest człowiek. I nie ma znaczenia, czy jest on katolikiem, czy też agnostykiem, ateistą. Nie brakuje ich wśród przyjaciół księdza Lutra. Ważny jest człowiek oraz jego bliskość z Kościołem i bliźnimi, którą można stworzyć jedynie poprzez dialog. Dlatego też nie bez znaczenia pojawiają się w tej publikacji ludzie dialogu tacy jak: Jerzy Turowicz, ks. Tischner, abp. Życiński, o. Wacław Hryniewicz. Dla księdza Lutra literatura, muzyka, film staje się formą dialogu z Czytelnikiem o tym co najważniejsze, o Bogu, miłości, przyjaźni, a także polityce, od której nie stroni.

Wszędzie poszukuje Boga i elementów ewangelicznych, jednak nie odstrasza swą narracją, wprost przeciwnie. Z rozdziału na rozdział wzbudzał we mnie coraz większe zainteresowanie, zastanawiałam się: „kogo to teraz ksiądz weźmie na tzw. warsztat” i w jaki sposób skłoni mnie do nowego spojrzenia np. na film, który uznawałam za małowartościowy, lub książkę, po którą nie sięgnęłabym nigdy. Ksiądz Luter nie poucza, nie stawia warunków, lecz analizuje i daje do myślenia.

„Zapewne rację mają ci krytycy, według których Bergman szukał sacrum w drugim człowieku. A jeśli tak – to jesteśmy bardzo blisko siebie, bo przecież chrześcijanin wie, że Bóg nade wszystko jest w bliźnim.” A zatem bliźni to nikt inny jak Bóg w postaci człowieka, dlatego tak ważnym jest, aby być blisko siebie, szanować się i wspierać, mimo różnicy przekonań.

Ciekawa jestem Waszych przemyśleń po lekturze tej książki. Polecam ją wszystkim bez wyjątku, gdyż dzięki niej poznacie nietuzinkowego księdza, który myśli tak jak wielu z Was i nie da Wam nawet przez chwilę odczuć, że jest duchownym. Zaskakują jego poglądy, zrozumienie drugiego człowieka i trafne uwagi, jako obserwatora współczesnego świata.

Polecam!




Beata Dalla Valle


Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:












sobota, 8 marca 2014

Stanisław Wasylewski "Klasztor i kobieta. O miłości romantycznej. Pod urokiem zaświatów" - recenzja

Nakładem wydawnictwa Iskry w 2013 roku ukazało się wznowienie trzech opublikowanych niegdyś oddzielnie tekstów: "Klasztor i kobieta", "O miłości romantycznej", "Pod urokiem zaświatów". Pierwotne wydania dostosowano do obecnych wymogów języka polskiego, ujednolicono i zmodernizowano ortografię i interpunkcję oraz skorygowano błędne cytaty. Całość uzupełniono znakomitym wstępem prof. Janusza Tazbira.

"Klasztor i kobieta" to przekrój poprzez historię żeńskich zakonów w średniowieczu. Co ciekawe, żywot mniszki często nie był traktowany jako wyrzeczenie i oddanie całego życia Bogu, ale poprawienie swojej pozycji. Mieszkanki klasztorów niejednokrotnie bowiem miały więcej do powiedzenia niż ich rówieśniczki będące żonami i matkami. Stanisław Wasylewski przedstawia codzienne życie sióstr zakonnych, ich ubiór, zajęcia, rozkład dnia i obowiązującą regułę.

Część druga przenosi nas do świata romantycznej miłości traktowanej z pietyzmem i wiążącej się z szeregiem ideałów. Uczucie zwykle było całkowicie oderwane od rzeczywistości. Zakochani wznosili się w obłokach zupełnie zapominając o przyziemności. Autor prezentuje kochanki naszych wieszczów narodowych oraz innych kobiet, które dostały się na karty dziewiętnastowiecznej historii za sprawą swoich nieprzeciętnych osiągnięć.

Wreszcie zasiadamy przy spirytystycznym stoliku i poznajemy stosunek romantyków do wszelkich szatańskich wynalazków: zjaw, wirujących stolików, rozmów z przybyszami z innego świata. Romantyzm to apogeum świetności spirytyzmu (choć w Polsce jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym doktryna ta miała się świetnie - sam Piłsudski wierzył w zdolności mediów i możliwość komunikowania się z duchami zmarłych).

Czytelnikowi może odrobinę brakować ilustracji. Niestety na czterystu stronach nie znalazła się ani jedna. Ten mankament rekompensuje jednak styl autora, który powinien porwać nie tylko zapaleńców historycznych, ale także tych, których drogi z historią zawsze rozmijały się. Mimo tylu lat, które minęły od premiery trzech szkiców historycznych Stanisława Wasylewskiego dalej pozwalają one oderwać się zupełnie od rzeczywistości i przenieść do czasów, które (niestety) już nigdy nie powrócą.


Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:

środa, 12 lutego 2014

"Życie polskie w dawnych wiekach" - Władysław Łoziński - recenzja

Suto zastawione stoły i wystawne bankiety. Olśniewające przepychem uroczystości pogrzebowe i skromne szlacheckie podróże zmierzające do krajów Europy Zachodniej. Drewniane dwory i murowane pałace. Bogate wyposażenie siedzib magnackich i proste umeblowanie szlacheckich gniazd rodzinnych. To wszystko poznamy z książki Władysława Łozińskiego. Podróż w czasie umila barwny język autora, wartka narracja i reprodukcje uroczych starych map.

Część pierwsza przenosi nas do zamków i pałaców, do wystawnego życia magnaterii, zwyczajów najzamożniejszych oraz wyposażenia okazałych rezydencji. W drugiej części poznamy subtelną różnicę dzielącą dwór od dworku, tradycje kultywowane przez szlachtę średnią oraz ich codzienne życie. Najbardziej w ilustracje obfituje rozdział trzeci, gdzie autor pokusił się o przedstawienie zmian w stroju polskim na przestrzeni stuleci. "Dom i świat" to zaś przekrój poprzez polski charakter narodowy.

Tytuł jest mylący. Książka bowiem nie podejmuje tematu życia codziennego na przestrzeni epok. Dotyczy jedynie wieku XVI i XVII (kilka fragmentów zahacza o wiek XVIII). "Życie polskie w dawnych wiekach" wbrew pozorom nie można uznać za panoramę życia ludności polskiej, gdyż autor pod lupę bierze tylko stan szlachecki. Naród tworzyli co prawda wtedy szlachetnie urodzeni, ale nie można pomijać istnienia pozostałych stanów. Choćby kilkanaście stron poświęconych codziennej egzystencji chłopów i mieszczan pozwoliłoby uznać publikację Władysława Łozińskiego za kompletną.

Czytelnik może odczuć podczas lektury brak przypisów. "Życie polskie w dawnych wiekach" powstało ponad 100 lat temu. Niektóre terminy używane przez autora mogą więc być nieczytelne. Dodanie zaś słowniczka z pojęciami dotyczącymi m.in. niuansów architektonicznych poruszanych w książce niewątpliwie przyczyniłoby się do większego zrozumienia tekstu i oszczędziłoby czytelnikowi "podróży" między właściwym tekstem a słownikiem. Miłym zwyczajem jest także tłumaczenie wtrąceń łacińskich i francuskich, czego niestety nie dokonano w tym przypadku.

Nie można nie zatrzymać się choćby na chwilę przy oprawie technicznej dzieła Władysława Łozińskiego. Obwoluta, twarda (mieniąca się w świetle!) okładka oraz bardzo dobrej jakości papier dodają książce uroku. Tekst uzupełnia kolekcja kilkuset fotografii (w znakomitej części są to ryciny z minionych epok).

Próżno w książce dopatrywać się obiektywizmu. Na kartach książki nie znajdziemy szerszego opisu wad narodowych czy ułomności stanu szlacheckiego. Niektórzy badacze "Życie polskie w dawnych wiekach" uznają za ekspiację za "Prawem i lewem". Trudno dziś rozstrzygać jakie były intencje autora. Władysławowi Łozińskiemu nie można jednak zarzucić braku talentu literackiego i ogromnych wysiłków związanych z zebraniem materiału faktograficznego. Mimo pewnych mankamentów "Życie polskie w dawnych wiekach" jest wspaniałą podróżą poprzez renesansowe i barokowe dwory szlachty polskiej.

Bartek Filipczak

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:

"My, dzieci z dworca ZOO"-Christiane F.-recenzja


Christiane F. miała dwanaście lat, gdy zaczęła palić haszysz. Rok później sięgnęła po heroinę. ,,My, dzieci z dworca ZOO’’ to historia opowiedziana przez piętnastoletnią narkomankę z Berlina Zachodniego, którą się stała. W przyszłym roku nakładem wydawnictwa Iskry pojawią się dalsze wspomnienia Christiane.

Mała Christiane pierwsze lata swojego życia spędziła na wsi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że kiedyś będzie na samym dnie. Przeprowadzka do Berlina mocno na nią wpłynęła. Ojciec, który swoją frustrację wyładowywał na córkach i żonie sprawił, że Christiane spędzała w domu możliwie jak najmniej czasu. Tylko, że nie było za bardzo gdzie, bo blokowisko Gropiusstadt było całe wybetonowane i wszędzie pełno zakazów, a miejsc do zabaw brak. Szkoła, do której uczęszczała, była niczym dżungla, a ona sama czuła, że tam nie pasuje. W końcu znalazła sobie koleżankę, z którą zaczęła chodzić najpierw do ,,Haus der mitte’’, gdzie zaczęła palić haszysz i brać ,,kwas’’, a potem do ,,Soundu’’, który szybko doprowadził ją do heroiny. Wtedy Christiane żyła już w ciągłym kłamstwie i była gotowa wymyślić wszystko, żeby zagłuszyć podejrzenia matki. Z czasem było coraz gorzej.

Gdy zaczyna się ćpać piramida potrzeb ma w sumie tylko jeden stopień: heroina. Kolejna ćwiartka, kolejny niuch albo po prostu w żyłę. Jedzenie, sen, zimno, rodzina i wszystko inne traci znaczenie. Narkotyki kosztują, tak jak wszystko inne. Tylko skąd dziecko ma wziąć na to pieniądze? Kradzieże, kołowanie ludzi i cóż, sprzedaż własnego ciała. Nie ma już wartości moralnych czy honoru. Jak można mówić o honorze, skoro jest się gotowym zrobić wszystko dla kolejnej działki? Głód jest nie do zniesienia i przed tym głodem może uratować tylko heroina. Koło zamknięte. A Christiane spadała coraz niżej.

Jej przyjaciele i chłopak Christiane, Detlef, siedzieli w tym bagnie po uszy i żadne nie potrafiło z niego wyjść. Bo jak, skoro jedyni ludzie, jakich znasz i z którymi spędzasz czas, ćpają? Ona i Detlef często marzyli o życiu, które kiedyś mogliby razem wieść. W żadnym ze scenariuszy nie było hery. Kolejne odwyki nic nie dawały. Minął tydzień odtruwania w męczarniach, a Christiane znów była naćpana. Nie pomogły płacze i krzyki matki, nie pomogła złość na samą siebie. Nie pomogły też nekrologi kolejnych osób z jej towarzystwa, ani policja. Była na prostej drodze do tego, żeby się po prostu zaćpać na śmierć.

,,My, dzieci z dworca ZOO’’ to nie jest po prostu kolejna książka o narkomanach. Gdy ktoś umiera, z tego świata naprawdę znika jedno istnienie. Gdy ktoś wbija sobie w żyłę, to właśnie wtedy ktoś się naprawdę naćpał. Właśnie to uderza w czytelnika: to działo się naprawdę. I ciężko się z tym pogodzić. Trudno sobie wyobrazić zwykłe dzieci, które jeszcze zanim zaczęły życie, były już na dnie. Wiele z nich nigdy nie osiągnęło dorosłości. Wiele trafiło do więzienia i miało grubsze akta policyjne, niż niejeden morderca. Bez wykształcenia, perspektyw i planów na przyszłość. Im niżej się spadnie, tym trudniej się podnieść i wyjść na prostą.

Ta książka szokuje i zostawia po sobie ślad gdzieś głęboko w umyśle. Sama długo nie zapomnę historii Christiane i nie ważne jak często byłam na nią zła, gdy każda kolejna próba odwyku kończyła się fiaskiem, miałam ochotę płakać razem z nią. Wciąż wierzyłam, że dla każdego z bohaterów istnieje szansa na normalne życie. Nikt nie zasłużył na to, żeby cierpieć. Przed narkotykami nie ustrzegą nas pogadanki w szkole. ,,My, dzieci z dworca ZOO’’ to cios między oczy i dopiero wtedy dociera do człowieka, że ten świat nie jest tak zły, jak myślał. Jest gorszy, ale trzeba zrobić wszystko, żeby być szczęśliwym i nie zgubić po drodze .



Anna Bellon

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu: