sobota, 11 października 2014

George R. R. Martin "Taniec ze smokami" część I i II - recenzja



Smoki, rycerze, magia, rozległe spiski w całym królestwie, kazirodztwo, sodomici, zombie, zapierające dech w piersiach pojedynki, wspaniale skrojone postacie. Wydawałoby się, że nie można stworzyć takiego dzieła, ale George R. R. Martin pokazał nam, że jest to możliwe. Każdy, kto przeczytał choćby tylko jedną część sagi, lub ogląda sam serial (który niestety nie zawiera wszystkich wątków książkowych) może powiedzieć, że autor spisał się na medal.

Fabuła pierwszej części Tańca ze smokami dzieje się w tym samym czasie, co wydarzenia z poprzednich dwóch książek, czyli Uczty dla wron. Mimo tego samego czasu opuszczamy Siedem Królestw i intrygi wkoło Żelaznego Tronu – tutaj skupiamy się na mroźnej północy i gorącym południu. Martin te same sceny pokazuje oczami całkiem innych postaci, opowiada przebieg zdarzeń, które w poprzedniej części były tylko wspomniane. Ta część to swoiste dopełnienie Uczty dla wron przedstawiającym losy postaci, których nie dopatrzyliśmy się w czwartym tomie cyklu.

Taniec ze smokami, zaczynający się od prologu z perspektywy Varamyra Sześć Skór zachwyca klimatem, rodem z pierwszych tomów sagi. Jednak w głębi lektury dostrzegłam, że na ponad sześciuset stronach lektury… niewiele się dzieje. Przez większość czasu bohaterowie wędrują, snują plany, rozmyślają nad swoim życiem, a niestety żadne z tych działań nie popycha głównej akcji do przodu. Autor momentami bardzo drobiazgowo opisuje sceny, rozwleka pewne wątki, ale niestety część z nich dało mi wrażenie spowolnienia akcji. Niektórym czytelnikom może przeszkadzać też motyw „zabili go i uciekł”, który pojawia się coraz częściej w cyklu Pieśni Lodu i Ognia. Pierwsze trzy, cztery powracające zza grobu postacie były wielkim zaskoczeniem dla wszystkich, ale kolejna i kolejna może się przejeść i spotkać tylko z wzruszeniem ramion. Mnie jednak bardziej od tego przeszkadzają nieoczekiwane przeszkody na trasach obranych przez bohaterów. Wiem, że cała saga to trochę powieść niekończącej się drogi, gdzie częściej ktoś błądzi niż dociera do celu, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby ktoś choć raz dotarł tam, gdzie jechał. Martwię się, że po pewnym czasie spora część czytelników znuży się motaniem postaci.

Książka bardzo mnie wciągnęła, ale po zakończeniu poczułam pewien niedosyt… Mogło to być spowodowane podzieleniem Tańca ze smokami na dwie części, gdyż wykonując taki zabieg, wątki urwały się w chwili, gdy cała zabawa dopiero zaczęła się rozkręcać. Właśnie przez to nie ma mocnego zakończenia, nie pojawia się żadna tymczasowa puenta.

Jak już wspominałam pierwsza część stanowi dopełnienie poprzednim tomom, choć autor we wstępie zapowiedział wszystkim, że druga połowa połączy dwa strumienie narracji w całość. Może właśnie dlatego ze zniecierpliwieniem wyczekiwałam na kolejną część. I choć na książkę przyszło czekać trzy miesiące, to muszę przyznać, że było warto. Oj, było…

Nie da się mówić o finalnej części Tańca ze smokami bez powołania się na jej poprzedniczkę, z tego powodu taka, a nie inna recenzja. A dlaczego? A dlatego, że ta część również nie jest wolna od niedomiaru wydarzeń ważnych dla fabuły, acz powoli z tym zrywa. Owszem, część wątków nadal jest statyczna, za to dynamizm innych świetnie to równoważy.

Martin wywiązawszy się z umowy połączył oba szlaki narracji, co sprawia, że fabuła tego dzieła zdecydowanie o wiele bardziej obfituje w akcje i jest bardziej zwarta. Według mnie właśnie to jest największą zaletą tej części. Pojedyncze motywy, które jak na razie były w ścisłej izolacji, nieoczekiwanie poczęły się splatać i łączyć, a dotąd niepowiązane ze sobą postacie odnajdują się w różnych miejscach w niespodziewanych okolicznościach. Akcja nabiera tempa – bohaterowie diametralnie odmieniają swoje życie, a niekiedy losy całych krain poprzez udział w z pozoru mniej, lub bardziej ważnych epizodach.

Dzieje się tutaj więcej; mnożą się zaskakujące zwroty akcji, zbiegi okoliczności, a dramaturgia wydarzeń – zwłaszcza pod koniec – znacznie wzrasta. Lektura ta obfituje w niczym nie zmienione ogromne, starannie zaprojektowane uniwersum, klimatyczny świat zamieszkany przez charaktery, które w mgnieniu oka można polubić, bądź znienawidzić, ale wobec których nie będzie się obojętnym. Zarówno w tym, jak i w poprzednim segmencie Tańca ze smokami Martin nie dzieli swoich postaci na te dobre i złe. Nie został porzucony zwyczaj dręczenia ich przeciwnościami losu i nieszczęściami – jestem pewna, że nieraz przyjdzie się wszystkim lękać o ulubieńców i zgrzytać zębami za niesłuszne kary, czy krzywdy, jakich muszą doświadczyć.

Poprzez lekturę obydwu tomów powrócą do nas bohaterowie, którzy występowali wcześniej. I tak na przykład Tyrion wpadający ciągle z deszczu pod rynnę. Z jednego incydentu trafia do kolejnego, bardziej niebezpiecznego. Jak zawsze rozbawi swoim ciętym językiem, wykaże się sprytem, dzięki któremu udaje mu się wykaraskać z największych tarapatów. Mimo, że jego przygody nie popychają głównej fabuły do przodu, to i tak jest to jeden z najciekawszych wątków w książce.

Zaniedbany przez dwa poprzednie tomy wątek Brana odżywa wraz z zdecydowanie największą ilością magii i elementów fantastycznych ze wszystkich wątków. Akcja z nim w roli głównej rozwija się niezwykle interesująco. Niestety tylko w pierwszej połowie wracamy do niego, w drugiej musimy się obejść smakiem.

Raczej przewidywalnie rozgrywają się losy Davosa, jego życie wisi na włosku. Natomiast przy okazji narracji Fetora nowe światło pada na rodzinę Boltonów, którzy niespodziewanie stają się jednymi z ważniejszych antagonistów w serii.

Królowa Cersei walczy o powrót do władzy, od której doprowadziła jej własna głupota i wypatrywanie w każdym wroga. Tak, czy inaczej próbuje zapobiec ostatecznemu upadkowi. Z kolei Jamie stara się doprowadzić do kapitulacji lordów Riverrum. Temu wątkowi niestety też nie poświęcono zbyt wiele miejsca w książce. Wraca do nas Arya, której losy wreszcie udaje się nam poznać, po dość wieloznacznej zmiance w poprzednich tomach. Oczywiście nie zabraknie też Daeneys i jej rządów w wyzwolonym Meereen. Smocza królowa dalej będzie próbować radzić sobie jako władczyni królestwa. To tylko niewielka cząstka tego, co czeka na nas piątym powieści.

Czytając obie części piątego tomu po raz kolejny powtarzałam sobie w duchu jak genialnym zabiegiem literackim jest ukazywanie zdarzeń oczami poszczególnych sylwetek. Nie jest to bezpośrednie poznanie innych indywiduum sagi, acz ich obraz wykreowany przez daną osobę, który bywa bardzo subiektywny i nie do końca prawdziwy, skąd właśnie liczne zaskoczenia, bo ktoś okazał się być taki, a nie inny. Osobiście uwielbiam sposób w jaki autor łączy kilka wątków w jeden. Uniwersum Westeros wydaje się być czasem małe, zwłaszcza gdy spotykają się osoby, których losy zdawałyby się nie być ze sobą powiązane. Nie można też powiedzieć, że brakuje tu napięcia, albowiem i tego jest solidna dawka. Łatwość z jaką uśmiercani są bohaterowie pozostawia w niepewności, nigdy do końca nie wiadomo, czy dana postać przetrwa, przez co o każdej podróży, walce i nieoczekiwanych doświadczeniach czyta się z duszą na ramieniu.

W porównaniu z Ucztą dla wron pierwsza część Tańca ze smokami wypada nieźle, choć poziom jest nieco niższy niż te, do którego przyzwyczaiły nas trzy pierwsze tomy sagi Pieśni Lodu i Ognia. W zasadzie ta połowa to dopiero część wstępna do właściwych wydarzeń, urwane wątki pchają nas ku następnej książce, to powieść wciąga. Drugą zaś czyta się o wiele lepiej niż poprzedniczkę. Dzieje się tu o wiele więcej, nie można się oderwać od lektury. Otwarte zakończenie może zirytować tych bardziej niecierpliwych, zwłaszcza, że na kontynuację musimy jeszcze trochę poczekać. Całość ostatniej, jak na razie części cyklu stanowi świetną pozycję, dorównującą tym wcześniejszym. Warto poświęcić na nią czas, nawet jeśli trzeba będzie czekać lata na kolejny tom.

Kasia Prokopek

Za możliwość recenzji książek dziękujemy Wydawnictwu:


6 komentarzy:

  1. Jestem trochę do tyłu z Grą o tron, skończyłam na "Nawałnicy mieczy t.1", ale w wakacje na pewno nadrobię zaległości, bo już zdążyłam pokochać tę serię. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę w końcu się zabrać za 'Grę o tron', bo do tej pory tylko oglądałam serial :)

    OdpowiedzUsuń
  3. lubię jego książki, jednak tego jeszcze nie miałam okazji czytać

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę się w końcu za tę serię wziąć.

    OdpowiedzUsuń
  5. ja już jestem po lekturze tej książki :) nie mogę się doczekać kolejnych części

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja póki co się wstrzymuję z zakupem tych lektur. Chcę poczekać na wydanie specjalne po całości ekranizacji ;-)

    OdpowiedzUsuń