Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna otłowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna otłowska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

"O Starówce, Pradze i ciepokach" Zdzisław Kaliciński - recenzja

Tytuł książki Zdzisława Kalicińskiego brzmi "O Starówce, Pradze i ciepokach", ale właściwie powinien mieć on nieco zmienioną kolejność członów: "O Starówce, ciepokach i Pradze" - bo takie były koleje losu autora. Jego dzieciństwo upłynęło w maleńkim mieszkaniu na czwartym piętrze. Tam na kilkunastu metrach kwadratowych mieszkało sześć osób! Zatem nic dziwnego, że wiele czasu autor spędzał jako kilkuletni wówczas chłopiec na zewnątrz - na podwórku, na spacerach po okolicy. Na Starówce mieszkała babcia od strony matki, zaś z tytułowymi "ciepokami" spotkamy się w Jeziornie. To rodzinne strony ojca autora. Tu też mieszkała i pracowała w przyzakładowej pralni Teofila Kalicińska. A ów zakład to była papiernia. Dzieje tego typu wytwórni nie są chyba powszechnie znane, więc autor w swojej relacji o Jeziornie wraca dość daleko w przeszłość, by pokazać specyfikę tej osady, wyjątkowość zatrudnionych tam ludzi, ich sumienność, zwyczaje, codzienne dni i chwile odświętne. 
Powrót spod opieki babci do Warszawy wiązał się też z nowym miejscem zamieszkania - już nie Starówka, gdzie trzynaście metrów kwadratowych poddasza było domem dla sześciorga osób, ale pokój z kuchnią na Pradze stały się nowym mieszkaniem trzyosobowej rodziny autora (jego, ojca i macochy). Ale kwestia zamieszkania to jedna z wielu spraw poruszonych przez Zdzisława Kalicińskiego. Zapewne to nazwisko nie jest obce wielu wielbicielom współczesnej literatury polskiej - córką jego jest autorka powieści, a idąc śladem ojca napisała "Fikołki na trzepaku" - autobiograficzną książkę o swoim dzieciństwie na Saskiej Kępie. Tematyka tych książek, ich styl sprawiają, że są one cenione przez szerokie grono czytelników. Można by powiedzieć, że umiejętności pisarskie odziedziczyła Małgorzata Kalicińska po ojcu. Niniejsza pozycja jest tego doskonały dowodem. W odautorskim słowie wyraża on nadzieję, że książka ta przybliży dawną Warszawę obecnym jej mieszkańcom, jednak i dla osób niezwiązanych z tym miastem jest to ciekawa lektura. Być może klucze jest to, że Kaliciński pisze o sprawach mu bliskich, ważnych, potrafi oddać emocje wiążące się z radościami i troskami wieku dziecięcego. 

Jego dzieciństwo przypada na okres miedzywojenny - dlatego w relacji z tamtych lat możemy przeczytać wrażenia naocznego, choć nieletniego świadka odsłonięcia Grobu Nieznanego Żołnierza, przewrotu majowego, strajków w papierni w Jeziornie. Kaliciński pisze o zwyczajach ówczesnych warszawiaków - o ich dniu powszednim, troskach związanych z utrzymaniem, zaopatrzeniem, wspomina też chwile wyjątkowe, świąteczne - wyprawy statkiem na Bielany, zamiłowanie do sportu, ulubione rozrywki - kino, zabawy taneczne, lunapark, "patelnie" - czyli miejsca do tańczenia na świeżym powietrzu. Jego ojciec był konduktorem, zatem to środowisko robotnicze jest najdokładniej przedstawione w "O Starówce, Pradze i ciepokach". Mimo ciężkiej pracy ludziom tym nie powodzi się najlepiej - tak w Warszawie, jak i w Jeziornie sumienne wykonywanie obowiązków nie wystarcza, a strajki mają jeden efekt - pogorszenie i tak już niezbyt dobrych warunków egzystencji. Kryzys dotyka najuboższych - i o tym, jak sobie radzono w takiej sytuacji dowiadujemy się z kart lektury. 

Autor pisze o bliskich mu osobach, które były dla niego ważne - o obu babciach, innych członkach rodziny, nauczycielach, którzy odcisnęli piętno na dalszym jego życiu, przekazali wartości, poświęcali czas i serce, by wykształcić młode pokolenie. 

Może się wydawać, że temat jest mało interesujący - minione dzieje jakiejś rodziny, obraz miasta sprzed bez mała wieku - cóż w tym wyjątkowego? Jeśli jednak kogoś zajmuje taka tematyka, to książka autorstwa Kalicińskiego będzie pasjonującą lekturą - bo jest to bardzo szczery obraz, traktuje o sprawach rzadko poruszanych w naukowych opracowaniach dotyczących przeszłości. 

Katarzyna Otłowska



Za książkę dziękujemy:



piątek, 29 sierpnia 2014

"Magda. Pożegnanie z pokoleniem" J.B. Poznanski - RECENZJA


Kolejna rocznica powstanie skłania do sięgnięcia po tego typu lektury. Przyznam szczerze, że już opis na stronie wydawnictwa dotyczący książki "Magda. Pożegnanie z pokoleniem" nieco raził sformułowaniami: "urodzona z polskich rodziców", czy też słowa dotyczące samego autora: "syn Irki i Staszka". Niestety - w tekście też spotkamy zadziwiające wyrażenia, zwroty, zdania ("Odepchnęła je stopą i przysiadła na kolanach", "Zapięła żakiet i powoli wygładziła brzuch"). zaskakujące jest choćby to, gdy Magda, tak przecież żywo zainteresowana przeszłością, dramatyczne zwierzenia Karola Modelskiego z przechodzenia kanałami (opis pozbawionego zmysłów, na chwilę przed śmiercią młodego człowieka) kwituje słowami: "To musiało być bolesne"... Na dodatek dostrzegłam w tekście sporo literówek. Kończąc "część krytyczną" wyznać muszę, że tytułowa bohaterka jest niebywale denerwująca. Autor krytycznie ocena Anglików, wśród których dziewczyna żyje, ale ona sama, będąc w ciąży, bez przerwy zamawia przeróżne trunki... Czym się zajmuje? "Maluje o powstaniu", zatem gdy przyjaciółka prosi ją o przybycie do Warszawy, robi to bez wahania. Niestety, wiele z jej poczynań jest zagadkowo nielogicznych: gdzieś idzie, podaje się za kogoś innego, bierze ze sobą z niewyjaśnionych powodów swój rysunek, umawia się - i nie wiemy, czy spotkanie doszło do skutku, jedzie niby w celu ustalenia czegoś odnośnie budynku, który znajduje się na dramatycznej w wymowie fotografii z czasów wojny - potem opowiada swemu narzeczonemu historię tego zdjęcia, ale trudna zorientować się, czy to nie jej wymysł, gdyż w Warszawie żadnych poszukiwań z tą sprawą związanych nie prowadziła.

Ciekawsza, bardziej prawdziwa jest część dotycząca wspomnień powstańców. Tu rzeczywiście autor stanął na wysokości zadania - pisze poruszająco, bez zbędnego patosu, obrazowo, w sposób, który sprawia, że ta część książki zapada w pamięć. Także postacie z tymi zdarzeniami bezpośrednio związane są bardziej przekonujące: Stefan Wolski, Jeremi Lange, Karol Modelski. Nieco tylko zaskakuje ciągłe przywoływanie przez nich wierszy, "rozmawianie" cytatami z nich. 

Pierwszy bohater, którego spotkamy na kartach tej powieści, to Michał Praga, profesor amerykańskiego uniwersytetu. Pojawi się też pod koniec lektury, tuż przed odlotem Magdy do Londynu. Z jednej strony - jest jakby bojownikiem o prawdę, z drugiej - stara się ją ukryć. Ma pomysł, by ci, którzy są przyczynili się do tragedii powstańców, odpowiedzieli za tę zbrodnię - żeby ich potomkowie na przykład "poszli zamiatać ulice" - "nie dla pokuty, ale żeby być w końcu pożytecznym i żeby podziękować za to, że w ogóle przyszli na świat". 

Nie sądzę, że jest to lektura dla wszystkich zainteresowanych Powstaniem Warszawskim - nieco zaskakująco zostały tu rozłożone akcenty, a postać Magdy niewiele wnosi, wręcz irytuje. Ale spora część książki jest zajmująca, poruszająca i warta uwagi.

I jeszcze jedna sprawa: w pierwszym rozdziale padają słowa - "to jest ostatnia wielka rocznica" - tyle że akcja rozgrywa się dziesięć lat temu, chodzi o sześćdziesiątą rocznicę, zatem to stało się właśnie w tym roku - świętowaliśmy ostatni taki jubileusz, z udziałem powstańców, z możliwością posłuchania ich słów... Bolesna konstatacja. 

Katarzyna Otłowska


Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"Żądza krwi" Thomas Enger - recenzja

 "Żądza krwi" to trzecia książka, w której wierni czytelnicy serii autorstwa Thomasa Engera będą mieli okazję śledzić dalsze losy bohaterów, poznać kolejną sprawę, której rozwiązanie zajmie ich bez reszty.

Na pewno zaletą niniejszej pozycji jest bogactwo wątków. Przyznam, że nieco nużące są kryminały, w których już-już ma dojść do odkrycia/ujęcia sprawcy, a trop okazuje się całkowicie błędny. Tu sporo miejsca zajmują prywatne sprawy bohaterów, mamy okazję poznać ich bliżej, dowiedzieć się, jakie problemy ich nękają, o czym marzą, jakie mają obawy. Obok śledztwa, które toczy się w związku ze śmiercią starszej nauczycielki, przebywającej od lat w domu opieki, czytelnik będzie śledził i inne wątki, które w finale połączą się z główną sprawą będącą treścią książki.

Dość okazała jest także galeria postaci. Prowadzący śledztwo policjanci, dziennikarz zajmujący się tą sprawą, jego siostra - minister sprawiedliwości, która zostaje podstępnie oskarżona o molestowanie młodego polityka, członka tej samej partii, a także ich rodziny, syn zamordowanej w domu opieki staruszki, kolejna ofiara, jej przyjaciółka i rodzina tej kobiety.

Co ciekawy, dość szybko "poznajemy" sprawcę - nie jest on wprawdzie przedstawiony dokładnie, ale sukcesywnie dowiadujemy się o nim coraz więcej - właśnie z jego perspektywy. Aby zbudować napięcie, autor przedstawia także zdarzenia z codziennego życia osób, które staną się kolejnym celem ataku.
Spajający serię bohater "Żądzy krwi" - Henning Juul, to dziennikarz zajmujący się właśnie sprawami kryminalnymi. Jest świetny w swoim fachu, z kolei jego życie prywatne to ciąg tragedii: w jego mieszkaniu wybuchł pożar, a w wyniku tego zdarzenia zginął syn Henninga, Jonasa. Rozstał się z żoną, ucierpiał w wypadku, ale najcięższym przeżyciem jest oczywiście utrata syna. Dziennikarz ma pewne podejrzenia, zbiera informacje mające przyczynić się do ustalenia sprawcy pożaru. Jako że to kolejna książka tych spraw dotycząca, śledztwo nieco posuwa się do przodu, ale dalsze zdarzenia wierni czytelnicy poznają zapewne "przy okazji" kolejnej sprawy, którą opisywać będzie Juul.

Jeśli zaś chodzi o morderstwo popełnione na osobie pensjonariuszki domu starców, a także kolejne powiązane z tą sprawą zbrodnie, to jest to przerażające świadectwo pewnych skłonności, które sprawiają, że traumy z dzieciństwa czy młodości nie ulegają zapomnieniu, wprost przeciwnie - motywują w negatywny sposób - do zemsty, odegrania się, "ukarania" winnych...

Nie mam na swoim koncie mnóstwa przeczytanych kryminałów, jednak porównując tę książkę z pozycjami autorstwa Jo Nesbø wydaje mi się, że fakt, iż nie znam wcześniejszych części w przypadku książki Engera nieco psuje przyjemność z lektury - zatem na pewno warto zacząć poznawanie twórczości norweskiego pisarza od pierwszej części cyklu - "Letargu".

Katarzyna Otłowska


Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Tadeusz Mioduszewski "Dzieciakom i ptakom" - recenzja



To szczególna pozycja - na wklejkach umieszczone zostały biogramy twórców: Tadeusz Mioduszewski "mieszka w Warszawie", "Pisze i rysuje także dla dorosłych na swoim autorskim blogu: tadeuszmioduszewski.blogspot.com"; Janusz Stanny "prowadzi Pracownię Ilustracji w AHE w Łodzi"... Poeta, pedagog, harcerz i drużynowy 17 WDH w latach 1960-1961, Tadeusz Mioduszewski zmarł 30 grudnia 2013 roku, niezrównany grafik i ilustrator, Janusz Stanny odszedł półtora miesiąca później - 13 lutego 2014 roku. Jest to zatem lektura źródłem wielu wzruszeń, refleksji, także nostalgicznych wspomnień: charakterystyczną, niepowtarzalną kreskę Janusza Stannego pamiętam z jednej z moich ukochanych książek z dzieciństwa - był to rodzaj podręcznika - "Umiemy czytać". Książka znalazła się w naszym domu z racji tego, że moja mama była nauczycielką, zatem swego czasu była ona jej "narzędziem pracy", potem dostarczała mi mnóstwa radości - zarówno ze względu na zawartość treściową, ale też i z powodu zachwycających mnie do dziś ilustracji. 

I w tym przypadku warstwa wizualna zachwyca, nic dziwnego - Janusz Stanny był profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, na swoim koncie miał niezliczoną ilość prac, skierowanych nie tylko do najmłodszych odbiorców. Wiosenne barwy kipią, zdają się wybuchać z kolejnych stron, radosne skrzaty budzą nasz uśmiech, roześmiane koty, zabawne zające i przeurocza księżniczka - nasycone barwy i wyraźnie kontury sprawiają, że prace mistrza są nie do pomylenia z żadnymi innymi.

Wiersze Tadeusza Mioduszewskiego krążą wokół tematów związanych z przyrodą, naturą. Są tu i przeróżne niezwykłe postacie: dziwne zwierzę ze snu, krasnoludek-obieżyświat, króliczek przemieniający się w dziecko. Niektóre z tych utworów oczarowują, bawią, wzruszają, choć są i mniej udane - to oczywiście jedynie moje skromne zdanie, ale takie sformułowania niezbyt przypadają do gustu:
"Dziewczynki
fałszywe mają minki,
plotkary są i świnki,
więc się dziewczynek strzeż".
Podmiot liryczny stwierdza nawet, że od dziewczynek lepszy jest jeż, ryba czy też wierny przyjaciel - pies...
Nie zachwyciły mnie także utwory: "Babka", "Dwa jajeczka gdzieś nad rzeczką" czy "Gdy spotkają się dwa psy", ale przecież są takie urocze obrazki poetyckie jak "Księżniczka", "Zamknij oczki", "Bajka" albo "Bocian". 

Sięgnięcie po pozycję "Dzieciakom i ptakom", gwarantuje ucztę dla oczu, a wiele wierszy to ciekawe i zaskakujące obrazowaniem utwory.

Katarzyna Otłowska



Za książkę dziękujemy:



poniedziałek, 31 marca 2014

"Szczerze oddana" Pekka Hiltunen - recenzja

Książka "Szczerze oddana", której autorem jest Pekka Hiltunen, to pozycja opisywana jako thriller psychologiczny. Oczywiście trudno spodziewać się, że wszystkie książki będą powielały pewien schemat, jednak zazwyczaj w lekturach tego typu znaleźć można nieco większe zagęszczenie elementów przerażających, drastycznych, dramatycznych. Choć nikt nie powinien narzekać, że jest zbyt mało emocji w "Szczerze oddanej", to jednak spora część książki traktuje o rzeczach dość odległych od opisanego na początku tragicznego zdarzenia, przywołanego także w blurbie: "Młoda kobieta została okrutnie zamordowana, a jej okaleczone ciało porzucono w bagażniku samochodu w samym centrum Londynu jako ostrzeżenie dla innych. Lia, graficzka komputerowa, staje się świadkiem tej makabrycznej sceny i jest równie wstrząśnięta, jak inni mieszkańcy miasta." Dodajmy tylko - dla uściślenia: że "młoda kobieta" jest czterdziestolatką, a Lia jest o tyle "świadkiem", że widzi to auto w drodze do pracy. 

Choć widzi niewiele, jest bardzo poruszona, sprawa ta nie daje jej spokoju, a brak informacji o postępach śledztwa jest dla niej bodźcem, by się zaangażować w zgromadzenie faktów tej sprawy dotyczących, a być może nawet - ustalić sprawcę i ukarać go.

I jak się można domyślać - chęć ta jest tak silna, determinacja Finki (bo Lia pochodzi z Finlandii) tak wielka, że istotnie - przyczynia się do pchnięcia spraw do przodu. Jednak wielka w tym i zasługa jej nowej przyjaciółki. Przypadkowo poznana w barze rodaczka, Mari, od razu zyskuje sympatię Lii, okazuje się także, że to nie tylko bratnia dusza, ale i osoba obdarzona niezwykłym talentem: "Nowo poznana Finka posiada niezwykłe umiejętności – potrafi „czytać” ludzi – przenika ich najbardziej skryte myśli i przewiduje działania." 

Spora część lektury wydanej przez Zysk i S-ka poświęcona jest relacjom tych kobiet, autor opisuje szczegółowo sporo zdarzeń z ich przeszłości, ukazuje budzącą się sympatię, w końcu też i przyjaźń między nimi. Jak się okazuje, Mari to osoba, która stawia sobie za cel pomoc innym, potrzebującym, pokrzywdzonym. Nie jest to jednak działalność charytatywna czy coś na kształt wolontariatu. W jej poczynaniach można odnaleźć chęć dania nauczki tym, którzy wykorzystują innych, mają nieczyste zamiary.

Nowa akcją, którą przedsięwzięła oraz wspólne działania Lii i Mari oraz jej współpracowników mające na celu ustalenie sprawy brutalnego morderstwa opisanego na pierwszych stronach książki to treść tej lektury. W obu tych wątkach, a także w losach bohaterek odnadziemy też motyw przemocy wobec kobiet i temat ten będzie niezwykle istotny dla całej książki.

Na pewno zaletą tej pozycji jest język, sposób obrazowania: autor pisze bardzo jasno, a choć wprowadza sporo postaci na scenę wydarzeń, to są one przedstawione tak klarownie, każda z nich scharakteryzowana, a jej czyny uprawdopodobnione, zatem lektura nie męczy i nie nuży. Nieco może niecierpliwić dość powolne tempo pierwszej połowy książki. Ponadto nietypowe umiejętności Mari umożliwiają jej "ustalenie"/"odczytanie" choćby szczegółów dotyczących życia intymnego Lii, a gdy styka się z osobą, nad którą obecnie pracują, mimo swego talentu jakoś niczego konkretnego nie dostrzega... Trochę także zaskakuje skuteczność śledztwa przeprowadzonego przez Lię, ale wiadomo, że powieściowy świat rządzi się swoimi prawami...

Katarzyna Otłowska

Za książkę dziękujemy:



sobota, 15 lutego 2014

"Wymowność rzeczy" Zdzisław Skrok

Czasem rzeczy używamy nieco bezrefleksyjnie, nie zastanawiamy się nad ich pochodzeniem, historią, ewolucją, interesuje nas jedynie, by były użyteczne, praktyczne, niekiedy też atrakcyjne pod względem formy. Ten ostatni argument coraz częściej dochodzi do głosu i nierzadko wciąż sprawne przedmioty lądują na śmietniku, bo zastąpiły je ich nowsze, modniejsze odpowiedniki. A warto chyba przyjrzeć się bliżej tym na co dzień używanym przedmiotom.

Są one świadectwem zmian zachodzących w świecie, ale też i pewnej łączności między pokoleniami, ba - autor, z wykształcenia archeolog z bogatym doświadczeniem w tej dziedzinie, przybliża nam rzeczy, których zasadniczy kształt oraz funkcja nie zmieniły się przez tysiąclecia. Nasi praprzodkowie używali podobnych przedmiotów, zatem sięgając po nie możemy poczuć więź z nimi. Zdzisław Skrok interesująco przedstawia też zwyczaje sprzed wieków, a nawet tysiącleci. Wiele faktów można wyczytać z przedmiotów, często więcej nam one mówią niż pisane z określonymi intencjami kroniki czy pamiętniki. Dlatego też źródłem wiedzy bywają wysypiska śmieci czy też... latryny! Bo jak się okazuje ich funkcja była niegdyś nieco szersza - wrzucano do nich rzeczy niepotrzebne, więc bywają one prawdziwą "skarbnicą" wiadomości.

Pierwsza część książki nosząca taki sam tytuł jak i cała publikacja, przynosi także zaskakujące informacje na temat podarunków, odwzajemniania ich, a także o interesujące wyjaśnienia dotyczące "czarownic", tego czym się kobiety o uprawianie czarów oskarżone zajmowały.

Choć dziś wiele trudów poświęcamy zdobywaniu rzeczy, to nasi praprzodkowie żyli w zgoła odmienny sposób: zebranie dobytku trwało chwilę i już gotowi byli, by wyruszyć w dalszą drogę - do miejsca, w którym znajdą pożywienie.

Druga część książki, zatytułowana "Archeologia domowa", wiąże się z bardziej osobistymi doświadczeniami - autor pisze o swoim dzieciństwie, swoje rodzinie, o zdarzeniach, które stały się jego udziałem - w pracy, podczas podróżowania.

Zdzisław Skrok stara się nas przekonać, że posiadanie rzeczy jest stawaniem się niewolnikiem rzeczy. Przywołuje obrazowe przykłady tego przywiązania do materialnej strony życia, które przesłania nam cele ważniejsze, ogranicza. Odnaleźć można w tych tekstach poczucie wyższości wobec "tłuszczy" - oto rozważania związane z koniecznością podróżowania zatłoczonym autobusem:
"Poczułem, że wszystkie te potwory chcą wtargnąć do mojego wnętrza, posiąść, zgwałcić, pochłonąć mnie całkowicie, nieodwracalnie, natychmiastowo. (...) A gdy już opróżnią mój umysł, duszę i serce, wtedy wtłoczą tam własną substancję, materię, z której same są stworzone, nijakość, prostactwo i tandetę, bezmyślność telewizyjnych seriali, reklamowych gazetek promujących kolejną wyprzedaż w najbliższym supermarkecie, nieustanną, plotkarską gadaninę o krewnych i sąsiadach". Zaiste, dziwne to wynurzenia, zwłaszcza gdy zestawimy ją z wymową tekstów "Kabel" czy "Damska koszulka".

Zdecydowanie bardziej zainteresowały mnie teksty zebrane w części pierwszej książki "Wymowność rzeczy" i te polecam. Są interesującym i wnikliwym obrazem przeszłości, życia naszych bardzo czy też nieco mniej odległych przodków. Historia rzeczy, obyczajów, obrazy przesądów, informacje o źródłach wiedzy o tamtych czasach - to sprawy warte poznania.

Katarzyna Otłowska

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:



środa, 12 lutego 2014

"Na rogu świata i nieskończoności, wspomnienia o Franciszku Fiszerze" - Loth Roman - recenzja

Są osoby, które zapadają w pamięć, choć "kontakt" z nimi był incydentalny. Tak właśnie stało się w moim przypadku - a ową osobą był Franc/Franciszek Fiszer.

Niegdyś (sporo lat temu.) czytałam książkę "Maria i Magdalena" Magdaleny Samozwaniec. Autorka wspomina w niej o spotkaniu z tym nietuzinkowym człowiekiem. Jego fizjonomia oraz oryginalne usposobienie, podejście do życia, jego filozofia sprawiają, że choć nie pozostawił po sobie żadnych tekstów, niewiele pamiątek zachowało się, to pozostał w żywej pamięć osób, które miały niewątpliwą przyjemność spotkać go na swojej drodze życiowej.

Można by powiedzieć, że był człowiekiem niepasującym do swej epoki, choć w zasadzie jego sposób życia sprawiał, że większość "zwykłych śmiertelników" stwierdziłaby, iż jego priorytety są nie do zaakceptowania. Choć pochodził z bogatej rodziny, wnet znalazł się w trudnym pod względem materialnym położeniu. I nie sprawiły tego jakieś kataklizmy czy też ludzka nieżyczliwość. Był po prostu osobą uważającą , iż pieniądze są po to, by je wydawać, by korzystać z możliwości, jakie dzięki nim się pojawiają. Zatem podróżował, studiował, spędzał czas na dysputach, w kawiarniach i restauracjach. W końcu jego legendarny wygląd nie wziął się znikąd: "Większość podbizn i karykatur ukazuje nam jego sylwetkę z lat ostatnich. Był już wtedy potężnej tuszy i zwalistej postury, w binoklach, ostrzyżony krótko na jeża, w przymałym kapelusiku na czubku głowy, w dobrze wysłużonym ubraniu, choć zawsze z pretensjami do elegancji. Palił fajkę." (Roman Loth) W latach młodości nabrał zwyczaju wpinania w klapę surduta świeżego kwiatu i to przyzwyczajenie pozostało mu na zawsze.

Podobnie wierny było swoim poglądom i zasadom. Straciwszy majątek, żył jako rezydent. Całymi miesiącami, ba - latami, pomieszkiwał u znajomych, przyjaciół. Nigdy nie stał się człowiekiem zabiegającym o dobra materialne. Owszem, pozwalał się gościć i zapraszać na obiady czy też kolacje, jednak wzbraniał się przed przyjęciem jakichkolwiek sum pieniędzy. Ale też - jak wspominają przyjaciele na propozycję podjęcia jakiegoś zajęcia zarobkowego odpowiedzieć miał Fiszer: "- O, nie! Mój panie, kto w życiu dotąd pracą się nie zhańbił, ten się nią już nie zhańbi!".

A kim był ten nietuzinkowy człowiek? Według przekazu Artura Śliwińskiego w czasie pierwszej wojny światowej przebywał Fiszer w majątku, który znalazł się w pewnej chwili w centrum działań wojennych. Gospodarze opuścili dom, ale Fiszer został. Gdy pod dworek zajechał odział niemieckiej jazdy z generałem na czele, wywiązała się rozmowa. Na pytanie ze strony Niemca, czym się zajmuje, Fiszer odpowiedział: "Zajmuję się metafizyką". I rzeczywiście - filozofia była jego pasją, studiował te właśnie zagadnienia, wciąż dopracowywał własny system filozoficzny, a jego naczelnym założeniem było twierdzenie, iż "bytu nie ma". Nie zachowały się jednak żadne zapiski na ten temat. (Jak wspominał Jerzy Stempowski: "Nie słyszałem, aby ktoś posiadał coś więcej niż pocztówkę pisaną jego ręką.") Ale filozoficzne dywagacje nie były jedyną aktywnością Franciszka Fiszera. Był facecjonistą, erudytą z doskonałą pamięcią, z zapałem prowadził rozmowy na tematy z kulturą i sztuką związane (choć jego interlokutorzy narzekali na trudności z dojściem do głosu.) Poza tym uwielbiał spotkania towarzyskie, biesiadowanie, był smakoszem.

Jego barwna postać była tak charakterystyczna, iż stał się swoistym modelem dla wielu bohaterów literackich - cechy fizjonomii i oryginalne zachowanie, poglądy Franciszka Fiszera odnajdziemy w utworach Jana Lemańskiego ("Ofiara królewny"), Tadeusza Jaroszyńskiego ("Sąsiadka"), Antoniego Słonimskiego ("Rodzina") czy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza ("Trzy serca") - a to jedynie kilka tytułów, takich "literackich sobowtórów" jest więcej.

Był też Franciszek Fiszer osobą o ciętym dowcipie i wyjątkowej inteligencji, zatem osoby, którym dane było go poznać, w swych wspomnieniach przywołują przeróżne bon moty, riposty, ba - całe passusy jego autorstwa, nieodmiennie bawiące i zaskakujące. A jak przekazuje to Roman Loth, gdy były one wzbogacone o wyjątkowy tembr głosu, gdy się widziało imponującą postać Fiszera - wrażenie było niezapomniane. I często trudne do przekazania. Zatem te historie to jedynie jakaś część portretu niezwykłego filozofa, który żadnych dzieł po sobie nie zostawił. Warto poznać choć ten ułamek.

Katarzyna Otłowska

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu:


wtorek, 4 lutego 2014

"Dziewczynko, roznieć ogieniek" Martin Šmaus - recenzja

Powieść Martina Šmausa jest lekturą wciągającą i piękną, acz niełatwą i bolesną. Temat wydaje się wdzięczny - Cyganie, zatem barwne stroje, pełna pasji muzyka, taniec. I takie opisy znajdziemy w tej książce, bo oczywiście muzyka i żarliwość uczuć to istotne elementy kultury Romów. Jednak znakomita większość przeżyć wiąże się z codzienną, trudną egzystencją.

Samo słowo "Cygan" ma w naszym języku pejoratywne konotacje. Określenie tak kogoś, powiedzenie, że "cygani" przywodzi na myśl oszukiwanie, naciąganie, celowe wprowadzanie w błąd, często by zyskać w ten sposób jaką korzyść. Ciekawe wnioski o tej nacji można wysnuć z przysłów jej dotyczących. Najpopularniejsze to: "Co Cygan, to kowal", "Dla kompanii dał się Cygan powiesić", "Wiedzie mu się jak Cyganowi rola", "Zna się na tym jak Cygan na koniach", "Kowal zawinił, Cygana powiesili" - i jest w nich ziarno prawdy. Przedstawieni w powieści bohaterowie opuszczają Polanę, miejsce, w którym mieszkali od lat. Tu, na wsi byli potrzebni, a choć relacje z gadziami nie układały się idealnie, to bez cygańskiej muzyki na weselach czy w karczmie, bez ich umiejętności obchodzenia się z końmi nie wyobrażano sobie egzystencji. Własnej ziemi nie posiadali, bo wymagałoby to sumienności, wypełniania żmudnych, codziennych obowiązków, a Romowie czuli się najlepiej, gdy nie pętały ich swobody nakazy. Najistotniejsza dla nich była rodzina, nawet ta dość daleka, a gość był traktowany z największą atencją. Bez wahania sięgali po to, co było im potrzebne, bo tłumaczyli, że Pan Bóg tworzy na potrzeby każdego człowieka. Stąd i pojawiały się zatargi. Ale choć często nie byli bez winy, to niejednokrotnie zdarzało się tak, jak o tym mówi ostatnie przytoczone wyżej przysłowie: niezbyt dobra opinia była piętnem nie do zmazania, zatem taka osobę łatwo oskarżyć o wszelkie zło.

Autor w "Dziewczynko, roznieć ogieniek" przedstawia losy rodziny Dunków, którzy opuszczają wieś, gdzie są już niepotrzebni, przenoszą się do miasta - tu pracują w kopalniach, fabrykach - jedynie przez krótki czas, bo sumienność nie leżała w ich naturze, bo obowiązki ciążyły i łatwiej było zgłosić się po zasiłek, żebrać czy po prostu kraść. Wydaje się, że i los Andrejka Dunki jest przesądzony. Już jako paroletni malec był tak zręczny, że postanowiono wykorzystać tę umiejętność, "wykształcić" ją w wielkim mieście. Mały Andrejko trafia do Pragi, zamieszkuje u dalekich krewnych, a jego życie toczy się z dnia na dzień: od jednej kradzieży do drugiej, spędza czas na ulicy, bo ciasne, zrujnowane mieszkanie jest bardzo małe. Los rzuca go do domu poprawczego, doświadcza poczucia samotności, odrzucenia, ale w końcu nadchodzą lepsze chwile - i wiążą się one z powrotem w rodzinne strony. Polana kilkakrotnie pojawia się w tej lekturze jako miejsce, w którym odzyskuje bohater chęć do życia, jest blisko natury, a nie w miejskich murach, wśród hałasu i spalin. Tu życie wydaje się być lepsze, a odmiana losu - możliwa. Jednak bycie Cyganem to ciągła walka o akceptację, zmaganie się ze stereotypami, z uprzedzeniami, brak pewności co do przyszłości. 

Odmiana jest trudna - autor książki stara się zdiagnozować przyczyny tego stanu rzeczy: a jest ich wiele. Znajdziemy zatem obrazy złego traktowania małych Romów w szkole - przez nauczycieli, przez inne dzieci, niechęć w zakładach pracy do zatrudniania osób tej narodowości, próbę pozbycia się kłopotliwych natrętów przez urzędników placówek opieki społecznej. 

Niepotrzebni, dumni, pragnący wolności, niezależności, uwięzieni w schematach i ciasnych mieszkaniach - są bohaterami, których trudno zapomnieć. 
To nielekka lektura, wiele scen jest dość drastycznych, ale warto się z nią zmierzyć, spróbować zrozumieć dzięki autorowi życie innej nacji, często tak blisko nas obecnej w naszej rzeczywistości.

Katarzyna Otłowska


Za książkę dziękujemy:

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zbigniew Zborowski "Nowy drapieżnik"

Nabywając czy wypożyczając tę pozycję będziemy także mieć okazję przeczytać parę słów o autorze - jego curriculum vitae umieszczone na skrzydełku okładki zaskakuje bogactwem doświadczeń, zmiennością losów, dość emocjonującymi zapewne przeżyciami.

Udział w policyjnych akcjach (jako obserwator), śledzenie początków naszej rodzimej mafii, bycie prezenterem w Superstacji, a wreszcie funkcja zastępcy redaktora naczelnego w dwutygodniku "Pani Domu" - echa tego wszystkiego odnajdziemy w debiucie Zbigniewa Zborowskiego.

Jeśli chodzi o gatunek, jaki książka ta prezentuje, to jest to kryminał z pierwiastkami thrillera, z elementami metafizycznymi czy też fantastycznymi oraz dość późno pojawiającym się, ale niezwykle istotnym dla fabuły wątkiem romansowym.

Autor zręcznie meandruje między różnymi płaszczyznami czasowymi: część wydarzeń rozgrywa się w roku 1994, znakomita większość w 2012, zaś w zakończeniu - "pięć lat później".

Akcja, związki przyczynowo-skutkowe, losy bohaterów - to wszystko jest przemyślane, udanie powiązane, nie nuży dłużyznami. Wprawdzie sam początek odstręcza od lektury, ale dramatyczne obrazy nie są w tak wielkim nasileniu, by przebrnięcie przez nie było niemożliwe. Bezwzględni członkowie gangu Obcinaczy Uszu nie są wszak wrażliwymi chłopcami i trudno oczekiwać finezji w ich działaniu. Na szczęście ich działaniom skutecznie kładzie kres pewien tajemniczy człowiek. Pojawia się jak duch, a choć nie używa przemocy fizycznej - w sensie rękoczynów czy też podobnych działań, to spotkanie z nim jest ostatnim rendez-vous dla kilku okrutnych przestępców.

Okoliczności ich śmierci wydają się być naturalne, ale wywołują skojarzenia ze sprawą z przeszłości u pewnego zdegradowanego i nieco rozczarowanego życiem policjanta.
Pierwiastek kobiecy zawsze korzystnie wpływa na przebieg wydarzeń, zatem i tu pojawi się nader atrakcyjna niewiasta - początkująca dziennikarka w Ekstratelewizji.

By przekrój społeczny był jeszcze szerszy, autor włącza do galerii postaci bezdomnego Jeżyka, byłego żołnierza, który mimo drastycznej zmiany sytuacji paradoksalnie nie narzeka na swe położenie.
Losy tych tak różnych bohaterów i ustalenie, kto w tak nietypowy i bardzo skuteczny sposób walczy z członkami mafii to treść tej książki. Na pewno nie można odmówić jej określenia "wciągająca", to intrygująca historia, choć z drugiej strony - fikcyjna, bez związku z rzeczywistością, zatem czytanie jej to po prostu rozrywka - i nic więcej. Dodam tylko, że można natknąć się na pewne niekonsekwencje - na przykład bohaterka włożyła golf, a celem było "odsłonięcie karczku".

Katarzyna Otłowska

Za książkę dziękujemy:


poniedziałek, 14 października 2013

Mariusz Urbanek "Brzechwa nie dla dzieci" - recenzja

Zaryzykuję twierdzenie, że mało kto zna twórczość Brzechwy, którą adresował do dorosłego odbiorcy. Jego wiersze dla najmłodszych to klasyka, nie ma chyba dziecka, które by się z nimi nie zetknęło. To obok Tuwima najpopularniejszy autor tego typu tekstów, któż z nas nie pamięta "Kaczki dziwaczki", "Stasia Pytalskiego", "Kłamczuchy" czy też "Samochwały", pana Michała podróżującego w siedmiomilowych butach, tańczących razem igły i nitki. Można by długo jeszcze wymieniać. Utwory te przetrwały próbę czasu, ba - jak wynika z lektury książki Urbanka, oparły się krytyce i wywalczyły sobie trwałe miejsce w polskiej literaturze dla dzieci.
A to, że powstały, jest efekt bardzo wielu okoliczności. Nie planował Brzechwa takiej drogi pisarskiej, o zupełnie odmiennych odbiorcach marzył, innymi wierszami chciał zasłynąć. Jego poezja jednak spotykała się z mało entuzjastycznym odbiorem. Mariusz Urbanek przywołuje te utwory we fragmentach, przedstawia ich problematykę, a wreszcie i ocenę współczesnych poecie krytyków. Jak się okazuje - przedwojenną twórczość poety oceniano jako bardzo wtórną, powielającą motywy obecne u skamandrytów, u Leśmiana.

To ostatnie powinowactwo nie powinno dziwić, wszak prawdziwe nazwisko Brzechwy to właśnie Lesman, a Bolesław Leśmian był jego kuzynem, to pod jego wpływem pozostający Brzechwa zaczął tworzyć, to wreszcie kuzyn podsunął mu pseudonim, oznaczający "opierzoną część strzały".
A historia ta zaczyna się pod koniec wieku dziewiętnastego. Dowiadujemy się, w jaki sposób doszło do poznania się rodziców przyszłego poety, jak wyglądało jego dzieciństwo, przerywane dramatycznymi wydarzeniami związanymi z wojną japońsko-rosyjską, nastrojami rewolucyjnymi. Różne koleje losu stały się jego udziałem, wybór życiowej drogi nie był sprawą oczywistą, na dodatek początek wieku obfitował w przeróżne zdarzenia, które wymagały czynnego udziału, zajęcia stanowiska. Brzechwę fascynował marszałek Piłsudski, jemu poświęcił tomik wierszy, który potem, tuż po drugiej wojnie światowej znajdzie się na liście utworów zakazanych. Co zatem obierze za temat swej poezji w czasach powojennych?

Jego wybór stał się solą w oku osób żyjących nam współcześnie. W roku 2000 imię ulubionego poety wielu dzieci będzie chciała przyjąć szkoła podstawowa w Dmosinie. Fakt ten stanie się okazją do przypomnienia "haniebnej" przeszłości bajkopisarza, jego wychwalających komunizm, wielbiących Stalina, sławiących plan sześcioletni wierszy - które dyskredytują go jako człowieka, pisarza, patriotę. Taką postawę prezentowali politycy LPR-u, także zwolennicy PIS-u opowiadali się przeciwko, podobne incydenty miały miejsce w Warszawie, Tarnowie, Wrocławiu, Gdańsku.

Dlaczego poeta, który brał udział w powstaniu warszawskim, wojnę przeżył w trudnych warunkach, zdecydował się podejmować takie tematy? Czemu uwielbiany przez najmłodszych bajkopisarz rozstał się z pierwszą żoną tuż po narodzinach córki, a kontakty z nimi zupełnie urwały się na wiele lat? Jakie były powody rozgoryczenia poety, związane z recepcją jego twórczości? To tylko kilka pytań, na które przynosi nam odpowiedź książka Mariusza Urbanka.

Autor pokazuje nam wiele aspektów działalności Brzechwy. Był przecież prawnikiem, angażował się bez reszty w walkę o prawa autorskie, zabiegał o kodyfikację tych przepisów, założył ZAiKS-u, przez wiele lat pełnił w nim funkcję prezesa, był wziętym satyrykiem, człowiekiem serdecznym, służącym wsparciem przyjaciołom w potrzebie. A jednocześnie znający go podkreślają zamiłowanie do kart, liczne podboje sercowe, elegancję, skłonność do wyrafinowanych potraw. Bardzo bogaty i wszechstronny obraz Brzechwy wyłania się z kart tej książki: żywy człowiek ze swoimi pasjami, pragnieniami, trudnymi wyborami, z którymi przyszło mu się zmierzyć.

Tekst wzbogacają fotografie, a książkę zamyka rozmowa z córką poety, malarką Krystyną Brzechwą oraz kalendarium życia pisarza.

Zaletą tej pozycji jest niewątpliwie rzetelność w odmalowaniu osoby Brzechwy, ale też i styl autora, sposób obrazowania, które sprawiają, że jest to nie tylko doskonała biografia, ale i wciągająca lektura.


Kasia Otłowska                                                    Za książkę dziękujemy


środa, 25 września 2013

"Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim"

Pełen tytuł tej pozycji jest wzbogacony o informację o tym, iż książkę ilustrują rysunki Mieczysława Piotrowskiego - jak określa sam Konwicki - "znakomitego grafika i pisarza", z którym łączyła go przyjaźń. Tom ten, liczący ponad czterysta stron, to zbiór wywiadów, a także wypowiedzi Tadeusza Konwickiego udzielonych na przestrzeni wielu lat - najwcześniejszy tekst pochodzi z 1954 roku, najpóźniejszy datowany jest na rok 2010.

Wyboru tekstów dokonał i zaplanował ich układ Przemysław Kaniecki, absolwent polonistyki (UMK) i antropologii (UW). Jego pracą doktorską była monografia Tadeusza Konwickiego i - jak stwierdza autor "Małej Apokalipsy" - "On wie o jakieś osiemdziesiąt procent więcej o mnie niż ja wiem". Jest w tych słowach obecna charakterystyczna dla Konwickiego skromność, ale jednocześnie opinia ta gwarantuje, że mamy do czynienia z solidnym, wnikliwie przygotowanym "albumem biograficznym" - bo tak pisarz i reżyser określił tę pozycję.

Przemysław Kaniecki opracował także serię "Książek wybranych" Konwickiego wydanych w 2010 roku przez Agorę, zaś w 2011 roku ukazał się jego wywiad rzeka z pisarzem "W pośpiechu". W przypadku pozycji "Nasze histerie, nasze nadzieje" rozmówcy zmieniają się, przewijają się bardzo różne tematy, rozmaite momenty biografii są szczegółowo ukazane, na dodatek z rozmów tych wyłania się nie tylko postać pisarza i reżysera, ale też i obraz czasów, portret zdarzeń, okoliczności pewnych działań. Mamy możliwość poznania najwcześniejszych lat życia spędzonych w okolicach Wilna, pokazuje też Konwicki, jakim dramatycznym przeżyciem była konieczność walki, zetknięcie się z okrucieństwem wojny, wspomina z sentymentem dwa powojenne lata w Krakowie, wyjaśnia, jak doszło do jego debiutu.

Bardzo często pierwszym zetknięciem się z pisarstwem Konwickiego jest dla wielu osób "Mała apokalipsa" - w ramach edukacji szkolnej; nierzadko jest oglądana także "Lawa", którą reżyserował i do której scenariusz napisał Konwicki. W niniejszej pozycji wiele miejsca poświęcono temu ostatniemu dziełu - tworzenie scenariusza, dobór obsady, sama realizacja filmu, zamysł, który przyświecał tym pracom. Rozmowy przeprowadzone w różnych okresach uwypuklają sprawy najważniejsze - takiej swoistej wiwisekcji poddano i inne dokonania w dziedzinie filmu. To na pewno ciekawy temat, choć sam siebie określa Konwicki - z wrodzoną skromnością i niechęcią do podkreślania swych sukcesów, zasług - jako reżysera, który miał szczęścia do osób współpracujących, wspierających go. Dzięki umiejętnie prowadzonym rozmowom widzimy jednak trud włożony w prace nad "Saltem", "Doliną Issy", "Ostatnim dniem lata" czy też "Jak daleko stąd, jak blisko".

Własne dokonania filmowe - bo oprócz reżyserowania pisał też scenariusze - są obok rozmów na temat dorobku literackiego głównym przedmiotem wywiadów. Ale to także "przy okazji" możliwość przedstawienia swych upodobań w dziedzinie sztuki, poglądów politycznych, opinii odnośnie zdarzeń i ludzi (te pojawiają się tylko w przypadku, gdy są pozytywne, bo jak zwierza się Konwicki - jest przeciwny "zabijaniu ludzi", w jakikolwiek sposób).

Miejsce urodzenia pisarza jest znaczące - zatem szczególnie ciepło wyraża się o Wilnie i jego okolicach, ze wzruszeniem wspomina obowiązujące tam zwyczaje, tradycje, ba, nawet jadane tam potrawy przedstawia żywo i barwnie. Godne uwagi jest także to, iż prowadzący wywiady są doskonale przygotowani do rozmów: przemyślane pytania, wnikliwa znajomość tekstów sprawiają, że są to interesujące, ważne dyskusje.

Na pewno jest to ciekawa lektura dla osób, którym twórczość Konwickiego - i ta literacka, i ta filmowa, nie jest obca. Poznać bowiem można kulisy wielu działań, intencje autora, jego zamierzenia i efekty, ocenę z perspektywy czasu. Poza tym to niezwykle interesująca postać - i choć odżegnuje się on od formułowania diagnoz na tematy współczesne, chociaż wciąż podkreśla swój wiek, to jego spostrzeżenia intrygują i zaskakują swoistymi umiejętnościami prorokowania, które nie są "cudownym darem" (a taką zdolność niekiedy sobie przypisuje), lecz raczej darem obserwacji, diagnozy, wnikliwej oceny i trzeźwego myślenia.

Katarzyna Otłowska 


Za książkę dziękujemy:

czwartek, 19 września 2013

Judith Rich Harris "Każdy inny" - recenzja

To, jacy jesteśmy, jest dla wielu z nas sprawą intrygującą, zastanawiającą. Rodzice często z niedowierzaniem konstatują odmienność swoich pociech, nierzadko dzieci różnią się diametralnie. Skąd te odmienności? Hipotez jest sporo. Powszechnie powtarzane sądy mówią o genach, wychowaniu, środowisku.

A jak jest naprawdę? To "naprawdę" jest kluczowym słowem w przypadku książki autorstwa Judith Rich Harris "Każdy inny". Harris jest z wykształcenia psychologiem. Autoimmunologiczne choroby, na które cierpi, zmusiły ją do ograniczenia aktywności, zatem zajęła się pisaniem podręczników.

Początkowo zajmowała się opracowywaniem materiałów dotyczących psychologii rozwojowej, jednak w wyniku odkryć, których dokonała, stwierdziła, że dotychczasowe rozumienie problemu było błędne. Od tego czasu zajęła się własną pracą naukową, a swe ustalenie opublikowała w dwóch pozycjach. Pierwsza to "Geny czy wychowanie? Co wyrośnie z naszych dzieci i dlaczego". Badaczka przedstawiła w niej dość odważną tezę: poddała ona w wątpliwość wpływ środowiska rodzinnego na osobowość dziecka. Według niej to nie rodzice wpływają decydująco na swe pociech, to jakie one są, wynika raczej z genów. Z kolei znaczący wpływ na dzieci ma środowisko rówieśnicze.

Ta teoria spotkała się z szeroką falą krytyki, zarzucano badaczce jednostronne spojrzenie na problem, zbytnie ograniczenie danych, na których się oparła. Warto zauważyć, iż istotnie jest to dość rewolucyjne i niełatwe dla wielu do zaakceptowanie spojrzenia.


Niniejsza pozycja - "Każdy inny. O naturze ludzi i niepowtarzalności człowieka" - jest odpowiedzią na zarzuty krytyków, a także rozwinięciem poglądów z wcześniejszej publikacji.

Punktem wyjścia dla rozważań na temat naszej odmienności jest przykład sióstr syjamskich z Iranu, które choć miały te same geny, wychowywały się siłą rzeczy w tym samym środowisku, dzieliły doświadczenia, to jednak w znacznym stopniu różniły się światopoglądem, osobowością, stylem życia, planami na przyszłość. Dlatego też postanowiły poddać się operacji rozdzielenia. Skończyła się ona tragicznie, dziewczęta wiedziały o tym ryzyku, jednak chęć realizacji marzeń była silniejsza: podjęły je i zapłaciły za to najwyższą cenę.

Zatem nawet rodzeństwo syjamskie różni się - więc nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem, że i bliźnięta jednojajowe, a tym bardziej zwykłe rodzeństwo ma czasem zupełnie odmienną osobowość, charakter, inne plany czy marzenia. Z czego wynikają te różnice? Wszak tak wiele łączy takie osoby. A co dzieli? Autorka szczegółowo analizuje dość powszechne przekonania na ten temat, obala mity, wyjaśnia niedopowiedzenia i uogólnienia, które czasem stosujemy. Okazuje się zatem, że style wychowania nie są tu wystarczającym wytłumaczeniem różnic, także kolejność narodzin nie pozwala na uznanie tego czynnika za priorytetowy. Czy zatem o naszej odmienności może decydować po prostu przypadek? Na pewno nie - jak eksplikuje badaczka: "Z perspektywy ewolucyjnej ukształtowanie osobowości w taki sposób, aby była plastyczna, i pozostawienie jej na łasce przypadku (.) nie ma sensu". Jako przekonujące wyjaśnienie autorka uznaje połączenie trzech czynników: układu odpowiedzialnego za budowanie relacji, za socjalizację oraz układu odpowiadającego za konkurowanie z innymi - to one sprawiają, że każdy z nas jest odmienną, unikatową osobą.

A wszystkie te kwestie przedstawiono w sposób jasny, bardzo przystępny - Harris przywołuje przykłady z powieści kryminalnych, ze znanych tekstów kultury; autorka potrafi wciągnąć i zaintrygować, sprawić, że naukową lekturę czytamy z wypiekami na twarzy.

Katarzyna Otłowska

Za książkę dziękujemy:
 

poniedziałek, 16 września 2013

Benedyktyni Tynieccy - recenzja

Któż nie pamięta "Krzyżaków"! To chyba pierwsza tak obszerna lektura obowiązkowa, z jaką spotykają się młodzi ludzie w szkole. Podczas czytania zapadła mi szczególnie w pamięć scena rozgrywająca się właśnie w Tyńcu. To tu w gospodzie "Pod Lutym Turem" dochodzi do spotkania dwojga młodych bohaterów powieści.

Oczarowany śpiewem pięknej Danusi Zbyszko ślubuje jej wierność. Gdy następnego dnia udają się na mszę świętą, autor tak opisuje ich odczucia związane z ujrzanym klasztorem: "(.)patrzyli ze zdumieniem na wspaniałe opactwo, na zębate mury biegnące wzdłuż skał nad urwiskami, na gmachy stojące to na zboczach góry, to wewnątrz blanków, spiętrzone, wyniosłe i jaśniejące złotem od wschodzącego słońca."

Niniejszy album jest wyjątkową publikacją pozwalającą poznać opactwo benedyktynów, doświadczyć niezwykłości tego miejsca.

Klasztor umiejscowiony jest na wzniesieniu, bo - jak wyjaśnia w słowie wstępnym O. Leon Knabit - "Benedykt kochał góry". Pierwsze fotografie umieszczone w albumie ukazują jego okazałą bryłę w różnych porach roku, o rozmaitych porach dnia. Ale nie tylko sam klasztor będzie tematem zdjęć. Będziemy mieli możliwość być świadkami codziennych aktywności przebywających tam zakonników.

Zdjęcia pogrupowano zgodnie z fragmentami "Reguły" sformułowanej przez świętego Benedykta. Podstawowy obowiązek to modlitwa, przebywanie w Bogu - zobaczymy zatem fotografie ukazujące zakonników w czasie modlitwy chórowej, wnętrze kościoła.

Niezwykle istotna jest również praca - zaliczają się do niej prace ręczne, działania na rzecz utrzymania porządku w klasztorze, wszelkie rzemiosła, ale też czytanie - tak ważne dla rozwoju duchowego. Na zdjęciach wykonanych przez Wojciecha Stana widać braci pochłoniętych "lectio divina", ale też zajmujących się codziennymi pracami: doglądający drobiu Brat Bartłomiej, zbieranie owoców w sadzie, prace w ogrodzie, zajęcia w kuchni, przygotowywanie posiłków i zapasów na zimę, Ojciec Stanisław ze słojami miodu. Jest też wiele fotografii z "braćmi mniejszymi" - zwierzętami. Zakonnicy prowadzą także działalność naukową, publikują - zatem i przy takich zatrudnieniu ich ujrzymy.

Wiele nastrojowych zdjęć pokazuje zmiany pór roku w ogrodzie, w otoczeniu klasztoru.

Piękne, poruszające fotografie są świadectwem starań zakonników, by jak najdokładniej realizować zasady ustanowione przez założyciela - św. Benedykta. Oglądanie tych zdjęć pozwala odczuć atmosferę tego miejsca. Jest zatem ów album cenną i ciekawą publikacją.

Katarzyna Otłowska

czwartek, 8 sierpnia 2013

Fakir z Ipi - recenzja

Marek Kochan jest prozaikiem i dramatopisarzem. Najchętniej sięga po formę opowiadania, choć jest też autorem dwóch powieści: „Franquizea” (którą debiutował) oraz „Plac zabaw” (WAB, 2007). Zainicjował powstanie tomu opowiadań „Mówi Warszawa” – to zbiór 21 tekstów pisarek i pisarzy stanowiący razem – jak to określono – „pierwszą wielogłosową powieść na temat miasta”.

Jego utwory tłumaczono na język niemiecki, angielski, francuski, węgierski, włoski, serbsko-chorwacki, hiszpański oraz hebrajski.

Fakir z Ipi” to trzecia powieść Marka Kochana. Autor długo kazał czekać na nią czytelnikom, bo od wydania poprzedniej minęło sześć lat. Zapewne wielbiciele talentu Kochana sięgną po nią bez wahania. A ci, którzy go nie znają? Czego mogą się spodziewać?

Trzeba przyznać, że książka jest wielopłaszczyznowa, porusza mnóstwo tematów, sięga po aktualne problemy, definiuje też w pewien sposób literaturę i jej wartość.

A z drugiej strony… Jeśli pomyślimy o wszystkich okropnych doniesieniach, jakie nierzadko przedstawiane są w mediach, to w tej książce znajdziemy pewnie znakomitą większość tego typu zdarzeń – choć nie obawiajmy się epatowania drobiazgowymi relacjami.

Książka rozpoczyna się opisem brutalnego morderstwa, poprzedzonego zbiorowym gwałtem, którego świadek nie zrobił nic, by zapobiec tej tragedii. Ów świadek – występujący pod pseudonimem-przezwiskiem Kwiatek to główny bohater powieści. Oprócz tego zdarzenia znajdziemy w „Fakirze z Ipi” kazirodztwo, molestowanie seksualne, patologiczną rodzinę, w której naczelną zasadą wychowania jest przemoc, na dodatek – maskowana przez rzekomą troskę o moralność dziecka. Są tu i echa głośnych spraw, które wstrząsnęły niedawno krajem i nie tylko – w opisywanych wydarzeniach znajdziemy analogie do rzekomego porwania Madzi – córki Katarzyny W., do losów Nataschy Kampusch.

Kwiatek przedstawia siebie jako jedynego świadka zdarzeń, które doprowadziły do zaginięcia Weroniki N., a śledztwo w tej sprawie utknęło w martwym punkcie, zatem jedna ze stacji telewizyjnych proponuje mu cykl programów, w których opowie, co wie. Dlaczego nie w jednym programie? To ważne pytanie – jak wyjaśnia to Kwiatek – on sam musi dojść do prawdy, odnaleźć ją w zakamarkach pamięci. Kolejne programy jednak przynoszą zaskakujące zmiany tej pierwszej wersji zdarzeń, akcja się gmatwa, jest coraz mroczniejsza, świadek staje się głównym podejrzanym; a Kwiatek, choć z jednej strony przez wielu nazywany jest psychopatą i kanalią, dla innych urasta na gwiazdę mediów. I to właśnie ten temat jest także niezwykle istotny w powieści „Fakir z Ipi”.

 Autor pokazuje czytelnikom pewne mechanizmy tworzenia „gwiazd medialnych”, celebrytów, którzy choć ich zachowanie jest kontrowersyjne, potrafią przyciągnąć tłumy zaciekawione sensacyjnymi szczegółami. Co więcej – Kwiatek dzięki swej wiedzy zaczyna szachować otoczenie, nie tylko otrzymuje sowite wynagrodzenie, ale też komfortowe warunki do pisania pracy habilitacyjnej, a poza tym to, co dla niego najważniejsze – zainteresowanie tłumów. Z osoby dziwnej, żyjącej nieco na marginesie, staje się kimś, kogo oglądają setki tysięcy osób. Ale czy jest tego wart?

Powieść ma oryginalną formę, bo kolejne rozdziały to jakby zapis monologów wygłaszanych w tym cyklicznym programie telewizyjnym. Lwia ich część należy do Kwiatka, choć pojawia się jego ukochana – Basia, przyjaciel z instytutu – specjalista od psychologii behawioralnej.

To na pewno nie jest „lekka lektura na lato”, ale jeśli kogoś te informacje zaintrygowały, to warto może sięgnąć po „Fakira z Ipi”.

Recenzję napisała: Katarzyna Otłowska  

Za książkę dziękujemy:
 

piątek, 2 sierpnia 2013

Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny - recenzja

Autorzy tej pozycji to Anna Maria Goławska oraz Grzegorz Lindenberg. Jeśli ktoś już wcześniej zetknął się z tym tytułem, to nie ma w tym nic dziwnego – przewodnik ukazał się już w 2009 roku nakładem wydawnictwa Nowy Świat. Wydana w tym roku książka przez wydawnictwo Zysk i Spółkę to wersja poprawiona i rozszerzona tamtego przewodnika. Poza tym wzbogacona o liczne fotografie, oraz o wrażenia z kolejnych wypraw w te regiony. Zatem jeśli ktoś jest pasjonatem Italii, powinien się zaopatrzyć w tę pozycję.

Gwarantem jej wartości są na pewno osoby autorów. Oprócz tej książki będącej bardzo interesującym jeśli chodzi o punkt widzenia kompendium, prowadzą także stronę internetową: http://www.toskania.org.pl/ , na której znaleźć można mnóstwo pięknych  fotografii, ciekawe artykuły, informacje na temat restauracji wartych odwiedzenia, a jedna z zakładek przeniesie nas na stronę z przepisami kulinarnymi zainspirowanymi włoską kuchnią – strona ta jest prowadzona przez Annę Marię Goławską.

Stronę i publikację „Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny” łączy chęć dostarczenia informacji z różnych dziedzin, tak aby osoby mające w planach odwiedzenie tych terenów mogły jak najlepiej wykorzystać ten krótki czas, jaki tam spędzą. To oczywiście w pewnym sensie żartobliwe ujęcie sprawy, jednak jak wynika z lektury książki – każda wyprawa jest zbyt krótka. Toskania i Umbria są tak bogate w przeróżne atrakcje, zabytki, zachwycają pięknym krajobrazem, oczarowują bogatą kuchnią, zatem nawet najdłuższy wyjazd mija niepostrzeżenie, pozostaje tylko pragnienie powrotu w to miejsce.

Wiele osób decyduje się na wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży, jeśli jednak marzymy o niespiesznym zwiedzaniu w rytmie, który sobie sami wybierzemy i tego, co nas najbardziej interesuje, wówczas warto przestudiować zalecenia i sugestie zawarte w „Przewodniku subiektywnym”. 

Pierwsza część to swoisty poradnik podpowiadający turystom, czego mogą się spodziewać jeśli chodzi o noclegi, obsługę w lokalach, kwestie związane z poruszaniem się po Włoszech…  To jedynie kilka tematów – w książce znajdziemy ich wiele więcej. Te przydatne informacje przekazane są w bardzo ciekawej formie, gdyż zestawiono je z cytatami z dwóch przewodników po Włoszech wydanych na początku dwudziestego wieku. W części tej znajdziemy także mały słownik najniezbędniejszych zwrotów i wyrażeń oraz rady dotyczące potraw, których warto spróbować.

Część druga książki jest znacznie obszerniejsza – nosi tytuł „Zwiedzanie Toskanii i okolic”. Opisane zostały zarówno miejsca słynne, często będące jednym z punktów wycieczek, na przykład Piza, Lazio, Siena, Florencja czy Lukka, ale i mnóstwo niewielkich miasteczek, miejscowości, które choć mniej głośne, również warte są zobaczenia. Każde z przywołanych miejsc autorzy odwiedzili, zatem „naocznie” przekonali się, co interesującego można zobaczyć, w jakich imprezach wziąć udział. Znajdziemy zatem przede wszystkim opisy zabytków, wielu dzieł sztuki, ale też lokalnych tradycji, legend czy historii związanych z danym miejscem, z ludźmi niegdyś tu żyjącymi.

Tekst nasycony jest własnymi spostrzeżeniami, odczuciami, zachwytami i oczarowaniami, bo – zgodnie z tytułem jest to „Przewodnik subiektywny”.

Autorzy jeżdżą do Włoch od wielu lat, zatem chyba warto zaufać radom takich bywalców, a i sama lektura tej pozycji jest nader ciekawa – taka przysłowiowa „szczypta Włoch” dla tych, którzy z różnych powodów podróży takiej na razie nie planują…

Recenzję napisała Katarzyna Otłowska

Książkę otrzymaliśmy od wydawnictwa Zysk i S-ka